poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALEKSANDER FIUT
Testament Kazimierza Wyki
DL 2000, nr 2/3 (160/161)

Jubileusze, zwłaszcza okrągłe, nie są, wbrew pozorom, dobrą okazją do dokonywania rzetelnego bilansu czyjegoś dorobku. Styl, niemal samorzutnie, nastraja się wówczas na podniosłe tony, pamięć językowa podsuwa usłużnie dosyć wytarte figury retoryczne, pochwały, w zamyśle szczere, nieoczekiwanie zaczynają brzmieć przeraźliwie pustym echem. Wewnętrzna niewygoda i nieusuwalne poczucie mimowolnego fałszu rosną tym bardziej, im bardziej mowa o postaci wyjątkowej, w sposób niekwestionowany wybitnej. Kimś, kto poczucie własnej wartości potrafił godzić z niekłamaną skromnością i autoironicznym dystansem. A taką właśnie osobą był Kazimierz Wyka. Dobrze pamiętam, jak huczne przygotowania do obchodów swojego 60-lecia skomentował cytatem z Boya: „bierze się starego pryka, uroczyście się go tyka”. Może zatem, miast kreślić jeszcze jedną laurkę, którą Wyka, szydzący bezlitośnie z polskiej manii „jubileatyzmu”, skwitowałby pewnie złośliwą uwagą, bardziej stosowne będzie - po dziewięćdziesięciu latach, które upłynęły od daty urodzin uczonego oraz po ćwierćwieczu po jego śmierci - spojrzeć na pozostawione przezeń dzieło, jak na testament? W którym nie tylko przekazywana jest spadkobiercom spuścizna całego życia, ale zapisane są także warunki, na jakich wolno z niej korzystać, oraz wskazówki, jak z nią dalej postępować.

W tym miejscu pojawia się oczywiście podstawowa trudność: jak, choćby w największym uproszczeniu, skrócie, jednym rzutem ogarnąć tę spuściznę? Wyka poruszał się przecież ze swobodą w historii polskiej literatury od pozytywizmu do czasów mu najbliższych. Interesowała go polityka, ekonomia, obyczajowość, ale też historia sztuki i film. Pisał rozprawy teoretyczne, eseje i opowiadania, a także podsłuchiwał duchy poetów. Z pewnością: w jego dorobku są pozycje już klasyczne, by wymienić choćby „Modernizm polski”, „Pokolenia literackie”, dwutomową monografię „Pana Tadeusza”, „Pogranicze powieści”, „Rzecz wyobraźni”. Ale są także wątki urwane, prace ledwie rozpoczęte, książki nie do końca docenione.

Największym niezrealizowanym projektem Wyki jest bez wątpienia monografia „Króla-Ducha”. Zwykł mawiać, że to dzieło Słowackiego, stanowi obok „Pana Tadeusza” drugi najwyższy wierzchołek polskiej poezji romantycznej. Na drugi z nich wspiął się, pisząc wciąż ważne i aktualne, obejmujące dwa opasłe tomy, studium monograficzne poświęcone Mickiewiczowskiej epopei. Drugiego szczytu, niestety, nie zdołał zdobyć, mimo że się do tego starannie, przez wiele lat przygotowywał. Rzecz przy tym zastanawiająca, że jego wysiłków nikt już nie podjął. I to nawet podczas niedawno obchodzonego jubileuszu Słowackiego, który, ożywiając na nowo przygasłe nieco zainteresowanie tym poetą, zaowocował wieloma pracami. Pomylił się Wyka w swojej ocenie? Czy czas ponownej lektury „Króla-Ducha” jeszcze nie nadszedł, jeszcześmy do niej nie dojrzeli? Jakkolwiek by było, trafność wysokiej oceny „Pana Tadeusza” potwierdziła dosyć nieoczekiwanie niedawno odbywająca się międzynarodowa sesja w Krakowie, podczas której, w co wręcz trudno uwierzyć, wygłoszono na jego temat kilkadziesiąt referatów!

Znacznie lepiej przedstawiają się, otwarte „Modernizmem polskim”, badania nad tym okresem. Znalazł tutaj Wyka wdzięcznych uczniów oraz wybitnych kontynuatorów, i to w kilku następujących po sobie generacjach. Powstały ważne książki m.in. o Brzozowskim, Wyspiańskim i Przybyszewskim, pochylono się nad modernistyczną otchłanią, wszechstronnie i wnikliwie opisano symbolikę, świat wyobraźni, nagie dusze i maski, a nawet język ciała w poezji Młodej Polski. Nowy impet i odmienny kierunek nadały tym zainteresowaniom modne obecnie zainteresowanie postmodernizmem i związana z tym redefinicja samego pojęcia modernizmu. A przecież pozostali, bliscy Wyce, pisarze, którzy domagają się ponownej lektury. Na przykład Reymont, którego „Chłopom” poświęcił kiedyś pamiętne studium. Tę lukę wypełnia jedynie znakomita filmowa adaptacja „Ziemi obiecanej”, dzieło Wajdy, które autor „Wyprawy do krainy prawdopodobieństwa” powitałby zapewne z uznaniem.

A literatura współczesna? Tutaj także wiele obszarów wyznaczonych na jej mapie przez Kazimierza Wykę zostało już skrupulatnie zapełnionych. Doczekali się monografii i zbiorów studiów Miłosz i Przyboś, Leśmian i Czechowicz, Różewicz, Herbert i Białoszewski. Powstał cały krąg badaczy zajmujących się dwudziestowiecznymi odmianami katastrofizmu. Rozrosła się także krytyczna szkoła Kazimierza Wyki, śledząca skrupulatnie i komentująca na bieżąco przeobrażenia najnowszej literatury. Trudno przecież nie zauważyć, że dosyć po macoszemu traktowani są przez badaczy na przykład Tuwim, Staff, Tytus Czyżewski czy Gałczyński. Zmiana gustów czy zwykłe zaniedbanie?

Do dzieł Wyki, którym w sposób szczególny nie została oddana sprawiedliwość należy, moim zdaniem, „Życie na niby” (wyjąwszy Marię Janion). Na losach recepcji tej książki zaważyła z pewnością PRL-owska cenzura, która trafnie doczytała się w obrazie okupacji hitlerowskiej celnej diagnozy sposobu funkcjonowania oraz skutków wywoływanych w świadomości społecznej każdego, zatem nie tylko nazistowskiego, ale też komunistycznego systemu totalitarnego. Patrząc z obecnej perspektywy tylko na pozór może się wydawać, że sprawy, o których pisze Wyka, są od nas całkowicie odległe i należą do zamierzchłej historii. Patologie życia społecznego mają żywot dłuższy niż trwanie ustrojów. Łatwo i obecnie wyśledzić złe nawyki, które wytworzyły lata okupacji, a utrwaliła władza ludowa: uznawanie państwa za twór obcy, wrogi i narzucony, nierzetelny stosunek do wykonywanej pracy, poczucie tymczasowości i prowizoryczności życia codziennego, nieufność i podejrzliwość wobec języka propagandy. Dla wielu obywateli III Rzeczypospolitej życie na niby wcale się nie skończyło, zmieniło jedynie swoją postać. Wyka dowiódł przy tym, że do dogłębnych studiów psycho-socjologicznych nie potrzeba ani wielkich zespołów badawczych, ani skomplikowanej aparatury. Wystarczy uważnie przyglądać się codziennemu bytowaniu małego miasteczka. Marzyłby się taki opis czasów obecnych... Zwłaszcza, że wyjątkowość „Życia na niby” nie sprowadza się wyłącznie do niezwykle precyzyjnej wiwisekcji funkcjonowania systemu totalitarnego. Zostało ono bowiem wzbogacone o szerokie tło historyczno-kulturowe oraz o diagnozę ukrytych źródeł totalizmu. Z tego punktu warto byłoby, jak sądzę, zinterpretować eseje Wyki w kontekście niektórych esejów Micińskiego, „Legend nowoczesności” Miłosza, szkicu Krońskiego „Faszyzm a tradycja europejska” czy „Korzeni totalitaryzmu” Hanny Arendt.

Pisząc tę książkę w warunkach okupacyjnych Wyka dawał pośrednio przykład nie tylko, godnej naśladowania, moralnej postawy i intelektualnej dzielności. Wszak nad esejami uparcie i ponuro majaczy widmo niedalekiego od Krzeszowic Oświęcimia. Równie istotne wydaje się to, że uczony potrafił zdobyć się na dystans oraz z chłodnym obiektywizmem analizować zarówno przyczyny militarnych sukcesów okupanta, jak przejawy przeraźliwego duchowego karlenia polskiego społeczeństwa. Oddając naturalnie, co należne, aktom bezprzykładnej odwagi, poświęcenia i niesienia pomocy, zwłaszcza Żydom. Dowiódł, że przed oceną czyjejś postawy należy ją zrozumieć, co wcale nie znaczy – wszystkim wszystko wybaczyć. Przedmiotem jego medytacji była w istocie zaduma nad ludzką naturą: z jednej strony zdumiewająco plastyczną, z drugiej równie zdumiewająco niezmienną, przeciwstawiającą się w obronie podstawowych wartości nawet najsroższym prześladowaniom, zachowującą swoje rysy nawet po zanurzeniu we wrzący tygiel historii.

Jak łatwo zauważyć, tego rodzaju widzenie człowieka legło u podstaw Wykowskiej koncepcji literatury i całej kultury. Z nadzwyczajną uwagą obserwował w nich nieustanną grę napięć pomiędzy tym co trwałe, a tym, co kruche i ulotne. Między domeną długiego trwania cywilizacji, a momentalnością ludzkich dzieł, stale wydanych na unicestwienie. Stąd tak dużą wagę przywiązywał do obrony i kultywowania tradycji jako sfery nieprzerwanej, życiodajnej mediacji pomiędzy przeszłością i teraźniejszością. W jego przekonaniu aktywny i krytyczny stosunek do zbiorowego dziedzictwa był podstawowym warunkiem ciągłości i trwania kultury zarówno narodowej, jak ogólnoludzkiej. Motoryczną siłą pisarstwa Kazimierza Wyki były z pewnością niestrudzona ciekawość i niecierpliwa chłonność jego natury na wszelkie, nawet z pozoru drobne, nieistotne formy egzystencji. Ale wyrażała się w tym także jego całościowa wizja kultury. Pomiędzy osobowością uczonego a ową wizją istniała zastanawiająca analogia. Podobnie jak łączył w sobie rozmaite talenty i umiejętności, postrzegał zjawiska kulturowe w postaci systemu -nie zawsze do końca zrozumiałych i przejrzystych – naczyń połączonych. Tego określenia użył zresztą w pięknym eseju „Faust na ruinach”, gdzie stukot kopyt końskich na ulicy św. Teresy przywodził mu na myśl fale oceanu uderzające o brzegi Wysp Triobrandzkich, które odwiedzał Bolesław Malinowski, obrazy Gauguina wyrażają „logikę myśli nocnych”, zaś kupiony w zrujnowanej Warszawie niemiecki egzemplarz „Fausta” skłania do namysłu nad losem cywilizacji przygotowującej zagładę rodzaju ludzkiego.

Od Wyki można się uczyć bezinteresownej miłości do literatury oraz przedkładania kryteriów estetycznych nad ocenę ideologiczną i polityczną. Wystarczy jeden przykład. Kim był Jerzy Putrament w oczach niezależnego środowiska pisarskiego i intelektualnego – nie ma potrzeby wyjaśniać. A przecież Wyka, ku zdumieniu jednych i zgorszeniu innych, napisał recenzję „Bołdyna”, jak zwykle u niego rzetelną i staranną. Przecenił tę powieść? Zapewne. Ale dowiódł równocześnie, że utwór, który wzbudzi w krytyku czy badaczu intelektualny lub uczuciowy rezonans, winien stać się przedmiotem poważnej i uczciwej refleksji niezależnie od postawy jego twórcy czy presji opinii publicznej. I co nie bez znaczenia, pozostawił nam esej lepszy od opisywanego dzieła. Lekcja warta zapamiętania dla wszelkiej maści „lustratorów”, którzy przykładają do literatury wyłącznie ideologiczną suwmiarkę. Raziłby zapewne Wykę obraz życia literackiego rozbitego na poszczególne, zwykle politycznie zabarwione frakcje i koterie. Żywo przypominającego konkurencję klubów sportowych, z których każdy, wysoko dzierżąc własną flagę, popiera własnych faworytów, zwalczając równocześnie wszelkimi metodami – choćby przez przemilczenie - swoich konkurentów. W przekonaniu Wyki każde dzieło literackie stanowi wyjątkowe, bo jednostkowe, niepowtarzalne i nie dające się niczym zastąpić świadectwo mało dostrzeganych na powierzchni, głęboko ukrytych, a niesłychanie ważnych, przeobrażeń świadomości społecznej. W tym także upatrywał ożywczą szansę i dla badań literaturoznawczych, i dla samej literatury. Te pierwsze, porzucając obszary abstrakcyjnego i jałowego w istocie teoretyzowania winny się otworzyć na inspiracje płynące z socjologii, politologii, psychologii społecznej czy filozofii kultury. Sama zaś bieżąca literatura winna nade wszystko, jak najwierniej, z pieczołowitym zachowaniem znaczeniowej gęstości przedstawianych zjawisk, opisywać otaczającą ją rzeczywistość. Czy trzeba przekonywać, że obydwa te postulaty doskonale trafiają w obecną sytuację? Z jednej bowiem strony, daleko idąca specjalizacja, stanowiąca nierzadko alibi dla nieuctwa i dyletantyzmu, oddaje badania literaturoznawcze w pacht przelotnym i naśladowczym modom, z drugiej pisarze marnują szansę, jaką stwarza nie mające precedensu w polskiej historii spiętrzenie rozmaitych idei, nawyków, postaw i wzorów wskutek załamania się komunizmu, odzyskania niepodległości i cywilizacyjnego skoku.

Wyka był z urodzenia hermeneutą. Cały świat jawił mu się niczym gobelin utkany z bardziej lub mniej czytelnych znaków, które przy pewnym wysiłku wiedzy i wyobraźni daje się odcyfrować. Stąd brała się u niego niechęć do tych kierunków metodologicznych, które poświęcały autora na rzecz metody. Stąd jego lekceważenie dla metodologicznej pedanterii. Podobnie jak łączył ze sobą odległe zjawiska, zderzał ze sobą różnorakie języki ich opisu. Traktowane z całą powagą inspiracje marksistowskie, sąsiadowały u niego z analizami figur wyobraźni, ujęcia o ambicjach socjologicznych spotykały się z misternymi opisami stylu wypowiedzi. Zawsze wolał ożywczy i świadomy swoich ograniczeń synkretyzm metodologiczny od okupionej jałowością wierności jednemu systemowi pojęć.

To także tłumaczy, dlaczego wybrał esej jako najważniejszą formę swojej wypowiedzi i pozostał do dziś jednym z niedoścignionych mistrzów tego gatunku. Tutaj jego bogata osobowość mogła grać na wszystkich swoich rejestrach: znawcę malarstwa i obyczajów wspierał pisarz, krytykowi literackiemu przychodził w sukurs uczony, socjolog i politolog przeobrażał się w artystę życia. Tu Wyka najbardziej mógł pozostawać sobą, nie zredukowanym do jednej roli. Ale zarazem – pomnożonym o wielorakość refleksji i doznań, obrazów przedstawionych w zmysłowym, dotykalnym kształcie czy przemiennych kształtów filozoficznego namysłu. I było tak nie bez powodu, skoro głównym bohaterem całego pisarstwa Wyki był czas. Zastygły w dziełach sztuki i biegnący zygzakiem w wydarzeniach politycznych. Dający się zrekonstruować na podstawie dalszych i bliższych tworów kultury i boleśnie raniący zwłaszcza w XX wieku. Czas całej europejskiej cywilizacji i czas dziejów pewnego narodu w środku Europy, narodu, którego losy Kazimierz Wyka zawsze wiernie dzielił.

Nie był jednakże patriotą zaślepionym. W swoim eseju „Wyznania uduszonego”, napisanym w 1962 roku, kreślił pół-żartem, pół-serio możliwą, jego zdaniem, lepszą wersję historii polskiej literatury. Zawarł w niej pośrednio swoje bodaj najważniejsze, także dziś aktualne, przesłanie i ostrzeżenie. Nie uważał, wbrew pozorom, że na przeszkodzie realizacji doskonalszego kształtu narodowego piśmiennictwa stanęły jedynie niekorzystne warunki historycznego rozwoju, a zatem zabory, powstania, tworzenie na obczyźnie. Przeciwnie, twierdził prowokacyjnie, że nawet w przypadku odzyskania przez Polskę niepodległości w wyniku na przykład zwycięstwa powstania listopadowego owa literatura, z jej „praktycyzmem, ostrożnością wyobraźni i intelektu, gospodarskim a nie tyle cywilizacyjnym stosunkiem do świata” nie osiągnęłaby poziomu dzieł poetów emigracji.

Ale nawet wieszczowie zaprzepaścili wiele szans. Można bowiem, powiada Wyka, wyobrazić sobie drugi tom „Pana Tadeusza”, od którego rozpocząłby się „polski realizm krytyczny”. Dalszy ciąg „Dziadów”, poświęconych powstaniu listopadowemu, a przyjmujących kształt „reportażu dramaturgicznego”. Snując tę fantazję dalej, Słowacki, przywędrowawszy dla ratowania zdrowia w Tatry, mógł uporządkować rękopisy „Króla-Ducha” i napisać kilka liryków, otwierających „symbolizm w jego wersji podhalańskiej”. „Vade-mecum” Norwida, przełożone na angielski, a następnie na francuski - nie byle przez kogo, bo przez samego Baudelaire'a! - mogło stać się dziełem literatury światowej, a zainspirowawszy Konopnicką i Asnyka otworzyć drogę do „intelektualnego symbolizmu”. Strindberg, uprzednio spolonizowany, mógłby torować szlaki „polskiemu syntetyzmowi”, „rugując nagą duszę, narodową formę, deformację wedle czystej formy i tym podobne bękarcie pojęcia” i stając się wzorem dla Berenta.

Żarty to tylko? Niekoniecznie. Historycznoliteracka fantazja Wyki tyleż jest świadectwem jego osobistych upodobań i preferencji, co całkiem poważnych zarzutów. O kurczowe trzymanie się polskiej literatury narodowych opłotków i snucie konsolacyjnych wizji zamiast mierzenia się z surową brutalnością bytu oraz podstawowymi problemami filozoficznymi. O nieumiejętność czerpania zasobów z własnej kultury w taki sposób, by stała się ona integralną częścią kultury światowej. O ciasny prowincjonalizm, wyrażający się papuzim powtarzaniem haseł zachodnioeuropejskich. O zalewy nadmiernej uczuciowości roztapiającej styl i rozmywającej klarowność refleksji.

Wszystkim tym, którzy potrząsają obecnie kukłami narodowego męczeństwa, biorąc je za ucieleśnienie narodowej tożsamości, warto jako przestrogę przypomnieć te słowa Kazimierza Wyki: „w historii literatury polskiej czasu porozbiorowego nie powinni byli w ogóle istnieć ci różni szlachetni, umiarkowani, w sposób śpiewankowy i ułański współcierpiący z narodem. W dwu odmianach szlachetni: albo martyrologiczne słowiki, albo tzw. żniwiarze na niwie (najczęściej na niwie prozy powieściowej)... Ci, którzy nie wnosili fermentu, lecz byli pogodzeni. Pogodzeni ze skutkami intelektualnymi niewoli, z implikacjami filozoficznego i światopoglądowego minimalizmu jako rzekomo koniecznymi warunkami życia porozbiorowego piśmiennictwa i porozbiorowego narodu”. Bowiem, co wypada z całym naciskiem podkreślić, cenzurę nałożoną przez zaborców, wspierała cenzura znacznie gorsza, uwewnętrzniona tak dalece, że omal niedostrzegalna - pochodząca nie z przymusu, „lecz z aprobaty, przyzwolenia tylko na nieszkodliwe i nie drażniące funkcje literatury”.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas