poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [DL 2000, nr 2/3 (160/161)]

»Mój ojciec mawiał od czasów niepamiętnych, że ku gorszemu idzie. „Jaką nadzieję co do przyszłości ludzkości może mieć człowiek, który weźmie pod uwagę doświadczenia ostatniego miliona lat?” - zastanawiał się kiedyś Kurt Vonnegut. I od razu sobie odpowiedział: „Żadnej”. Zatem nie pozostaje nic innego jak odwrócić się plecami do roku 2000 i niczym Panurg odejść, pierdnąwszy z wielkim wzburzeniem. Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy, dla czego warto było żyć. „Kruk” Edgara Allana Poe. „Zamek Karmazynowego Króla”. 17 minuta „Ech” Pink Floyd. James Bond. (...) „Czas apokalipsy”. (...) Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie „Joe Kid”. Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14.10.1995. (...) Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać. Tomasz Beksiński (1958-1999)« - to koniec felietonu Beksińskiego, zamieszczonego w pierwszym tegorocznym numerze pisma „Tylko Rock” (1/ 2000), który ukazał się przed świętami Bożego Narodzenia 1999 r. Stali czytelnicy i słuchacze Beksińskiego mówili, że znowu snuje apokaliptyczne wizje, przesadza, że podpis pod artykułem to jak zwykle jego czarny humor. Tekst ten okazał się zarazem testamentem: T. Beksiński popełnił samobójstwo 24 grudnia 1999 r. Był wybitnym tłumaczem z języka angielskiego (m.in. filmy z Jamesem Bondem i z serii Monthy Pythona), jednym z najlepszych polskich dziennikarzy muzycznych. Program III Polskiego Radia w audycji poświęconej zmarłemu przypomniał jeszcze jeden element tej wyreżyserowanej śmierci, jeszcze jeden testament. Oto fragmenty nocnej audycji Beksińskiego z 11 grudnia 1999 r: „Wskazówki nieubłaganie odmierzają czas, do umownego końca stulecia i tysiąclecia pozostały niespełna trzy tygodnie. Za tydzień program poprowadzi Piotr Kamiński, za dwa tygodnie mamy święta, a za trzy tygodnie będzie już rok 2000. Czy zdają sobie państwo sprawę, że dziś spotykamy się po raz ostatni w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia i w ogóle może to być nasze ostatnie spotkanie. Nie wiadomo, co się wydarzy, (...) przed nami na przykład ogólny krach komputerowy (...). Wiem, że los nie lubi, żeby go prowokować, albo żeby nim sterować, ale może tym razem. Dobranoc”. Beksiński wcześniej już kilka razy usiłował popełnić samobójstwo.

W ostatnim wydaniu „Akcentu” z ubiegłego roku (3-4/99) polecam wiersz Bartłomieja Błaszkiewicza „Akrobaci”. Jest to realizacja tematu życia/świata - teatru, życia/świata - cyrku. Pierwsza część utworu „opowiada” o ludziach z konkretnego cyrku; są to charakterystyki krótkie, cyniczne i naturalistyczne w jakimś stopniu. W drugiej części wiersz staje się gorzką metaforą. Fragment: „W naszym cyrku pod niebem Hektor, poskramiacz koni / i Jezus, prorok wody wybierali życie, / brodzili przez piach, (...) / rozdawali uśmiechy, płacili oszustom za ryby... / Tutaj sprzedaje się wszystko, w naszym cyrku / doktor Faust, pirotechnik ku uciesze bogów / postradał był życie, z widowni rzucali / puszki po piwie (...)”. I jeszcze jeden wiersz Błaszkiewicza wart jest lektury. „Starzy przyjaciele” to utwór w konwencji listu, który napisała wiedza (?), mądrość (?) do człowieka. Dla niej kapłani obserwowali planety, „posłańcy zamarzali w śniegu”, mnisi pisali rozprawy. Odwiedziła przyjaciela po latach, już jej nie poznał. Leżał w szpitalu, nie poznawał niczego. Warte lektury są również dwa dobre wiersze Marii Ballod. „[Tu była boczna droga...]” to wspomnienie lat przeszłych, jakiejś Arkadii „pejzaży wypadłych z pamięci”. Okolicy gdzieś na uboczu, gdzie „krewni i poeci przyjaźnie pozdrawiali / tylko jak tam trafić”. „Czczę cherlawego don Kichota / razem z Rosynantem / z ich pustynną drogą do szaleństwa / i oddalającym się w ciemność wiatrakiem” - te wersy w tonie modlitewnego wezwania są początkiem drugiego utworu bez tytułu. Utworu o człowieku, który nie najlepiej wygląda przy kuflu piwa, nie sprawdza się w rzeczach codziennych (wszystko spaprze, kobietę obrazi), „tylko trucht konia o kamienne stopnie / do źródła odległości / wyszlachetnia mu sylwetkę / i gest ręki jedyny / nie do powtórzenia”.

Nie warto czytać natomiast tekstu Zbigniewa Milczarka „Aż po kres bezdomności...” Miała to być zapewne analiza literackich wędrówek, czy synteza wędrówki w ogóle, przez literaturę opowiedzianej. Jest nudna wyliczanka motywów, tekstów, cytatów, pseudo-interpretacji, przypominająca ściągawkę dla maturzystów albo studentów polonistyki. Autor na kilku stronicach „analizuje” wiersze Rilkego, historię Don Kichota, „Mistrza i Małgorzatę”, „Sanatorium pod Klepsydrą” Schulza, losy Odyseusza, „Małego Księcia”, twórczość Joyce'a, mit o Orfeuszu i Eurydyce, „Boską Komedię”, „Historię Żyda Wiecznego Tułacza” Jeana d'Ormessona, „Dwa eseje: Mit Syzyfa, Artysta i jego epoka” A. Camusa, „Proces” Kafki, „Podróż na Wschód” Hermanna Hessego. Cytuje poza tym R. Gravesa, Novalisa, Jean Paula. Nawiązuje również m.in. do Buddy, Jezusa, Janusza Korczaka, Matki Teresy, Włodzimierza Sedlaka, Antoniego Kępińskiego, Wandy Rutkiewicz. Czyż nie jest to dobra powtórka z historii literatury, albo z haseł jakiegoś przewodnika encyklopedycznego?

Warto natomiast przeczytać artykuł Antoniego Kuczyńskiego „Bronisław Piłsudski – zesłaniec i badacz kultury ludów Dalekiego Wschodu”. Brat Józefa za udział w przygotowaniach zamachu na cara Aleksandra II zesłany został na Sachalin. Tam szybko ze zwykłego katorżnika przemienił się w badacza kultury tubylców (Giljaków, Ajnów, Niwchów), prowadził obserwacje meteorologiczne i organizował placówki muzealne -wszystko to na zlecenie władz rosyjskich (sic!). Dużo pisał, notował, nagrywał nawet pieśni tubylców. Szybko nawiązywał z nimi serdeczne kontakty. Z polecenia gubernatora opracował nawet projekt aktu o administrowaniu różnoplemieńcami. Z Sachalinu uciekł do Japonii, potem wyjechał do Ameryki, stamtąd do Krakowa. Podróżował po Europie, angażował się w wiele prac społecznikowskich i patriotycznych, współtworzył Muzeum Tatrzańskie itd. W 1918 r. w Paryżu popełnił samobójstwo. Postać to barwna, ze sporym dorobkiem naukowym, bardziej chyba docenianym w Japonii niż w Polsce. Międzynarodowy zespół naukowców pracuje nad zebraniem i usystematyzowaniem jego badań; ukazały się już pierwsze części „Dzieł zebranych” Bronisława Piłsudskiego.

W „Requiem dla mistrza” („Przegląd Artystyczno-Literacki” 10/1999) Zygmunt Trześniowski zawiera kilka ciekawych uwag o twórczości Władysława Hasiora. Polemizuje z informacjami, które ukazały się w polskiej prasie po śmierci artysty (14 lipca 1999 r). Hasior zdaniem Trześniowskiego nie był czołowym przedstawicielem polskiego pop-artu. Samo użycie w dziele przedmiotów gotowych nie przesądza o jego przynależności do popartu. W swoich ready-mades Hasior używał przedmiotów w sposób całkowicie odmienny niż twórcy pop-artowi. „Używał ich jako tworzywa i kreował zupełnie nową rzeczywistość artystyczną, zakorzenioną głęboko w kulturze - tej specyficznie polskiej i ogólnoludzkiej. (...) O ile zatem pop-art demonstracyjnie korzystał z przedmiotów związanych z życiem codziennym, o tyle Władysława Hasiora interesowała licha, pospolita materia każdego rodzaju oraz to, jak przy jej pomocy obrazowo mówić o wzniosłych uczuciach i zagłębiać się w zawiłą poetykę Istnienia”. Prace Hasiora budowały specyficzną rzeczywistość magiczną. Tworzył cykl totemiczny, obiekty imaginacyjne (obrazopodobne), kapliczki domowe, sztandary, rzeźby z cementowego odlewu w formie wykopanej w ziemi, pomniki, scenografie filmowe i teatralne. Wskazywał na to, co pustoszy ludzki świat – pisze Trześniowski – wojny, niepotrzebne ofiary, podeptane świętości – bezsensowne ukrzyżowania. Pomniki Hasiora stoją w wielu miejscach w Polsce i na świecie. Budzący kontrowersje pomnik z Czorsztyna, dedykowany „Poległym w walce o utrwalanie władzy ludowej na Podhalu” z 1966 r. miał być pierwszym w Europie monumentem, grającym wiatrem halnym. Nigdy jednak nie zainstalowano w nim specjalnego fletu. Władzom bardziej zależało na propagandowej wymowie dzieła niż na dodatkowych efektach artystycznych. Hasior grał na tym flecie, gdy opowiadał o swoim niedokończonym pomniku.

Ubawiłem się, czytając „Transakcję z Amnezją. Komedię wirtualną” Anatola Ulmana, drukowaną przez styczniowy „Dialog” (1/2000). Sztuka zdobyła pierwszą nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Komediopisarskim TaliA'99. Jest to komedia polityczna, satyra na dążenie do władzy za wszelką cenę, sztuka z elementami pamfletu i groteski. Mimo aluzji do współczesności (właściwie tylko elektroniczne gadżety, technika, elementy obyczajowości) nie jest to aktualna komedia polityczna. Nie wpada więc w pułapkę zaangażowanych widowisk kabaretowych, pozbawionych najczęściej finezji, grzęznących w płaskich dowcipach, które nie są (czasami być nie mogą) śmieszniejsze od rzeczywistych sytuacji (gagów politycznych). Pojawiają się tu rekwizyty baśniowe, zachowania magiczne, socjotechnika, sterowanie tłumem, wypowiedzi konstruowane z dbałością o zastosowanie zasad erystyki. Sprawa dzieje się w miejscowości schowanej gdzieś na prowincji, za bagnami, czyli nigdzie. Przechowały się tam stare tradycje, zakonserwowały elementy ludowej moralności i niemoralności. Trochę sztuki – figurki aniołów – pokazanej na modłę jarmarcznej ludowizny i wiara w takąż magię. Każdy człowiek powinien kupić u handlarzy dwa anioły: normalnego i upadłego, które zapewniają niezbędną równowagę w życiu. Ich brak może skończyć się niepomyślnie (o tym w sztuce). Jeszcze tylko wymienię osoby: prababka Amnezja Kowalska (wcielenie tradycji), Krescencjusz i Wigiliusz Kowalscy (handlują aniołami, jeden normalnymi, drugi upadłymi), Czterdziestyiczwarty (podnamiestnik, kandydat na namiestnika), Habilitowany, (jego pomagier), Lilith, Chłopak. Przyjemnej lektury. 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas