poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KAZIMIERZ WYKA
Zapiski 1972
DL 2000, nr 2/3 (160/161)
19 marca 2000 roku minęła 90. rocznica urodzin Profesora Kazimierza Wyki (1910-1975).


7.II Na pewno istnieje utajona sekrecja mózgu, jego działanie podczas snu, czy też może ujawnianie przez mózg jakichś nowych kiełków w nim dojrzewających, skoro odeszło zmęczenie, skoro sen przetarł płaty mózgowia – bardziej ku temu sposobne, ażeby odbijać rzeczywistość, przydając jej załamań, linii, formuł pochodzących z naszego wnętrza. Bardzo skomplikowane zdanie, a znaczy ono po prostu, że moje mózgowie, mimo pełnej nocy, mroźnej mgły za oknem, przy całkowitej i lekko brzęczącej ciszy, jakby dzwoneczki rozebranej choinki jeszcze same pozostały w pokoju - moje mózgowie o tej godzinie pracuje jak świeżo naoliwione. Piąta rano. Przypisuję, chyba trafnie, to wczesne akuratne działanie temu, że od dziesiątego roku życia, by skończyć gimnazjum, musiałem z Krzeszowic dojeżdżać codziennie do Krakowa.

Rodzice byli na dorobku, starannie ciułali pieniądze, nie chcieli wydawać na „stancję” dla pierworodnego. Zresztą wszyscy chłopcy z mojej sfery identycznie dojeżdżali, nie uważałem swego bardzo wczesnego wstawania za jakiś despekt losu czy krzywdę.

Gdym dojeżdżał do gimnazjum na Starowiślną, mieszkaliśmy jeszcze w jednym, co prawda obszernym pokoju w kamienicy Piętakiewiczów przy rynku krzeszowickim. Obok była spora kuchnia, przed oknami pokoju i kuchni okrążał piętro drewniany balkon, po którym wszyscy lokatorzy kamienicy chodzili do ustępów postawionych za owym pokojem, tak że przez cały dzień trwała defilada spieszących za swoją potrzebą (...) Dokładność każe dopisać, że oczywiście w ustępach nie było spuszczanej wody, latem stała konewka, a zimą nosiło się czajnik z gorącą wodą. Jakoś się jednak żyło.

Podejrzewam, że dla towarzysza Wiesława taka kamienica, kupczykami żydowskimi i jednym bezdzietnym mecenasem doludniona, pozostała w jego krośnieńskich wspomnieniach ideałem mieszkania na wysoki połysk. I że szczerze nie mógł on pojąć, dlaczego zepsuty proletariat polski buntuje się przeciwko kuchniom bez okien. W kamienicy Piętakiewiczów była taka kuchnia bez okna zewnętrznego, ale na korytarz.

Wracajmy do pokoju i do matki. Mieszkaliśmy wszyscy razem. Rodzice spali na szerokim łożu małżeńskim, pomiędzy nimi braciszek Zygmunt. Dla mnie była przystawiona do łóżek, w ich nogach, kanapka, co miało tę zaletę, że tylko na jedną stronę mogłem spaść. Na ogół sypiałem niespokojnie, wrogiem snu był nocny księżyc, okna były pozbawione story, ale jak każde dziecko nad ranem zasypiałem bardzo mocno. Matka budziła się pierwsza i rozpalała w kuchni pod blachą. Pociąg do Krakowa odjeżdżał o godzinie 6.38, do stacji kolejowej, zresztą widocznej z domu poprzez łąki, dzisiaj są tam bloki mieszkalne, łąki przynależne do obszaru dworskiego Potockich – było przeszło pół kilometra. Najpóźniej o 5.30, na zegarku dochodzi w ciemności, nagle i w ciszy, pierwsza z tych cyfr - musiałem być na nogach. Matka starała się to czynić delikatnie, ale – napisał Norwid – czy można śpiącego obudzić delikatnie?

Zbierałem się, myłem lada jako w miednicy stojącej na rozkraczonym stelażu, z drewnianym kołem podtrzymującym objętość tego narzędzia, trzeba się było ubrać. O takiej jak dzisiaj porze matka chuchała w zamarzniętą szybę w kuchni i powtarzała - ale ubierz się cieplej, żebyś mi się znów nie przeziębił. Ojciec jeszcze chrapał nadrannie, albo bywał już rozbudzony. Na długie wąsy nakładał bindę, by gładko za dnia przylegały do twarzy, chodził po pokoju w długich gaciach związanych tasiemkami, pidżamy jeszcze nie istniały, i mruczał półgłosem, by Zyska nie obudzić: Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą, zacznijcie opowiadać cześć jej nie pojętą.

Z niewielkimi lukami Godzinki umiem na pamięć na skutek tego porannego mruczenia ojca. Był on na swój sposób muzykalny, lubił operetki, miał dobry słuch i ładnie postawiony męski głos. Odzywał się dzwon na poranne roraty w krzeszowickim kościele, ojciec powiadał, że chyba dzisiaj pójdzie, tymczasem ja już wybiegałem do pociągu. Teraz przed świtem, przepowiadałem sobie lekcje na dzień dzisiejszy. Na ogół tyle przygotowania wystarczyło.

Czyżby więc już wtedy mózgowe sekrecje najlepiej działały u mnie o poranku? Bo miałem sobie wytłumaczyć, dlaczego w ten sposób działają one dzisiaj, zabrnąłem w ledwo pochwytne wspomnienie, a tymczasem wygląda, że geneza poprzez wspomnienie to błędne koło. I w roku 1923, 1924 było jak piszę, jak zimą 1971, i obecnie oglądany wstecz czasu regres okazuje się identycznością.

Lepszego mieszkania rodzice się dorobili, to znaczy ojciec je zbudował po przyjściu na świat siostry Barbary, rok 1926. Bardzo upragniona przez rodziców, przeżyła swoje poprzedniczki, dzieci ma już dorosłe. Lecz to są inne sprawy, dajmy spokój.

Noc nie tylko się kończy, ile zgrzypi. Zgrzypi drewniana, szeroka łopata dozorcy usuwającego śnieg z chodnika i ze spływu przy jezdni. Autobusy nowohuckie już przelatują z normalną częstością rozkładu jazdy, pasażerów w nich sporo. Jeszcze ciemno w kościele karmelitanek. Zawsze o takiej porze powstaje w pamięci wyjątkowo tajemnicza i urokliwa strofa Lechonia: „Powstałem nago z mego snu, biegłem, nie mogąc złapać tchu, w księżycu, przez manowiec”.

(...) Przed kilkunastu laty zacząłem prowadzić te zapiski. Było to krótko przed zgonem Tadeusza Mikulskiego.

W zapiskach tych istnieją rozległe luki czasowe, trafiają się z kolei zagęszczenia. Nigdy dotąd, w ciągu owych kilkunastu lat, nie zdołałem zorganizować w sobie tytułu, któryby należycie odpowiadał samemu faktowi oraz charakterowi tego do siebie – pisania. Byłoby najprościej – dziennik, dzienniki. Kto inny by tak może postąpił i nie kłopotał się dalej. Cóż, kiedy wyraz dziennik pojmuję i widzę w jego etymologicznym i dosłownym znaczeniu, jako nakaz zapisu dziennego. Pomijam już ten wzgląd kalamburyczny, że częściej notuję w ciągu nocy, aniżeli podczas zapełnionego robotami dnia. Czyli nie dziennik, lecz ta sam końcówka, dołożona do słowa - noc. Kalambur na poziomie prowincjonalnego kabaretu.

Więc – nie dziennik. Także nie pamiętnik. Ten musi być pisany z perspektywy, musi korzystać z praw wykluczenia przez pamięć określonych faktów i ludzi, wykluczenia innych. Również nie są to „materiały do pamiętnika”. Przede wszystkim nie zamierzam go dopiero pisać, skoro już piszę pod inną postacią. Ponadto za wiele jest w moich zapisach zdjęć momentalnych, urywkowych, na gorąco, jakie pamiętnik pomija, przymuszony do tego przez rządzącą nim perspektywę zapominania, selekcji. Ona rządzi naszą pamięcią, a pamiętnik to zarówno słowa, jak czynność pochodna od pamięci.

Ustalenia nazwy obejmującej nie ułatwiał też wzgląd, którego działanie teraz szczególnie dostrzegam, po grudniu 1970. Cały ciąg mych notat dotarł do końca tej niesławnej karykatury socjalizmu, do zdechnięcia tego pogrobowego bękarta stalinowskiego, którym cały ten czternastoletni okres się okazał. To przerażające, jak długo ten upiór po kraju straszył. Jeździł ze mną do Norwegii w maju tego roku, tam miewałem sny narodowe związane z jego obecnością.

O cóż dokładnie chodzi? Częstość i dokładność moich zapisek przybierała i przyrastała, ilekroć sytuacja polityczna kraju znalazła się na gwałtownym zakręcie. Lub niedaleko zakrętu. Jeszcze więcej: byłem w stanie zanotować do pewnego stopnia, dlaczego wóz polityczny w PRL jedzie kulawo i nie tam gdzie trzeba. Dlaczego jego woźnice pociągają na koźle bimber, a z lejców przyrosłych do ich łap czynią batogi na moich rodaków. Bimber samoodurzenia, samoupojenia władzą i komenderowania. Zapominając, że najposłuszniejszy koń, skoro ma dość takich na koźle a za mało siana w żłobie – zaczyna kopać.

Na skutek braku swobodnie i na piśmie wypowiadającej się opinii publicznej, na skutek zahamowanej, a nawet wręcz zablokowanej całkowicie sygnalizacji alarmowej między rządzącymi a rządzonymi – życie polityczne mojej ojczyzny przypomina chiński teatr cieni. Mało co jest jawne i widoczne, wszystko za prześcieradłem. Trzeba dużej znajomości aktualnej techniki teatralno-politycznej, ażeby móc wyznać się, co naprawdę odbywa się wśród partyjnych rządzących. Ich Olimp przypomina zarazem grupę Laokoona za chińskim prześcieradłem, grupę splecioną aż do nieczytelności zamierzeń. Mam wrażenie, że ruchy tej grupy nauczyłem się nie najgorzej odczytywać. Czy może skromniej - coś mnie do tego czytania ciągnie. Skoro bowiem nie ma jawnie i otwarcie funkcjonującej opinii publicznej, niechaj przynajmniej paru świadków prowadzi z nią zapis.

Napisał kiedyś Adam Ważyk, że powietrze mojej epoki jest polityczne. Nie będąc politykiem czy działaczem, nie żyję z tego powietrza zawodowo. Jednak się nim żywiłem i nadal żywić będę.

Bardziej są więc te stronice nastawione na fakty i działania, aniżeli na tak zwane zwierzenia intymne.


12.II Może nareszcie skończę pisać - po dwudziestu latach z przerwami - „Matejko a Wenecjanie”. Dlaczego to nareszcie? Dlatego, ponieważ nie spodziewałem się, że tyle papieru zużyję. „Robota mi się rozrosła”. Co to znaczy, dlaczego, czy chodzi przypadkiem o zdobnicze wodolejstwo i stylistyczną kokieterię? Trochę chodzi, bądźmy szczerzy: poetyka eseju dopuszcza, gorzej - domaga się tego rodzaju falbanek.

Same wszakże falbanki nie wyjaśnią, dlaczego suknia się rozrosła i okazuje się być skrojona na inną osobę. Ponieważ nie pierwszy raz to się przydarza, warto by się zastanowić, dlaczego. Chyba jakaś analogia z procesem komponowania przez muzyka. Wyobrażam sobie mianowicie taki proceder, który per analogiam tłumaczy, że coś się „rozrasta” wbrew założeniu i wbrew zamierzeniu. W pierwszym szkicu, wysłuchanym z fortepianu, jeszcze nie wiem, co to ma być, jaka ostatecznie forma muzyczna. Wysłuchuję samym pomysłów, same układy harmoniczne przerzucam na pięciolinię, nie pytając na razie, co z tego będzie: sonata na fortepian i skrzypce, kwartet, mała orkiestra smyczkowa itd. Już w drugim ciągu tworzenia, po tym pierwszym, wystukanym z fortepianu (czyli ten instrument jest brulionem, chyba, że zapadnie decyzja, że będzie on czystopisem wykończonym) zaczynam przewidywać, jakie instrumenty wprowadzić. Które z nich wykonają najlepiej pierwsze wysłuchanie i z embrionu zrobią dziecko ubrane.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas