poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MIHAJLO PANTIĆ
TV
DL 2000, nr 1 (159)



Nie istnieje opowieść, w której nie wspomniałbyś o TV - mówi mi Milosav Tešić, poeta.

- Tak - odpowiadam - to są moje zaklęcia. Każda moja opowieść to odczynianie.

- Rozumiem - mówi Milosav Tešić. - Egzorcyzmy.

- No właśnie. Nie znalazłem innej metody na to, żeby uwolnić się od
tego obskurnego, obsesyjnego przedmiotu, oprócz nieustannego gadania o
nim.
TV odebrała życie światu. Pozbawiła go wrażliwości, ograbiła z uczuć,
zrobiła z nas ludzi bez oblicza, dokładnie takich samych jak wszyscy
pozostali. Epatuje nas gestami niedorozwiniętego małolata (idioty,
debila, imbecyla, kretyna), przemawia do nas jałowym szyfrem na zawsze
utraconego i trwale nieobecnego znaczenia. Przymknijcie oczy. W tym
jednym mgnieniu, wszystko jedno, z rana czy z wieczora, miliony ludzi w
waszym mieście, na całym bożym świecie, bezmyślnie gapią się w tę
otwartą puszkę Pandory – w ten prawdziwy symbol naszego stulecia. I
toną wciąż głębiej i głębiej, w tępym oszołomieniu. W letargu tym
przestaliśmy już rozróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu – na wylot,
bez najmniejszego oporu, przenikają nas błękitnawe, całkowicie sterylne
obrazy. To, co przedstawiają, nie ma najmniejszego znaczenia: pustynia,
ciało bez głowy, puszka gazowanego napoju, orkiestra symfoniczna, tłumy
wrzeszczące na jakichś placach, seksualny stosunek antropoidów.



...Mój przyjaciel M. wyznał mi kiedyś, że próbował się onanizować,
oglądając na szklanym ekranie golutką, występującą w jakimś spocie
„nie-babo-chłopa”, jak nazwał w którymś wierszu kobietę poeta Rasa
Livada. Człowieku, napaliłem się jak cholera - i nic! Nie mogłem do
końca załatwić tej malutkiej, serdecznej i najzupełniej ludzkiej
sprawy. TV jest przyrządem androgynicznym. Niegdyś świat był ciepły,
lecz gdy włączono pierwszą TV, został definitywnie wyziębiony. Stał się
pusty i zimny. Ludzie zagapieni w TV są nieobecni i ospali.



Staram się nie wpatrywać w tę „diabelską dupę” (tak nazywa TV Novica
Tadić). Ale gdy już zasiądę, to jakby mnie kto zaczarował. Zmieniam
kanały, jak w chorobliwym, płytkim śnie, i gapię się, całe popołudnia i
wieczory, mechanicznie, w ogóle nie pojmując tego, co oglądam, aż nie
zatrzeszczy pusty ekran. Dawka dzienna, jak przy każdym uzależnieniu,
systematycznie narasta. W końcu potrzeba mi już kilku dni na to, żeby
się po prostu rozebrać.



TV to nie jest zwykła iluzja ani po prostu fałsz; to czysta, doskonała
pustka w obrazach. TV nigdy nie mówi niczego. Nawet podczas
bezpośredniej transmisji jakiegoś wydarzenia (co do którego nigdy nie
mam pewności, że miało miejsce naprawdę), a które - zwielokrotnione w
mnóstwo przeźroczystych, sterylnych obrazów - po prostu wyparowuje bez
śladu.



Po raz pierwszy oglądałem TV na początku lat sześćdziesiątych. Pamiętam
doskonale: cały dzień upłynął w atmosferze nerwowych, nieomal
gorączkowych przygotowań. Była niedziela. Jakoś tak późnym popołudniem
ubraliśmy się wszyscy odświętnie, cała rodzina, i piechotą wyruszyliśmy
na przedmieście do znajomych, którzy jako pierwsi w całym mieście
kupili telewizor. Pierwsze, co zobaczyłem z oddali, to był człowiek na
dachu domu, do którego właśnie zmierzaliśmy. Poruszał się ostrożnie, po
samej kalenicy, niczym lunatyk. Sadowił antenę, a tamci w dole, przez
szeroko otwarte okna pokrzykiwali: nie tak, pokręć, jeszcze nie,
poczekaj, coś widać, o tak, trochę w lewo, pomału, o tak, dobrze, nie
ruszaj, przykręć... O pierwszym zmroku, wszedłszy do pokoju,
przeładowanego rzeczami i ludźmi, spostrzegłem magiczny kwadrat ekranu.
Nie pamiętam już pierwszych obrazów, nie wiem, czy był to jakiś mecz
(jak przez mgłę słyszę czyjś podniesiony głos, nieustannie
wykrzykujący: Majer, Majer), czy też jeden z tych wczesnych,
humorystycznych seriali, z powodu których całkowicie pustoszały ulice.
Tak, jakby wszyscy mieszkańcy, w panice, ze strachu przed czymś
ogromnym, nienamacalnym i bezrozumnym, znienacka opuścili miasto. Jakoś
wcisnąłem się pomiędzy stłoczone ciała i zafascynowany, mrużąc oczy z
powodu krótkiego wzroku (zdaje się, że dopiero wówczas odkryto, że źle
widzę), zacząłem wgapiać się w obrazy dalekiego, nieznanego świata, być
może dokładnie tak samo, jak ów chłopak z noweli Andricia,
zatytułowanej „Fotoplastikon”. Wokół panowało milczenie, słychać było
jedynie oddechy, ktoś ze starszych znacząco zakaszlał w obliczu tego
cudu, który dokładnie w tej samej chwili, w której się z nim
zetknęliśmy, unicestwił wszystkie inne cuda, obecne w naszym małym,
prowincjonalnym życiu; wszystkie te cudowne, prawdziwe cuda... i
zamienił nas, odtąd już na zawsze, w swych wiernych niewolników.



Pierwszy TV kupiliśmy, przeprowadziwszy się na Nowy Belgrad.



Czasami wyobrażam sobie, albo - lepiej powiedzieć - wymarzam taką oto
scenę: Bóg zlikwidował program TV. Rozwścieczeni ludzie ze wszystkich
Miast (ja widzę wtedy Nowy Belgrad) wynoszą na śmietnik swoje
dotychczasowe relikwie i ciskają je na kupę. Kupa rośnie, zamienia się
w górę, wyższą od wieży Babel. Ktoś rozpuścił pogłoskę, że na jej
niewidocznym, niedosiężnym szczycie można porozmawiać ze Stwórcą,
przyjąć tablice nowego przymierza. I wszyscy wspinają się po „szklanej
górze” - jak powiedziałby Donald Barthelme – ześlizgują się z jej
gładkich zboczy, próbują wciąż od nowa. Głupie marzenie, właściwie
projekt niewystawionej i niewystawialnej sztuki TV.



Wieczorem, gdy go wyłączam, staję się jasnym punktem na czarnym polu i gasnę.



Przełożyła: Maria Dąbrowska-Partyka

MIHAJLO PANTIĆ, ur. 1957 w Belgradzie, autor 10 tomów prozy i krytyki, redaktor ważnych czasopism literackich. Powyższe opowiadanie pochodzi z tomu „Opowieści z Nowego Belgradu”, opublikowanego w roku 1994 przez belgradzkie wydawnictwo „Vreme knjige”.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas