poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
SEMEZDIN MEHMEDINOVIĆ
Sarajewo blues
DL 2000, nr 1 (159)

Obraz wojny

Dziś rano wyszedłem po papierosy i moje spojrzenie automatycznie powędrowało w stronę dźwięku, od którego drżą szyby w oknach. Wojskowi w opasłym helikopterze unoszą się na wysokości budynków, jakby z trudem dźwigali własny ciężar. Zaczęło się, pomyślałem. Tak samo, będąc chłopcem, wznosiłem spojrzenie ku gałęziom niezwykłego drzewa, z którego opadały, wirując jak śmigła, suche strączki. Brązowe, suche strączki, które w dziecięcym języku noszą nazwę helikopterów.

I myślę o tym, jaka dramatyczna różnica dzieli znaczenie tych samych słów. Może dlatego tak bardzo bliski jest mi powszechny podział na świat dzieci i świat dorosłych. Dzieci postrzegają świat w kategoriach estetycznych. Pewien fiński poeta mówi, że swoje wojenne dzieciństwo pamięta jako „wspaniałe, ogromne pożary”. W dziecięcym języku nie istnieje słowo „skutecznie”, którego prawdziwe znaczenie odkryłem będąc w wojsku. W języku dorosłych słowo to określa, bez wyjątku, zniszczenie.

Naiwna myśl, że niektóre państwa powinny wprowadzić do swych kodeksów paragraf, uzasadniający prawo jednostki do naturalnej śmierci, prowadzi mnie do porażających wniosków. (Do problemów o zasięgu światowym nie powinno się mieszać moralności). Kierując się zasadami moralnymi, należałoby zlikwidować helikoptery, które tak skutecznie rażą ogniem. A to byłoby możliwe jedynie wtedy, gdyby świat dorosłych uległ całkowitemu zniszczeniu. Lecz w całości i tak pojawiłaby się znowu, a świat dzieci uległby polaryzacji. I wśród dzieci istnieliby żołnierze i ofiary.

Zamknęło się w ten sposób błędne koło mojej naiwnej myśli i obmyślam teraz skuteczny sposób na to, aby się od niej uwolnić. W tym kraju tak często grożono nam wojną, że chyba wypróbowano już wszystkie metody napędzania nam strachu. To oczywiste, że ich nie wyczerpano. Ale sprawia mi satysfakcję myślenie, ż pozostały im już tylko helikoptery, które pojawiają się w naszych oknach i ryczą: Buuuu.

Straszniejsze od wojny jest nawoływanie do niej. Agitatorzy rekrutują się zwykle z szeregów intelektualistów, tych samych, którzy szerzyli tezę o samorządnym socjalizmie, a w razie konfliktu jednostki z grupą, skórę samorządowca zamieniali na skórę komisarza. Chyba wpieprzało ich bycie „ofiarą”.

Pewnemu znajomemu - zresztą, utalentowanemu pisarzowi - podarowałem maszynę do pisania (Olimpia monica). Byliśmy przyjaciółmi. A on teraz na tej maszynie wystukuje szowinistyczne pamflety. Nie razi mnie to, że ktoś pewnego ranka budzi się jako nacjonalista, ale to, że w swym zaślepieniu widzi świat w czarno-białych barwach: a wówczas, gloryfikując swój naród, atakuje wszystko, co do niego nie należy.

A, niech tam.

„Róbcie, co chcecie, w tym zawiera się Prawo”, mówi Allister Crowley.

Ale kiedyś przyjdzie wojna, bo jaki może być inny cel produkowania helikopterów. Zaś ci, którzy do niej doprowadzili, zrobią wszystko, byle tylko ocalić swoje tyłki. A to nie jest w porządku.

Wspominałem o dzieciach, nie po to, aby moralizować, posługując się niewinnymi. Kiedy dzisiaj rano wyszedłem po papierosy, zachwyciło mnie przywołane w pamięci dziecięce oko, które suche strączki, wirujące w powietrzu jak śmigła, porównało do helikopterów. W porównaniu tym zawiera się fascynacja, ale i drwina ze świata.

Doskonałe oko dziecka, które już zawczasu zżyło się z wszelkim złem.



Zumbak (1) / Muzułmanie

Muzułmanie w Bośni nadawali swoim dzieciom prawosławne imiona. Było to wyrazem kompleksu partyzanckiego: nieszczęsne dzieci rodziły się z nienaturalnego związku ich rodziców z państwem, które delikatnie próbowało je zasymilować. Dlatego tak naturalny wydaje się fakt, że -kiedy wybuchła wojna - niektórzy muzułmańscy artyści uciekali do Belgradu w wojskowych transporterach. W tych samych transporterach, którymi z powrotem do Sarajewa przywożono czetników. Wyjechali do Belgradu, z którego, już wtedy, komenderowano zbrodniami, dokonywanymi nad Driną na muzułmanach. Wiele przykładów potwierdza ten syndrom poddaństwa. Na przykład, w herbie Republiki Bośni i Hercegowiny znajduje się kwiat; w języku chorwackim nosi on nazwę lijer lub krin. Stylizowany jest w taki sposób, że bardziej przypomina krzyż, aniżeli kwiat, który rośnie w sarajewskich ogrodach i nazywa się zambak. Kobiety, które go podlewają nie wiedzą nawet, że jest to, tak często obecnie wspominany, ljiljan (2) Przystawanie na chrześcijańską wersję imienia nie było jedynie zwykłym pochlebstwem; było wyrazem uporczywej „zgody na Jugosławię”. Bośniackim muzułmanom potrzeba było wojny i ludobójstwa, aby zrozumieli, czym jest dla nich Jugosławia. Nie jest to zatem zwykłe językowe nieporozumienie. Dziesięcioletni chłopiec, który pyta, czy jest muzułmaninem, uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, mówi: nie chcę zostać zgładzony; dowodzi to faktu, że z jego narodem stało się coś strasznego. Język określił nasz los. Chłopiec, który zadaje to pytanie -w schronie przeciwatomowym - ostrą krawędzią odłamka ostrzy ołówek, po czym wraca do rysowania swojego komiksu. Bohater komiksu nazywa się Terry Marnese; chłopiec nadał mu to imię. Świat komiksu, jako miara humanizmu i poziomu cywilizacyjnego planety, przestaje w tym momencie istnieć. Rzeczywistym światem chłopca jest świat, odkrywany przez niego z dziesięcioletnim opóźnieniem; granicami tego świata są granice jego imienia. Najstraszniejsze, co przydarzyło się temu narodowi, to zapomnienie. Od zagłady straszniejsza jest niepamięć o niej, mówi Baudrillard.


Nadmiar historii

W fasadę domu przy ulicy Tity uderzył granat. Na ziemię posypał się tynk, a wraz z nim spadła metalowa tabliczka. Na tabliczce widnieje napis: „ulica dr. Ante Pavelicia 11”. Dla mnie, który dotąd tego nie wiedziałem, stało się jasne, że obecna główna ulica Sarajewa nosiła przed półwieczem inną nazwę; nazwa ta przetrwała całe lata na niezniszczalnej metalowej płytce, ukryta pod tynkiem, jak w jakimś geologicznym złożu czasu.

Czas zmienia się teraz tak szybko i gruntownie, że czuję się tak, jakby wszystkie rzeczy, na które patrzę i z którymi się tutaj stykam, były starsze ode mnie. A wszystkie one, sądząc po dacie produkcji, są na pewno starsze od wojny.

W oglądanym wczoraj filmie o Sarajewie zobaczyłem ulicę Tity w zimowych, noworocznych dekoracjach: od kawiarni „Park” aż do „Wiecznego Ognia” przestrzeń sprawia wrażenie nieprzejrzystej; mglista otchłań wypełniona mnóstwem zaimprowizowanych kramów, pełnych balonów i świątecznych kartek; tysiące samochodów spieszących w obu kierunkach, a nad nimi las transparentów i lampionów. Obraz ten uświadomił mi, że już zupełnie zapomniałem, jak niegdyś wyglądała ulica, którą teraz, zdaje mi się, przemierzam kilkoma krokami. Rzeczywiście, kiedyś była taka długa (ta właśnie ulica), że nawet nie przychodziło mi do głowy chodzić po niej pieszo, tylko od razu wskakiwałem do tramwaju lub taksówki.

Miasto zostało sprowadzone do rozmiarów mapy wojskowej.

Nie ulega wątpliwości, że przestrzeń od kawiarni „Park” do „Wiecznego Ognia” pokonuje się, jak zawsze, tą samą liczbą kroków. Co się w takim razie zmieniło? To, że wczoraj ulica nazywana była imieniem Ante Pavelicia, a potem marszałka Tity – jest jedynie nic nie znaczącą ideologiczną dekoracją; równolegle do ulicy płynie nieodmiennie wciąż ta sama Miljacka.

A więc zmiana nastąpiła we mnie. Odzwyczajeni od niegdysiejszych wygód, wszystko postrzegamy jako normalne. Wczoraj też się umierało, ale dzisiejsze umieranie jest bardziej dosłowne; mniej grozy w folklorze towarzyszącym śmierci. Opakowanie pudełka, z którego właśnie wyjąłem papierosa jest właściwie dokumentem. Zakłady tytoniowe, z braku papieru, wykorzystują wszelkie materiały, możliwe do zdobycia: opakowania z papieru toaletowego; kartki książek, dzięki którym podczas bezczynnego palenia na pudełku papierosów przeczytać można wiersz albo jego fragment; papierowe opakowania, w które niegdyś zawijano mydło..., cudzoziemcy kupują te papierosy jako suweniry, stanowiące przykład nowej sztuki tytoniowo-użytkowej i zabierają je ze sobą do domów.

Papieros, który właśnie palę, został zapakowany w świadectwo zgonu; wymieniono w nim przyczynę śmierci, widnieje na nim pieczątka i podpis lekarza. Przyznaję, że spośród wszystkich materiałów, ten jest ostatnim, który powinien był posłużyć jako opakowanie papierosów; przyznaję jednak i to, że nic już nie jest w stanie mnie zgorszyć.

Odległość pomiędzy istnieniem tabliczki z napisem „ulica dr. Ante Pavelicia” i tej, która do dzisiaj widnieje na fasadach głównej ulicy Sarajewa, wypełniają papierowe znaki umierania. Noszą one nazwę historii. Pozbyłem się już całkowicie złudzenia, że historia i rozwój to słowa, których znaczenia mają ze sobą cokolwiek wspólnego. Rozwój definitywnie nie istnieje, my żyjemy na terenach cierpiących na nadmiar historii. Historia kilku ulic sarajewskich warta jest dokładnie tyle samo, co historia USA. A skoro tak, to jest rzeczą zupełnie naturalną, że powinna ona służyć czemuś pożytecznemu. Choćby i ostatnim papierosom.

Imam (3)

1. Drzwi domu otwiera mi dziewczynka, jego zaś zastaję krzątającego się przy piecyku - uśmiechniętego, w jasnożółtym pulowerze; gestem pokazuje, żebym usiadł. Patrzę na rząd kaset video obok telewizora; pierwsza, przychodząca mi do głowy, pełna ciekawości, myśl: czy wśród nich jest może jakiś film Yilmaza Gineya? W tej samej chwili tracę ochotę, by go o to zapytać.

2. Od granatu, który wybuchł przed Dairami, zginęło troje dzieci oraz wnuk efendiego (4) Spahicia, imama Begovej džamiji (5). Wcześniej - jego żona; jakby ją Bóg zabrał do siebie, aby uchronić. Przed patrzeniem. Myślę, że nie ma tragedii wielkich i małych. Są tylko tragedie. Niektóre można chyba wyrazić za pomocą słów. Są też takie, dla których każde serce jest nazbyt małe. Nie wystarczy w nim miejsca.

3. Po raz pierwszy zobaczyłem go w telewizji: wstrząsnęła mną siła, z jaką gromadzi w sobie smutek; teraz wygląda młodziej, gdy podchodzi do stołu, podaje pudełko papierosów, podsuwa popielniczkę, częstuje nimi i mówi: „Kiedyś lubiłem palić, ale przestałem i już mi nie smakują”. Mówi cicho. Kiedy ja mówię cicho, chrypię; to przez papierosy. Obserwuję ostrożnie, szukam jakiegoś znaku, który zdradzi tę wyróżniającą go siłę. Rozmawiamy; mówi: „Ludzi można podzielić na silnych i słabych; ale słabości nie należy potępiać”: istnieją powody, które ją usprawiedliwiają, na przykład, budowa fizyczna. I wiele innych. Nigdy własnoręcznie nie zarżnąłem barana, nie miałbym nawet na to siły. Tak po prostu”. Wskazując na swoją słabość, rozproszył moje naiwne przekonanie, że jedno spojrzenie wystarczy, aby dostrzec oznaki jego siły.

4. Rozmawiamy; nie improwizuje: ma gotową odpowiedź na każde moje pytanie. W swej samotności, jak sądzę, wszystko przemyślał. Dlatego odczuwa ulgę, gdy mówi, splecionymi palcami dłoni obejmując kolano; myśli literacko, za pomocą obrazów. Odpowiedzi są całościami, z których podczas rozmowy, powoli powstaje mały słownik samotności imama.

Armia. Sarajewscy żołnierze to myśliwi, stwierdza; myśliwy przez cały tydzień pracuje, a w sobotę idzie do lasu, zabije zająca i wraca do domu; podobnie oni, mówi – siedzą w kawiarniach, a potem swoimi luksusowymi limuzynami jadana szczyt Bistrika, pod Trebević i strzelają.

Bośniacki muzułmanin. Przypomina mi się Tołstoj; pisząc o Hadżi-Muracie – zachwyca się jego góralską siłą i mówi, że jest jak trawa jesienią, tratowana przez wozy z sianem; ale kiedy nacisk kół ustąpi, każde źdźbło się prostuje. Tacy właśnie są bośniaccy muzułmanie: źdźbła jesiennej trawy o mocnych korzeniach.

Mudżahedin. Zachód nie wie, co znaczy to słowo. W tłumaczeniu oznacza ono wojownika. Dla nich jest to terrorysta, podkładający bomby w paryskich kafejkach. Walczy, aby wypełniła się Boża sprawiedliwość; zabijanie z zemsty jest dla niego grzechem śmiertelnym. Zachód w swojej obojętności tego nie dostrzega.

Islam. Wiara, która się szerzy, lecz nie przemocą; nie ma swoich misjonarzy; ja”, które się nie wynosi, a wszędzie pozostawia swoje ludzkie, szlachetne ślady. To cecha prawdziwej wielkości.

5. Jego tolerancyjność jest ujmująca. Wszystkie wątpliwości, jakie dręczyły mnie w związku z tym człowiekiem, pryskają. Z braku lepszego słowa, nazywam jego postawę, na własny użytek, bośniacką tolerancją. W przerwie – podczas gdy efendi Spahić wstaje i odchodzi, aby dołożyć do ognia w piecyku, a potem wraca z dwiema gruszkami na tacy – oglądam grafiki na ścianie; jeden miedzioryt: wszystkie z motywami starej sarajewskiej čaršiji (6). Nagle coś do mnie dotarło; uzupełniam więc słownik naszej rozmowy.

Duch Sarajewa. Przychodzą mi na myśl tamte, widoczne na ścianach, bośniackie kawiarnie, nieprzemijające obrazy wciąż tych samych motywów: starzec z fezem i filiżanką w ręce; kupcy zgromadzeni wokół sebilja (6). Wstępowali tam (do tamtych kawiarni) emeryci w czarnych baskijskich beretach z pudełkami białych „drin”, po pracy, albo po modlitwie; wstępowali także ćpuni, na tanią coca-colę. Tolerancja Sarajewa, związana z współistnieniem najróżniejszych świątyń znajdujących się na jednej, wąskiej ulicy, była, jak się zdaje, naiwnością historyków. Rzeczywistą tolerancją jest ta, o której nikt nie napisał ani słowa: spokój bośniackich motywów z obrazków na ścianie kawiarni z coca-colą; ta sama wrząca woda na kawę dla starca w berecie i na kawę dla rozczochrańca w dżinsach, szprycującego się w cieniu minaretu. Nikt nie przydawał temu żadnego znaczenia; o sztuce naiwnej čaršiji historycy nie napisali ani słowa. Skubię gruszkę; rozmowa schodzi na pogodniejsze tematy; wydzielam z niej jeszcze jedno hasło i dołączam do słownika.

Emir Kusturica. Jest to krowa, która daje dużo mleka, a następnie uderza nogą w bańkę, przewraca ją i wszystko wylewa, mówi efendi Spahić. Po pożegnaniu wychodzę na ulicę spokojniejszy, niż przed przyjściem tutaj. Kiedy efendi Spahić opowiadał o swoim nieszczęściu, jego oczy zwężały się łagodnie, jak z zimna. To wszystko. Wyszedłem, unosząc w nozdrzach jesienny zapach gruszek.

6. Jest słonecznie, ale miasto jeszcze zamglone. Na samym dole długich eleganckich schodów Muzeum Miejskiego siedzi Bokun; włosy związał w kucyk; w okularach przeciwsłonecznych, w czarnej marynarce z zamszu przypomina zrezygnowanego dublera Michaela Douglasa. Jest sobota, na wzgórzach są już niedzielni czetnicy; mówię mu, że już czas opuścić ulice, ale on macha ręką: „To mój ostatni papieros. Muszę mu się oddać, a to jest możliwe tylko na ulicy. Tylko na ulicy mogę być zupełnie sam”, mówi.

7. Próbuję porównać samotność Bokuna z samotnością efendiego Spahicia; zdyszałem się idąc pod górę.

Jeżeli, czytelniku, pójdziesz jeszcze 50 metrów w górę, wzdłuż ulicy Abdullaha Kaukčiji i odwrócisz się, zobaczysz zamglone Sarajewo; ponad mgłą ujrzysz dachy starego miasta, a nad nimi minaret Begovej džamiji pędzący z ziemskiej, zamglonej codzienności, w kosmos bólu.


Białe „driny”

Opakowanie białych „Drin” jest solidne i funkcjonalne. Jego dominującą barwą jest biel. Pewien mój przyjaciel, latem 1980 roku, na ławce, w parku „Svjetlost”, na pudełku białych „Drin”, naszkicował mi ze wszystkimi detalami ciało kobiety, z którą spędził noc. A ileż samych tylko numerów telefonu zgnieciono po wyjęciu z pudełka ostatniego papierosa...

Mniej więcej w tym czasie byłem studentem; z czerwonego paska, którym rozrywa się celofan na pudełku „drin” i z kawałeczka celofanu, który wyrzuca się razem z paskiem, robiłem dla mojej dziewczyny jakieś zwariowane kokardki. Potem, kiedy się z nią ożeniłem, pokazała mi pudło, całkowicie nimi wypełnione. Było ich tyle, że oczyma duszy zobaczyłem zdjęcie własnych płuc. Ale nawet teraz ta sama kobieta mogłaby potwierdzić, że obecnie myślę podobnie, jak myślałem wtedy: od tytoniu się nie umiera.

Dzisiaj zaś wiem to, czego wczoraj – siłą rzeczy – nie wiedziałem: od granatów nie umiera miasto. Chcę w ten sposób powiedzieć rzecz następującą: Sarajewo jest niezniszczalne nie dlatego, że granaty odbijają się od betonowej fasady gmachu telewizji jak robaczki świętojańskie, ale dlatego, że po tym wszystkim wciąż jeszcze mamy białe „driny”. Te papierosy są może ostatnim śladem romantyzmu, uwznioślającym każdą wojnę obronną.

Nic już nie jest tak bardzo sarajewskie, jak pudełko białych „drin”. Dawne papierosy studentów i emerytów stały się teraz papierosami wojennymi, są trochę bardziej cierpkie i suche, ale wyglądają tak samo; brakuje tylko daty produkcji i celofanu. Ten brak celofanu czyni je bardziej surowymi, męskimi. Nie po raz pierwszy do Bośni dociera pomoc humanitarna; niegdyś w amerykańskich paczkach przychodziły „chesterfieldy”. Do niedawna od kogoś, kto pamięta tamte czasy, można było usłyszeć: „Chesterfieldy to najlepsze papierosy...”. Kiedy to wszystko minie, nie wiem, czy podobnie będzie się mówiło o białych „drinach”. Po wojnie staną się one bośniackimi gitanami. Pod warunkiem, że tytoń z Hercegowiny będzie docierał do Sarajewa...

Nigdy nie zwracałem uwagi na obecność aliteracji w słowach „duha” i „duh” (8). Ale, bez względu na to, jak patetycznie to zabrzmi, wydaje mi się, że te papierosy są wiernym odbiciem mentalnego zdrowia i niezłomnie dowcipnego ducha człowieka, który pośród nocnego piekła, gdy pociski zasypują miasto, otwiera okno wychodzące na Trebević i krzyczy: „Celuj nieco wyżej”.

Przełożyła: Sylwia Nowak

(1) zambak (z tur.) – lilia, symbol widniejący w herbie Bośni i Hercegowiny.
(2) ljiljan - lilia, po serbsku
(3) imam (z tur.) - teolog muzułmański.
(4) efendi (z tur.) - tytuł uczonego, pan.
(5) Begova džamija – Gazi Husrev-begova džamija, meczet z 1530 roku, najbardziej reprezentacyjny obiekt muzułmańskiej architektury sakralnej na Bałkanach.
(6) čaršija – dzielnica handlowa.
(7) Sebilj – studnia znajdująca się w centrum Baščarśiji – zabytkowej, rzemieślniczo-handlowej części Sarajewa.
(8) nieprzetłumaczalna gra słów: „duh” – to po polsku: duch, bystrość, dowcip; „duha” – tytoń.


SEMEZDIN MEHMEDINOVIĆ ur. w 1960 r. w Tuzli, w Bośni. Wydał dwa tomiki wierszy: „Modrac” (1984) i „Emigrant” (1990). Jest także autorem paradokumentalnego filmu „Mizaldo ili kraj teatra” (1994), nagrodzonego w 1995 roku na festiwalu w Rzymie pierwszą nagrodą publiczności i krytyków. Wszystkie zaprezentowane opowiadania pochodzą ze zbioru „Sarajevo blues” (Zagreb 1995), którego pierwsza, krótsza wersja ukazała się w Sarajewie, w 1992 roku.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas