poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAVAO PAVLIČIĆ
Vukovarskie widokówki
DL 2000, nr 1 (159)

PAVAO PAVLIČIĆ (1946) — współczesny pisarz chorwacki, k\( cieszy się od lat niesłabnącą popularnością. Przygodę z literaturą rozpoczął od fascynacji Borgisem i fantastyką („Ladja od vode” 1972), potem pojawiły się próby zmierzenia z gatunkiem kryminału i postmodernistyczne gry literackie. W publikowanej ostatnio prozie połączył motyw rodzinnego  miasta Vukovaru, zniszczonego przez Serbów w działaniach wojennych 1991 roku (miedzy innymi: „Szapudl”,  „Dixieland”, „Przewodnik po Vukovarze”). Polskiemu czytelnikowi znany z wydanej właśnie czy książki „Plac Wolności”.



Miejsce na mapie

Jeszcze zupełnie niedawno, gdy ktoś zadawał pytanie o miejsce mojego urodzenia, odczuwałem pewne zażenowanie. Nie dlatego, żebym się wstydził, że pochodzę z Vukovaru, Boże uchowaj; chodziło o to, że wiedziałem, iż odpowiedź postawi mojego rozmówcę w niezręcznej sytuacji; nie będzie miał pojęcia ani gdzie ten rozkoszny Vukovar się znajduje, ani o co w ogóle chodzi i dlatego szybko spróbuje zmienić temat. Albowiem dla wielu ludzi nazwa ta właściwie nic nie oznacza.; mylą sobie Vukovar z Vinkovcami, z Viroviticą, nawet z Bjelovarem, a jeśli już potrafią odnaleźć go na mapie, nie umieją powiedzieć o nim nic bliższego. Więc kiedy natkną się jeszcze na kogoś, kto na domiar złego urodził się w Vukovarze, wydaje im się, że mają do czynienia z osobą, której się w życiu nie poszczęściło. Tak jakby mówili: „Zatem Vukovar, cóż zrobić, nikt w końcu nie jest doskonały”.

Potem powoli, powolutku zacząłem dostrzegać, że taki stan rzeczy ma również pewne zalety. Skoro o Vukovarze nikt nic nie wie (a ci, którzy przypadkowo tam zawitają, nigdy nie szczędzą potem pochwał jaki to jest piękny i interesujący), w takim razie można opowiadać o tym mieście, co tylko komu przyjdzie do głowy. Dlatego też i opowiadałem: kiedy zostałem pisarzem, otworzyła się przede mną możliwość uczynienia z Vukovaru miejsca mitycznego, sławienia go aż do przesady, przy czym nikt nie mógł sprawdzić co z tego jest wymyślone, a co zgodne z prawdą. Było to dobre i dla Vukovaru, i dla mojego lokalnego patriotyzmu, inna sprawa, w jakiej mierze było to dobre dla literatury. W każdym razie zawsze wydawało mi się, że kiedy wykorzystam już wszystkie swoje pomysły i wyczerpię całą zdolność przekonywania i sugestywność, rodzinne miasto pozostanie mi jako temat literacki i rezerwowe źródło cudowności; zawsze mogłem sobie przypomnieć coś vukovarskiego, o czym nigdy nikt nie słyszał i co mogłem do woli rozpracowywać.

Bowiem, kiedy opowiada się o Vukovarze, nawet gdy opowiada się samym mieszkańcom Vukovaru, to jest tak, jakby mówiło się o czymś ukrytym, zaginionym, co dopiero należałoby odkryć. Jego wartości, które niegdyś były żywe i zauważalne - kryją się niejako pod pokładami codzienności, anonimowości i prowincjonalnej nudy. Tak jakby ktoś na podstawie tych kilku skorup, które wydobyto z Vučedola (1) zaczął snuć opowieści o życiu mieszkańców z okresu neolitu. Dlatego nic dziwnego, że ci, którzy niegdyś słyszeli o Vukovarze, wiedzą właściwie tylko coś o samym Vučedolu; istnieje bowiem jakieś głębokie podobieństwo pomiędzy wyobrażeniem Vukovaru i tego wykopaliska archeologicznego.

Vučedol wygląda dzisiaj całkiem zwyczajnie; lejkowata dolina nad zielonym Dunajem, pola kukurydzy, winnice, kolorowe lasy po drugiej stronie. A na dole, pod nogami aż roi się od ceramiki, kamiennych siekier, naczyń obrzędowych, licznych świadectw życia w tej osadzie, którą archeolodzy nazywają Paryżem neolitu. Tak samo jest z Vukovarem: za jego nazwą, która jest tak podobna do innych nazw, za oznaczeniem na mapie, które pozornie tylko wskazuje miejsce, gdzie znajduje się jeszcze jedno prowincjonalne miasteczko, kryją się cuda. Kryją się dowody niezwykłego, malowniczego i symbolicznego życia, z którego można czegoś się nauczyć, skrywającego w sobie głębszy ludzki sens. Trzeba tylko odkopywać: literacko, historiograficznie, etnologicznie lub po prostu turystycznie: takie wykopaliska w Vukovarze zawsze się opłacą.

Ja też kopałem, kopałem, ile tylko mogłem i na ile potrafiłem. Nie zawsze wystarczająco głęboko, nie dość uważnie i systematycznie. Zdarzało się i mnie samemu uwierzyć, że w Vukovarze nie ma niczego szczególnego i że akcje tych opowiadań, które wymyśliłem, mogą się dziać także gdzieś indziej. Tylko niekiedy zadumałem się nieco i trochę się gryzłem z tej przyczyny: wyglądało na to, że ludziom najbardziej podobają się te moje opowiadania, które są najbardziej vukovarskie, te, w których odwoływałem się do spraw tak bardzo lokalnych, że wydawało mi się, że zrozumieją je tylko mieszkańcy Vukovaru; za każdym razem okazywało się, że te opowiadania są najbardziej uniwersalne. Wtedy zawsze od nowa obiecywałem sobie, że będę kopał dalej, jeśli nie z jakiegoś innego powodu, to choćby dlatego, by sobie wytłumaczyć, co też takiego szczególnego kryje się w Vukovarze.

Ale wtedy bieg wydarzeń uprzedził mnie i trudno już będzie kiedykolwiek doprowadzić do końca moje poszukiwania archeologiczne. Wydarzenia, które nastąpiły, zaczęły niszczyć Vukovar, nie tylko fizycznie, ale także duchowo: jego szczególna natura znalazła okazję, by dać o sobie znać i wszystkim się objawić. Wydarzenia te wyniosły na światło dzienne niektóre z wartości miasta, kryjące się czy to w pejzażu, w historii, czy w ludziach. Vukovar znalazł się w centrum uwagi i jego tajemniczość stała się dostrzegalna dla wszystkich. Teraz wszyscy wiedzą, gdzie jest Vukovar i często o nim myślą.

Odczuli oni potrzebę, by wszystko to sobie wyjaśnić i dlatego przypomnieli sobie o mnie i o moim pochodzeniu. Dlatego pytają mnie i chcą, bym im powiedział, jakie to miasto i jak możliwe jest to, co dzieje się z nim dzisiaj. A ja, oczywiście, nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu dlatego, że sam już nic nie wiem: często myślałem, że muszę odkryć, w czym tkwi wyjątkowość mojego rodzinnego miasta, ale zawsze uważałem, że mam jeszcze na to czas, że to może zadanie na całe życie. Zdawało mi się jedynie, że wiem, jaka jest przyczyna tego poszukiwania: Vukovar jest bowiem tym w Chorwacji, czym Chorwacja w świecie: nieznaną wartością, którą dopiero należy wydobyć na światło dzienne.

I w ten sposób dzisiaj znowu czuję się zażenowany, gdy pytają mnie, gdzie się urodziłem: przedtem obawiałem się, że odpowiedź będzie kłopotliwa dla innych, bo nic nie wiedzą o moim rodzinnym mieście; teraz jest to kłopotliwe dla mnie, ponieważ to ja nie wiem o Vukovarze tyle, ile powinienem.

Ruchomy album

W Vukovarze źle ma się sprawa z widokówkami. Ilekroć się tu zatrzymywałem i chciałem do kogoś napisać, a przy okazji trochę się pochwalić, jak mi tu dobrze, zawsze znajdowałem się w kłopotliwej sytuacji. Byłem całkiem świadom, że te fotografie Vukovaru, które istnieją, nie dadzą nikomu najbardziej nawet mglistego pojęcia o tym, jakie jest to miasto. Siadałem wtedy nad tymi widokówkami i łamałem sobie głowę, co tu począć.

Wydawało mi się, że na fotografiach nie zostało uchwycone to, co najważniejsze: zawsze pozostawało coś piękniejszego, coś bardziej charakterystycznego lub bardziej interesującego i zwykle pojawiała się pokusa, by posłać przyjacielowi wszystkie trzy widokówki, bo też tyle ich zazwyczaj było pod ręką. Ale nawet i to nic by nie pomogło, gdyż nie byłem zadowolony także i z tego, co można było zobaczyć na tych trzech widokówkach; zawsze mi się wydawało, że zdjęcia jakby wypaczają rzeczywistość i dają złe o niej wyobrażenie: główna ulica wydawała mi się zbyt wąska, Dunaj na kolorowych fotografiach był zbyt niebieski, kopuły wyglądały na mniejsze i nie tak dostojne, jak to powinno być. Niemal się obawiałem, że przyniosą wstyd mojemu miastu, jeśli wyślę w świat taki jego obraz.

Dlatego zwykle starałem się najlepiej, jak tylko potrafiłem: trudziłem się, by na widokówce zmieścić jakiś dobry tekst, który uzupełni to, czego nie udało się przekazać fotografii. Zamiast przesłać jedynie serdeczne pozdrowienia, jak to się zazwyczaj czyni, na niewielkiej ilości miejsca na odwrocie kartki umieszczałem opis naddunajskiego krajobrazu, przywoływałem jakąś anegdotę, dodawałem kilka słów pochwały, wszystko po to, by słowami zastąpić to, czego nie było na zdjęciu.

Z upływem czasu zrozumiałem, że nie jest to wina ani fotografów, ani wydawców tych widokówek: oni starali się, jak tylko mogli, często wykonywali swoją pracę bardzo rzetelnie, ale wszystko to było bezwartościowe i nic nie dawało. Nie jest to bowiem ani kwestia fachowości i techniki, czy nawet sztuki. Chodzi o to, że Vukovaru nie da się dobrze i wiernie sfotografować. Przekonały mnie o tym dobitnie różne inne obrazy, na których pojawia się moje miasto: fotografie, filmy, zapisy video, nawet obrazy olejne: na wszystkich bez wyjątku wyglądało tak, jakby coś pozostało niedopowiedziane, wydawało się, że obraz jest wypaczony, bo Vukovar jest czymś zupełnie innym niż to, co zostało przedstawione.

Niekiedy myślałem sobie, że wina tkwi we mnie, że o swoim mieście wiem tak wiele, tak jestem z nim związany, że tylko rzeczywistość może mnie zadowolić, a we wszystkim pozostałym czegoś mi brakuje. Ale wtedy odkryłem, że tak samo myślą i inni ludzie, mieszkańcy Vukovaru i ci przebywający tu w gościnie. Vukovarzanie zawsze powiedzą, że fotografie nie są nawet cieniem rzeczywistego stanu rzeczy, a goście, że na podstawie zdjęć zupełnie inaczej wyobrażali sobie Vukovar i że byli mile zaskoczeni, kiedy odkryli, jaki jest naprawdę.

W ten sposób doszedłem do wniosku, że chodzi w gruncie rzeczy o to, że Vukovar ma wiele twarzy i wszystkie one są ważne, wszystkie należą do niego, zarazem różniąc się od siebie: dlatego zawsze się wydaje, że coś ważnego zostało pominięte. Kiedy to mówię, nie mam na myśli żadnych obrazów symbolicznych czy poetyckich, ale rozumiem to dosłownie. Powiedzmy, Vukovar oglądany od strony Dunaju wygląda całkiem inaczej niż od strony Vuki; nawet wtedy, gdy na tych obrazach pojawiają się te same budowle, człowiekowi trudno jest uwierzyć, że to ten sam krajobraz. Tak samo Stary Vukovar zupełnie różni się od Nowego, chociaż jeden bez drugiego istnieć nie mogą. Gdy na Vukovar popatrzy się ze wschodu, wygląda jak wielkie miasto, oglądany z zachodu sprawia wrażenie zapadłej dziury; z południa wydaje się być miastem na wodzie, a z północy osadą na wzgórzu. Krótko mówiąc, z każdego punktu zdaje się być czymś innym. Stopniowo uświadamiałem sobie, że nie dotyczy to tylko vukovarskich krajobrazów, ale także życia. Zrozumiałem, że Vukovar ma niezliczoną ilość twarzy, nie tylko w fizycznym, ale także i w społecznym, duchowym i historycznym sensie. Im bardziej stawałem się doświadczony i im więcej wiedziałem o Vukovarze, tym większą ilość różnych jego twarzy byłem w stanie dostrzec. Stanowiło to dowód, że moje rodzinne miasto zasługuje na uwagę. I nawet zaczęło mi się podobać, że jego widokówki są właśnie takie, jakie są: wydawało mi się usprawiedliwione, że miasto o tylu obliczach i kryjące tyle znaczeń, nie musi być szczególnie fotogeniczne, ale że jednak wyczuwa się, że za skromnym zdjęciem kryje się coś złożonego i ważnego. Zatem wysyłałem widokówki z Vukovaru nie troszcząc się szczególnie o to, jakie są, wypisywałem na nich kwieciste teksty i byłem spokojny.

O wszystkim zacząłem myśleć dopiero niedawno, wtedy, gdy zdjęcia mojego rodzinnego miasta zaczęły przyciągać powszechną uwagę i kiedy zorientowałem się, że obrazy te są jeszcze jednym świadectwem tego, co niegdyś w nim istniało, ponieważ Vukovar został zburzony. Pozostały po nim tylko widokówki i podobne do nich zdjęcia, jako jedyna gwarancja przeszłości. Gdyż nie ma wątpliwości: pewnego dnia Vukovar powstanie od nowa właśnie na podstawie tych widokówek, na podstawie fotografii i filmów. A przecież ja zawsze utrzymywałem, że te zdjęcia nie są nawet cieniem tego, czym naprawdę jest moje miasto. I zamartwiałem się: wiedząc bowiem, że Vukovar nie jest tym czym jest, co widać na fotografiach, ale właśnie tym czymś niewidzialnym, co trzeba wskrzesić, jeśli chce się, by Vukovar ponownie ożył. Tak więc przez pewien czas żyłem w dużym strachu.

A wtedy przy tych fotografiach - na wystawach i jeszcze gdzie indziej - zacząłem spotykać ludzi, którzy znają Vukovar. Wszyscy oni wskazywali palcem na zdjęcia i coś objaśniali. Słuchałem ich i usłyszałem coś, co przywróciło mi nadzieję; mówili nie o tym, co znajduje się na fotografiach, ale o tym, czego na nich nie ma. Wyjaśniali swoim rozmówcom, jak można od kościoła, widniejącego na zdjęciu dojść do Dunaju, którego nie widać; tłumaczyli dokąd prowadzi ulica, przesłonięta na zdjęciu arkadami, jaki jest widok z wieży wodnej, której zaledwie niewyraźna sylwetka rysuje się na fotografii. Robili coś podobnego do tego, co czyniłem ja uzupełniając obraz tekstem na widokówkach wysyłanych z Vukovaru. Wtedy już wiedziałem, że wszystko jest w porządku.

Wiedziałem, że to, co jest w Vukovarze niewypowiedziane, to, czego nie da się sfotografować, zostało w gruncie rzeczy zachowane, że jest gdzieś tutaj, w głowach tych wszystkich ludzi, którzy znają miasto. Oni pamiętają wszystkie rozliczne twarze Vukovaru, są w stanieje opisać i ponownie stworzyć. Tak jakby każdy z nich był odpowiedzialny za jeden widok, jedną ulicę i jedną perspektywę, wszystko to zachowali i są gotowi o tym mówić. Dlatego wiedziałem, że nie muszę się martwić, tylko muszę wybrać widok Vukovaru, który ja odnowię.

My wszyscy, którzy kiedykolwiek chodziliśmy vukovarskimi ulicami, jesteśmy właściwie ruchomym zbiorem widokówek, a wszystko to, co mówimy – i co długo jeszcze będziemy mówić – jest tylko przesłaniem płynącym z tych widokówek.

Ideologia zapomnienia

Vukovar w pewnej chwili utracił pamięć. Jeśli z miastami sprawy mają się tak jak z ludźmi, nie ma w tym nic dziwnego: w takim razie i one mogą chorować. Tak też zachorował Vukovar, tylko że jego dosięgła niezwykła choroba, bo zresztą we wszystkim jest on niezwykły: ogarnęła go amnezja.

Jak dochodzi do amnezji, powszechnie wiadomo: człowiek przeżywa jakiś wstrząs fizyczny, powiedzmy wypadek drogowy albo jakiś szok psychiczny, na przykład, gdy dociera do niego jakaś straszna wiadomość. Wtedy zapomina o wszystkim, co do tej pory wiedział; ściślej mówiąc, nie o wszystkim, ale akurat o tym najważniejszym, o tym, co czyni go taką osobą, jaką jest. Coś niecoś wie, ale nie wie, skąd ta wiedza: zna obcy język, ale nie pamięta, gdzie się go nauczył, zna pomieszczenia jakiegoś budynku, ale nie pamięta, kiedy w nim był, ani co tam robił; lubi kwiat bzu i nie znosi łazanek z kapustą, ale nie wie od kiedy i dlaczego. Taki człowiek traci wtedy to, co najważniejsze: tożsamość i zarazem możliwość określenia swojego miejsca w świecie, zdefiniowania samego siebie.

Właśnie to przydarzyło się Vukovarowi. Nie odważyłbym się orzekać, jakiego to wstrząsu fizycznego, czy szoku psychicznego, doświadczył, bo też nie mam żadnych podejrzeń ani przypuszczeń. Wiem tylko, że w pewnym momencie popadł w amnezję i że zdecydowanie długo wywierała nań wpływ. Zapomnienie stało się jego sposobem życia i inny nawet nie przychodził mu do głowy. Wiem o tym, bo poznałem go w czasie, kiedy najmocniej cierpiał na tę chorobę; długo tego nie zauważałem, potrzebowałem całych lat, bym zrozumiał, co się dzieje. Wraz z nim i ja długo chorowałem na utratę pamięci, a dopiero gdy odnalazłem swoje wspomnienia, zrozumiałem, co też się dzieje z moim rodzinnym miastem.

Pamiętam na przykład, że przeżyłem tam jakieś piętnaście-szesnaście lat zanim dowiedziałem się, że w Vukovarze urodził się pierwszy laureat Nagrody Nobla na tych terenach, chemik Lavoslav Ružička. Nie tylko ja nie miałem o nim pojęcia, ale całe moje rodzinne miasto zdołało tego swojego syna tak gruntownie zapomnieć, że nie pozostał po nim najmniejszy ślad. A kiedy Ružička pod koniec życia zdecydował się odwiedzić rodzinne okolice, wtedy Vukovar w nagłym porywie odzyskanej pamięci – przytwierdzał pamiątkową tablicę na rodzinnym domu uczonego w noc poprzedzającą jego przyjazd, tak że noblista mógł rankiem zobaczyć świeży tynk, który niemal spadał mu na głowę.

Podobnie zapomniał Vukovar o Nikoli Andriciu, tłumaczu, kierowniku Chorwackiego Teatru Narodowego i założycielu legendarnej Zabawnej Biblioteki. Istniała rzeczywiście w Vukovarze ulica Andricia, ale wszyscy myśleli, że chodzi o Ivo Andricia. Było też jakieś jego popiersie w narożniku małego parku, ale ktoś je przewrócił i miesiącami leżało w trawie, by potem zupełnie zniknąć. Przypomnienie o prawdziwej tożsamości miasta nie pojawiło się nawet z opóźnieniem.

Tak, jak nie pojawiło się też w wypadku „Doriana Graya” Wilde'a: dopiero jako student, w Zagrzebiu dowiedziałem się, ż w latach dwudziestych dwa wydania tej powieści ukazały się właśnie w Vukovarze. W zapomnienie poszła „Gazeta Sremska”, zapomniany został Vladimir Filakovac, który urodził się w Vukovarze, i Marian Detoni, wykładowca rysunku w vukovarskim gimnazjum, zapomniano o legendarnym chórze i o tylu innych sprawach i ludziach, tak, jakby nigdy nie istnieli.

Zapomniane zostało także i to, co mogliby pamiętać ci wszyscy ludzie, którzy jeszcze i dzisiaj żyją w Vukovarze. Nikt na przykład już nie pamięta, jak vukovarski teatr amatorski zaraz po wojnie grał repertuar, którym mogłyby się poszczycić znacznie poważniejsze zespoły: Krležę, Gogola, Moliera; nikt też nie pamięta, jak dobre to były przedstawienia i w jaką uroczystość przeradzała się każda premiera. Zapomniane zostało, jak Vukovar dążył do czegoś wyższego i lepszego, jak właśnie to dążenie czyniło go tym, czym był.

W ten sposób miasto utraciło to, co najdroższe, tak jak człowiek, który cierpi na amnezję: swoją tożsamość. Taki człowiek, jeśli długo nie odzyskuje pamięci, nie może zrobić nic innego, jak tylko ponownie zbudować swoją osobowość. Z tego, co znajdzie pod ręką, z tego, co mówi otoczenie i z tego, co sam wnioskuje, próbuje stworzyć coś, dzięki czemu znów stanie się ludzkim stworzeniem. Również i to czynił Vukovar: zapomniawszy o tym, czym był, stał się czymś innym. Budował swą tożsamość z tego, co przypadkiem znalazło się w jego zasięgu: z pięknych krajobrazów, ze świniobicia i rybnego paprykarza, z nowo skomponowanych pieśni ludowych i wszelakich innych bezsensownych rzeczy. Najważniejszą rolę zaczęli w nim odgrywać ludzie, którzy nie mieli historii, tak że zapomnienie stało się jakimś rodzajem ideologii. Tak to Vukovar coraz głębiej popadał w amnezję.

Ale utrata pamięci rzadko kiedy jest ostateczna. Przeszłość takiej osoby objawia się od czasu do czasu w krótkich, niekiedy bolesnych przebłyskach, które wskazują na różnicę pomiędzy przeszłością i teraźniejszością. Gdzieś głęboko pod warstwą świadomości kryje się ta stara, prawdziwa osobowość, która wyrywa się i walczy, by wydostać się na powierzchnię. Właśnie tak jak w Vukovarze, istnieli też ludzie, którzy pamiętali, którzy byli pewni, że prawdziwa natura Vukovaru tkwi gdzieś indziej; nikt nie chciał ich słuchać, ale oni tu byli i niekiedy pobudzali martwą pamięć, nie pozwalali swojemu miastu całkiem się zagubić. Ale było ich niewielu i nie słyszeli się nawzajem. Prawdziwy charakter miasta nie mógł wydobyć się na powierzchnię.

U osób cierpiących na utratę pamięci, wspomnienia wracają w ten sam sposób, w jaki znikły: z powodu wstrząsu fizycznego lub szoku psychicznego. Naraz chory przypomina sobie wszystko, natychmiast wie, gdzie przynależy; nawet jeśli nie może sobie przypomnieć wszystkich szczegółów, wie to najważniejsze: wie, kim jest. Właśnie to stało się z Vukovarem. Przyszedł wstrząs, przyszedł szok i naraz przypomniał sobie o swej tożsamości.

Nie może, co prawda, przypomnieć sobie dokładnie wszystkiego, co tę tożsamość tworzy, ciągle jeszcze nie pamięta Ružički ani Andricia, ani tych wielkich amatorów teatralnych. Ale nagle stało się dla niego jasne, czym naprawdę jest i gdzie przynależy. I nie tylko to, zrozumiał też, że swej tożsamości musi bronić i że to ona najbardziej zasługuje na walkę, że dla niej trzeba poświęcić wszystko.

I w chwili, kiedy o tym sobie przypomniał, wygrał swą największą bitwę.



Przełożyła: Magdalena Dyras


 (1) Vučedol - miejsce wykopalisk archeologicznych w okolicach Vukovaru.


„7 vukovarskich razglednica” („Siedem widokówek vukovarskich”) ukazało się w 1991 roku w czasopiśmie „Večernji list”. Pavličić usiłuje „zebrać myśli” i wyrazić w tej formie swoje refleksje po zburzeniu miasta. Później dołączono ten tekst do wznowienia powieści „Dunaj” jako swoiste postscriptum.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas