poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BRATISLAV TAŠKOWSKI
Ostatnia podróż dobrego Makarego
DL 2000, nr 1 (159)

BRATISLAV TAŠKOWSKI (ur. 1960 Skopje) - poeta, prozaik i dziennikarz macedoński. Opublikował m.in. „Prsti vo ablacite” (Palce w obłokach” 1987) i „Opasna hartija” („Niebezpieczny papier”, 1992). Jego twórczość charakteryzuje się skłonnością do spontanicznej obserwacji rzeczywistości, wzbogaconej elementami groteski nadrealistycznej.



Zdumiewające sprawy działy się w tamten przeklęty poniedziałek przed oczami Zozema Iszkarioty, znanego jako ojciec Makary, pustelnik z Góry Athos i mnich z klasztoru Belčišta. Najjaśniejsza matka przełożona Angelina paradowała nago pod trzema słonecznymi łukami, unosząc na piersiach pozostałości żółtych i błękitnych wodorostów wielkości jesiennych brzoskwiń, a Sofroniusz – wiejski nowinkarz, krętacz i mądrala – głosem przerażonego kotlarza dobitnie ogłosił, że w przytomności ducha ujrzał, u Białej Góry zakotwiczony, obcy trójmasztowiec z trzydziestoma działami i żaglami o niespotykanym kształcie. Z twarzy cudzoziemskich żołnierzy wyzierał smutek, zaś szwadron łysych osiłków walił w potężne tołumbasy. W całym tym zamęcie najbardziej niepokojąco brzmiały pogłoski - daleko okrutniejsze od przepowiedni proroków jerozolimskich i huku olbrzymich maszyn kruszących twardymi zębami kamienie niczym wstążki makaronu, by później jak żwawe konie rozciągnąć na nich żelazne potwory o długich dziobach.

Działo się to w nocy, gdy złowrogo połyskiwało siedem księżyców, a zważywszy na skargi rybaków, iż co wieczór nieznany głos płoszył im ryby powtarzając w kółko te same niezrozumiałe słowa, ojciec Makary zdecydował postawić kwestię bytu „czegoś naprawdę istniejącego, o czym ani on, ani jego poddani nic nie wiedzą”, zaistniało to wszelako z taką mocą, że podziałało niczym opatrzność na zakłopotanych niewiedzą starszych i niczym wyzwanie na młodych, dopatrujących się znaków upadku staroświeckich wizji świata, tak więc Czarny Makary, dobry Zozem Iszkariota napakował torbę sekstansami, atlasami, roztworami rtęci, sanskryckimi zaklęciami i karami babilońskimi, ruszając w drogę ku Białej Górze w poszukiwaniu tego, co istnieje, a nikt nie wie, czym jest. Nadeszła późna jesień, dzień świętego Mikołaja, skrzypiący mróz i długa niepewność.

Opuszczeni przez Makarego z kategorycznością bankierów z Zürichu zdecydowali zachować spokój oraz bojaźń wyłącznie względem świętej Paraskiewy, i to do pewnych granic. Zakazano samobójstw, jako że zwykły wywoływać skutki nieprzewidziane. W miarę upływu czasu winnice opustoszały, sady zostały zeżarte przez gąsienice i melancholia, bydło domowe pozostawiono własnemu losowi, baczono tylko na ptactwo, ponieważ ludziom niełatwo oswoić rzeczywistość bez świergotu wróbli, krakania kruków i pawich lamentów.

Na święto Objawienia zatrwożeni fallicznym kształtem wiejskiego sługi cerkiewnego poszeptywali już o roznoszącej się woni „tego, co istnieje, ale nikt nie wie, czym jest”. Lewa frakcja wieśniaków pod przewodnictwem kowala Teodora poczuła więc zapach dojrzewającego pod dzwonnicą opium, pracowici ekstremiści Kefalasa, gwiezdnego wróżbity o głowie jak dynia, z pewnością żydowskich saduceuszy utrzymywali, że chodzi o smród zepsutej żółci szarego barana, lecz najbardziej przekonywało tłumaczenie niejakiego Isihije ze wsi Volkoderi, wywodzącego z głębi jeziora zapach o sile trzech wierzchowców, od którego kobietom ścielą się na piersiach wodorosty, krowy cielą się co trzy tygodnie i woda żółknie, co potwierdził siedmioma sążnistymi epistołami, gdzie można było przeczytać, iż jakiś bakałarz imieniem Teofilakt z Godiivja doczekał się siedemnastu cieląt, z których samice już powiły po trzy cielne młode, a z sutków swej żony Pandory zdążył wydoić trzysta funtów wodorostów, dwie konwie wosku i szufladę pereł.

Usłyszawszy o tym, uczestnicy pewnej wyprawy, prowadzeni przez gadatliwego cyrkowca z Craiovy, postanowili raz na zawsze wyjaśnić sprawę owej tajemnicy i któregoś piątku, rozbiwszy namioty pod północnymi murami, wzięli udział w dokonanej przez swego przewodnika z determinacją bagdadzkiego zbójcy prezentacji supernowoczesnej telewizji zapachowej, po której przyszła kolej na inne kuglarskie prowokacje, a to szkatułkę z substancją roztapiającą każdy metal, maszynę do wyrobu ubrań, arcynowość - przezroczystego człowieka oraz cudowną lupę jako ucieleśnienie bezgranicznej mocy, toteż kto tylko chciał i odpowiednio zapłacił, mógł ujrzeć setkę ludzi zamkniętą w drewnianym słoju, następnie na pamiątkę swych wtajemniczeń uczynić metal płynnym, otrzymać nowe ubranie i osłupieć z przerażenia, badając świat pod lupą.

Szybko przekonano się, że „to, co istnieje, choć nie wiadomo, czy na pewno” daje drogo okupione zadowolenie, toteż wygadany cyrkowiec z Craioyy zebrawszy osiem świeżo narodzonych cieląt, dziewiętnaście indyczek, sześć dorodnych kogutów, trzy jagnięta do przychówku i szesnaście worków niepotrzebnych drobiazgów, złożył kurtuazyjny ukłon i uroczyście przekazał obecnym swe najnowsze osiągnięcia, obiecując wkrótce zajechać z nowymi dowodami istnienia.

Gdy zaś przeminęły dwie Wielkie Noce, nie liczono już zmieniających się grup pielgrzymów. Tyle ich było - hodowcy jedwabiu z Szanghaju, przetwórcy wosku z Lyonu, naciągacze prawdy z Harare, producenci pamfletów i mów powitalnych z Owczego Pola, poskramiacze dzikich zwierząt i roślin z Aleksandrii, egzorcyści z Brukseli i drobni szachraje z Seszeli. Ostatni przybyli weneccy sprzedawcy pór roku, lecz dziś nikt nie potrafi dokładnie odtworzyć tamtych czasów - odkrywania, że „coś istniało, lecz oni o tym nie wiedzieli”. Na miejscu gospodarzył Sofroniusz, najjaśniejsza matka przełożona Angelina zdobywała po okruchu błękitne niebo i coraz większą cząsteczkę istnienia w zamian za niewinne wysysanie jej wodorostów, pozostałym zaś niczego nie brakowało odkąd odkryli, że „to ci istniało, istniało naprawdę” i któżby jeszcze w to wątpił, czy wspominał jakiegoś ojca Makarego.

W końcu marca jezioro przybrało kolor wyciśniętej cytryny i na Zwiastowanie rozszedł się zeń odór zgniłych trzewi, a ponieważ nie znalazł się między ludźmi mądry, umiejący wyjaśnić nagłą zmianę panującego dotychczas zapachu, najtęższe głowy uradziły, iż one oba muszą sobie być pokrewne i należy im zgotować zgodne powitanie jak przystoi niepewnym gospodarzom, ot tak, żeby nie daj Boże.

Gdy sposobiono się do największego święta w Edrinie, smród niespodziewanie ustąpił, a jezioro wyrzuciło siedem białogłowych osłów niczym siedem straszliwych kar, co cerkiewny sługa jął tłumaczyć niegodziwością miejskiego lekarza i kiedy za namową biedaka zaczęto preparować proces na wielką skalę, mający pociągnąć wszystkich medyków do odpowiedzialności, zjawił się – także na ośle – w całej swojej krasie załamany nostalgią Zozem Iszkariota, pustelnik z Athos, mnich z klasztoru Belčišta, dobry Makary, ledwie rozpoznawalny, dotknięty krzywicą i pokurczony, a zarazem dziwnie jakoś opuchnięty.

Pomyślano wpierw, że powrócił ów syty hochsztapler, który ongiś uczynił w Edrinie wielkie zamieszanie w związku z otwarciem pierwszego kina i klubu, anektując przy tym siedemdziesiąt trzy ławki, by speszony naród przekonał się o wartości szwajcarskiej aparatury, ale przecież zdarzyło się to tak dawno, iż nie pozostał we wsi żaden żywy świadek tamtych cudów, ledwie budzących odległe skojarzenia.

Następnie siedem młodych wdów obudziło w sobie nadzieję na spotkanie z handlarzem satynowych róż, który na początku wieku stał się w ich oczach sprawcą przekleństwa zakochanych oraz pohańbionych niewiast i wreszcie wytężywszy mózgi, rada starców orzekła, że przybyły przez nikogo nie zauważony nawiedzał już wieś, pachniał bowiem niewidzialnymi szyszkami, a wcześniej miał się udać poznać cywilizację przebijającą spychaczami oraz dynamitem drogę przez oświetloną silnymi reflektorami skałę. Ktoś się ocknął, podejrzewając powrót weneckiego sprzedawcy pór roku po nie spłacone długi, ale i to zdarzyć się miało po odejściu Makarego, gdy odkryto możliwość łowienia ryb w światłości i latania z pomocą nieznanych dźwięków - przemykając po niebie jak po fałdach bawełny. Dopiero sprowadzony najstarszy zakonnik z Lesnova z całą pewnością stwierdził, co dzieje się z pajęczyną w wiejskich rynsztokach i wtedy niby w cudownym objawieniu wydało się, iż przez cały ten czas wszyscy podróżowali po obcych światach jak widma i stygmaty dziejowej niesprawiedliwości, a w istocie przez sto lat żyli na podobieństwo płazów. Wtedy zobaczyli siebie samych uporczywie wysysających żonom wodorosty z piersi, pojęli nieuleczalną chorobę trawiącą ich umysły w wizjach przyjezdnych i cyrkowców. Najwyraźniej Stwórca w swym chwalebnym zamiarze zapomniał nadać tym ludziom formę skończoną. Do tego lunęła ulewa drobnych ślimaków i raków i nikt nie zdążył ogarnąć ogromu zasmuconej góry, ruszającej pewnym krokiem ze swego miejsca.

A dobry Makary, ze spokojem człowieka sukcesu, wymiótł pajęczynę ze świętych miejsc, rzecz jasna także z rynsztoków, próbując odgadnąć, kto karmił konie świętymi księgami przy dostatku zielonej trawy. Odpowiedziano mu na to, że przemaszerowało siedem wojsk, w tym dwa obcej wiary.

Rozejrzał się za gościnnym dworem, stojącym już jedynie w jego wspomnieniu, podobnie jak dzwonnica - przywidzenie młodości, zburzone przez jakichś profesorów prawa, twórców nowej, czerwonej ery. Nie mógł zrozumieć, na ile zmienił się świat i „dlaczego nie ma teraz tego, o czym wszyscy kiedyś wiedzieliśmy, że istnieje, lecz baliśmy się pytać, gdzie istnieje i dlaczego”.

Po dziewięciu dniach od powrotu deszcze przestały padać i znów nie umiano wyjaśnić, z jakiego powodu opustoszały zaułki i co oznacza najbardziej uroczysty pogrzeb w historii Edrina, na którym lud płacze w rytm marsza wygrywanego na trąbach. Tak, w tej samej chwili w innej stronie na wiejskim cmentarzu, grzebali swoje tajemnicze i miłe sercu wspomnienie przeorysza Angelina i Sofroniusz. Oto historia kończy się, a my spostrzegamy, że wszystko, co powinno istnieć, istnieć faktycznie gdzieś musi.

I spadł śnieg, biały jak świeża mąka.


„Razgledi” 1993, nr 1-3. s. 109-114.


Przełożył: Lech Miodyński

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas