poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Mishima
DL 1994, nr 18/19 (101/102)

Feliks Jasieński-Manggha opatrzył jedną z wystaw swojej japońskiej kolekcji napisem: „herbata chińska i sztuka japońska nie mają z sobą nic wspólnego”. Premiera ,,Mishimy”, czyli czterech współczesnych sztuk ,,no” Yukio Mishimy, odbyła się w ramach uroczystości otwarcia w Krakowie Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej. Publiczność spektaklu posiadała zatem przynajmniej świadomość uczestniczenia w wydarzeniu ważnym. Teoretycznie winna więc rozróżnić herbatę chińską od sztuki japońskiej.

Niezwykłe jednoaktówki Mishimy okazały się jednak bardzo trudne do zaakceptowania, nawet przez wyćwiczonych w okolicznościowych jubileuszach i świadomych stereotypów narodowych Krakusów.

Publiczność czuła się nieswojo, niepewnie. Chichotała w najbardziej dramatycznych momentach. Krztusiła się wymyślnymi metaforami, niezdolna do zaakceptowania innego niż własny sposobu przeżywania świata. Nie była to wrogość — raczej pobłażliwe rozbawienie ową innością, zbyt koturnową i poetycką jak na nasz, słowiańsko-europejski gust. W dodatku sztuki Mishimy kojarzą tematykę egzystencjalną z miłosną, co od dawna wywołuje uśmieszek politowania i zażenowania.

Wybrane przez Andrzeja Wajdę jednoaktówki Mishimy prezentują świat pełen zjaw, demonów, magicznych przedmiotów i przede wszystkim uczuć zmiennych i gwałtownych. A my balladami i romansami gardzimy już w liceum. Światem Mishimy rządzi legenda i literacka tradycja na spółkę z nieco staroświecką psychoanalizą. W atelier malarki, na aukcji, w szpitalu, w wytwornym salonie krawieckim i w biurze rozgrywa się wciąż ten sam, właściwie banalny dramat miłosny. Uczucie jest tu jednak zabijane w sposób tak wyrafinowany, że budzi wciąż głód nowego cierpienia, to znaczy nowego uczucia, że obnaża miałkość, nicość egzystencji. Bohaterowie nigdy nie uwalniają się od przeszłości, od miłosnego smutku i pragnienia.

Świat, w którym rządzi szaleństwo, zazdrość, oszustwo i zdrada znamy dobrze. Na poziomie uogólnień jesteśmy w stanie zaakceptować sztuki Mishimy, a nawet uznać ich diagnozy za oczywiste. Te sceniczne miniatury sprawiają kłopot na poziomie dialogu i psychologii postaci. W zmieszanie wprawić mogą wątki fantastyczne, domagające się przyzwolenia na najbardziej niesamowite fabuły, które zdarzają się w miejscach tak banalnych, jak aukcja mebli, biuro czy salon mody. Inność poetyckiej wyobraźni, wychowanej na japońskich poematach, z ich przerażającą demonologią stawia opór naszej wrażliwości.

W ,,Pani Aoi” zdrowy rozsądek, który kiedyś triumfował w życiu starzejącej się Yasuko Rokujo (A. Polony) i jej młodego kochanka Hikaru (A. Dziurman), okazuje się bezradny wobec dręczącej siły namiętności. Kiedyś stłamszone, stłumione uczucie mści się po wielu latach: duch żywej, demonicznie zazdrosnej Yasuko dokonuje rzeczywistego morderstwa. A rzecz dzieje się nie w legendarnej przeszłości, lecz w nowoczesnej klinice, gdzie personel nie odpowiada za to, co staje się w snach pacjentów. Ofiarą jest młoda żona Hikaru. W sztuce Mishimy to sprawa tyleż tragiczna, co śmieszna. Przywołując wspomnienie miłosnego epizodu upiorny i żałosny „duch” starzejącej się kobiety odnajduje bowiem w pamięci i podświadomości młodego biznesmena nieracjonalne wspomnienie bliskości, zachwytu, wydobywa z kłamstwa prawdę, wskrzesza miłosne zauroczenie i... zabija rywalkę.

Polony-Rokujo poprzez sztuczność, grę, udanie obnaża to, co obnażone być nie chce: dumę, cierpienie. Przeżywa spóźniony triumf i euforię. Jest prawdomówna i podstępna, czuła i okrutna. Teraz pozostaje jej jedno tylko świadectwo miłości — nienawiść. W ,,Adamaszkowym bębenku” zakochany siedemdziesięcioletni Iwakichi (A. Hudziak) pisze miłosne listy. Wyśmiany — popełnia samobójstwo. Aż z zaświatów przywołuje go, żądając dowodu miłości, dama i nierządnica (Hanako-pani Tsukioka — Beata Fudalej). Starzec aż z zaświatów przesyła niezdolnej do miłości kobiecie swoje przekleństwo. Kobieta wierzy, że mogłaby uwierzyć w miłość, gdyby kochano ją taką, jaka jest, a nie marzenie o niej, gdyby kochający zagrał jedną więcej nutę na bębenku, który nie może wydać dźwięku. Mężczyzna jest ofiarą swojego marzenia i dumy, kobieta — drapieżnicą raniącą samą siebie. Za późno marzy o łasce słyszenia drugiego człowieka.

Zrozumienie tego świata to nie tylko kwestia zrozumienia konwencji współczesnej sztuki ,,no”, to przede wszystkim trud odczuwania ekstremalnych stanów uczuciowych. Trudu tego widz Mishimy nie jest w stanie podjąć, nie tylko z powodu kulturowej odmienności. Przedstawienie Wajdy jest bardzo ostrożne, wyważone, chłodne. Aktorzy albo opowiadają uczucia, relacjonując obce sobie stany, albo je wstydliwie łagodzą. Wyjątkiem jest Beata Fudalej w roli Hanako z „Wachlarza” i Anna Polony jako Yasuko.

,,Wachlarz” otwiera przedstawienie, powoli oswaja widzów ze światem Mishimy, dowodząc że i bez demonów jest on dostatecznie dziwny i okrutny. Piękna jak dzieło sztuki Hanako woli oczekiwanie na miłość od miłości. W miłosnym zapamiętaniu i szaleństwie nie pamięta już rysów twarzy ukochanego-zdrajcy. Odtrąca tego, na kogo czekała. Oczekiwaniem chce zapełnić życie, którego nie da się wypełnić miłością. Wybiera to, co naprawdę piękne: przemijanie i trwanie w oczekiwaniu. Ją zaś, Hanako, kocha malarka Jitsuko (A. Polony) miłością pierwszą i ostatnią. Boi się więc śmiertelnie odnalezienia kochanego przez Hanako mężczyzny. Niestety Jitsuko-Polony zaabsorbowana jest tworzeniem tysiąca pozorów. To mieszczka, która szuka alibi, żałosny damski samuraj, który boi się skandalu. Kiedy przypadkowo udaje się jej osaczyć Hanako, świat wydaje jej się nareszcie piękny. Ten happy end jest liryczny, lecz mało przekonujący. Właśnie przez konwencjonalny charakter uczuć Jitsuko.

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz zamknęli cztery miłosne dramaty Y. Mishimy w scenerii jawnie teatralnej. Po obu stronach proscenium reżyser umieścił zespół muzyczny, zaś pośrodku makietę japońskiego pejzażu. Na białych wzgórzach karłowate drzewka, dom z zielonym dachem, zatoka. Pejzaż zmienia się w rytm czterech pór roku: drzewa zakwitają kwiatami, potem zielenieją, złocą się, wreszcie pokrywa je śnieg. Dwie czarne postacie wnoszą i wynoszą pęki drzew, miniaturową żaglówkę, obsypują wszystko białym puchem, są losem, czasem, prawami natury i teatralnymi pomocnikami. W ciemności złocą się instrumenty muzyków, bardziej widoczne niż oni sami. Dopiero gdy pejzaż jest już gotowy, podnosi się kurtyna.

K. Zachwatowicz ubrała bohaterów Mishimy w kostiumy, które określają, czasem zjadliwie, czasem poetycko, ich japońską egzotykę, archaiczność, pomieszaną z pretensją do światowości, europejskości i nowoczesności. Ta wieża Babel krawieckich stylów rejestruje świadomość kulturową rozbitą, tradycyjną i tradycyjnie pokraczną. Zarówno modele ,,haute couture”, jak i seryjne śmieszą do łez swoimi japońskimi motywami (klasyczne kimono obok kreacji kimona mini). Kostiumy nadają tym poetyckim jednoaktówkom piętno przebrania i cudzysłowu. Wydaje mi się, że wyznaczają drugi obok miłosnego temat tych jednoaktówek. Jest nim gra prawdy i pozoru, autentyczności i udania. Ta gra wynika oczywiście z lęku przed uczuciem. Bohaterowie Mishimy wygłaszają o swych uczuciach długie, pełne pasji monologi, w których ożywają miłosne demony. Są zazdrosne o prawdę i za największe swoje zwycięstwo uważają przyznanie się do siebie. To przyznanie z reguły kosztuje ich życie, albo co najmniej szczęście.

Spektakl Wajdy owe demony uczuć oswaja. Aktorzy łagodzą drastyczności, wstydzą się nieprawdopodobieństwa. Ich uczucia stają się „stylowe”, tak jak gesty inspirowane rycinami. Nie ma w nich determinacji, żaru. Nawet wyrazisty i zdecydowany wątek groteskowy zmienia się niekiedy w poczciwą farsę. Bardziej schlebia widowni, jej pragnieniu śmiechu niż opisuje pęknięcie tego świata, rozdartego między demony uczuć a płaską trzeźwość dnia codziennego. Próżni, nadęci klienci aukcji, zarozumiali i okrutni zalotnicy, snobistyczni „bywalcy”, seksualnie nadpobudliwa pielęgniarka stanowią nie tylko przeciwwagę poetyckich, cierpiących bohaterów. Oni ich niestety swoją farsową oczywistością, teatralną efektownością — unieważniają (bardzo wyrazista Ewa Kolasińska — klientka-damulka, karykaturalna pielęgniarka, wiecznie dziewczątkowata urzędniczka; Piotr Skiba — złośliwy, złowrogi nauczyciel tańca).

W niektórych przedstawieniach Mishimy europejska farsa niweczy egzotyczny dramat poetycki. Nie razi słowiańskiego smaku publiczności, jest łatwo przyswajalna. Aktorzy wydają się wykazywać małą odporność wobec rozbawienia publiczności, która chciałaby oglądać to, co dobrze zna, smakować po prostu chińską herbatę. Mam świadomość, że bardzo trudno jest wprowadzić widza w nastrój teatralnego haiku, jakim chyba miał być spektakl Mishimy, i jakim w pewnych sekwencjach bywa, ale myślę, że taki trud jest potrzebny.


,,Mishima”, cztery współczesne sztuki ,,no” Yukio Mishimy. Przekład: Anna Zielińska-Elliot, Henryk Lipszyc. Reżyseria: Andrzej Wajda. Scenografia: Krystyna Zachwatowicz. Muzyka Stanisław Radwan. Premiera 23.11.94 w Starym Teatrze w Krakowie. 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas