poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
UMBERTO ECO
Omdlałość miłosna
DL 1994, nr 18/19 (101/102)

Jako że omdlałość miłosna jest napojem, który większej nabiera mocy wsączony w ucho przyjaciela, błądzący bezowocnie po ulicach Casale i zmizerniały w daremnych poszukiwaniach Roberto nie zdołał ukryć stanu swej duszy przed Saint-Sa-vinem. Opowiedział mu o nim wiedziony próżnością, bo każdy zakochany poczytuje sobie za ozdobę piękność ukochanej — i niezachwianie ją zachwala.

— A zatem kochasz, Panie — odpowiedział niedbale Saint-Savin. — To nic nowego. Wydaje się, że istoty ludzkie znajdują w tym upodobanie, w odróżnieniu od zwierząt.

— Zwierzęta nie kochają?

— Nie, proste maszyny nie kochają. Jak zachowują się koła wozu na pochyłości? Toczą się w dół. Maszyna jest ciężarem, ciężar opada kierowany ślepą potrzebą, która każe mu się zsuwać w dół. Podobnie zwierzę: ciąży ku spółkowaniu i nie znajduje spokoju, aż do niego nie doprowadzi.

— Ale czy nie rzekłeś mi wczoraj, Panie, że ludzie to także maszyny?

— Zaiste, maszyna ludzka jest jednak nieporównanie bardziej złożona od mineralnej czy zwierzęcej i lubuje się w ruchu wahadłowym.

— To znaczy?

— To znaczy, że kochając, pragniesz i nie pragniesz zarazem. Miłość czyni Cię nieprzyjacielem samego siebie. Dręczysz się obawą, że rozczaruje cię osiągnięcie celu. Widzisz przyjemność ,,in limine”, jak mówią teolodzy, czerpiesz rozkosz z opóźnienia.

— To nieprawda, ja... ja chcę ją mieć natychmiast.

— Gdyby tak było naprawdę, nazwałbym Cię li i jedynie nieokrzesanym wieśniakiem. Gdybyś rzeczywiście tego pragnął, już byś ją posiadł — i byłbyś prostakiem. Ale nie, jest w tobie fantazja, chcesz, by twoje pożądanie rozpalało się z wolna, i by w tym samym czasie również w niej rozpaliła się namiętność. Gdyby zaś płomień jej pożądania zapalił się zbyt mocno i skłonił ją, by uległa Ci od razu, już byś zapewne jej nie chciał. Miłość karmi się oczekiwaniem. Oczekiwanie przechadza się po przestronnych ścieżkach Czasu, czekając na spotkanie z Okazją.

— Co więc radzisz mi czynić?

— Zalecaj się do niej.

— Ale... ona jeszcze nic nie wie i wyznać Ci muszę, Panie, że nie umiem się do niej zbliżyć.

— Napisz zatem list z wyznaniem miłosnym.

— Ależ ja nigdy jeszcze nie pisałem listów miłosnych! Co więcej, przyznaję ze wstydem, nie napisałem nigdy żadnego listu.

— Gdy natura nie podaje nam pomocnej dłoni, ucieknijmy się do sztuki. Ja Ci go podyktuję. Szlachcic często zabawia się układając epistoły do damy, której nigdy nie widział i ja nie stanowię wyjątku. Nie kochając, umiem o miłości mówić lepiej niż Ty, którego miłość uczyniła niemym.

— Ale mnie się wydaje, że każdy kocha na swój sposób... to byłby fałsz.

— Gdybyś wyznał jej miłość z całą szczerością, wydałbyś się grubianinem.

— Ale rzekłbym prawdę...

— Prawda jest dziewczęciem równie pięknym co wstydliwym, toteż trzeba ją otulać płaszczem.

— Ale ja chcę jej mówić o mojej miłości, a nie o tej, którą Ty, Panie, opisujesz.

— Aby Ci uwierzyła, musisz udawać. Doskonałość to pierworodne dziecię Zmyślenia i Intrygi.

— Ale ona zrozumiałaby, że list nie o niej mówi.

— Nie obawiaj się, Panie, uwierzy święcie, że to co Ci podyktuję, odnosi się do niej i tylko do niej. Siadaj więc i pisz, pozwól tylko, że zapalę w sobie iskrę natchnienia.

Saint-Savin krążył po komnacie jak gdyby (jak opowiada Roberto) chciał odtworzyć lot pszczoły powracającej do ula. Tańczył prawie, a oczy jego błądziły roztargnione, jakby miał odczytać z powietrza ów tekst, który jeszcze nie istniał. Wreszcie zaczął:

— „Pani...”

— Pani?

— A jak chciałbyś się do niej zwrócić? Może: ej, ty, Dziwko z Casale?

— „Puta de los franceses” — zamruczał mimowolnie Roberto, przerażony, że Saint-Savin zbliżył się żartem, jeśli nie do prawdy, przynajmniej do kalumni.

— Co rzekłeś, Panie?

— Nic. Dobrze. Pani. Co dalej?

— „Pani, w misternej budowli wszechświata zapisane było od dnia stworzenia, że spotkam Cię i pokocham. Lecz od pierwszej linii tego listu czuję już, że dusza moja takiego nabiera oddechu, że opuści me usta i me pióro, nim go zdołam skończyć”.

— ...skończyć. Ale nie wiem, czy to będzie zrozumiałe dla...

— Prawda jest tym bardziej ceniona im trudniej do niej dotrzeć, a najcenniejsze są objawienia, które wiele nas kosztowały. Co więcej, przenieśmy się w wyższe jeszcze rejestry. Powiedzmy zatem... Pani...

— Znowu?

— Tak. „Pani, damie tak pięknej jak Alcydiana potrzebna była bez wątpienia, jak owej heroinie, niezdobyta forteca. Sądzę, że dzięki czarom przeniosłaś się gdzie indziej i że Twoja siedziba stała się drugą Pływającą Wyspą, którą wiatr moich westchnień oddala ode mnie, gdy próbuję się do niej zbliżyć, Ziemią na antypodach, do której wieczne lody wzbraniają dostępu”. Widzę, że jesteś zmieszany, la Grive, czyżby mój styl wydał Ci się jeszcze przeciętny?

— Nie, to znaczy... powiedziałbym przeciwnie.

— Nie obawiaj się — odparł Saint-Savin, mylnie go rozumiejąc. — Nie zabraknie kontrapunktów przeciwieństw. Piszmy dalej. „Być może Twoje przymioty dają Ci prawo pozostawać w wyniosłym oddaleniu, jak przystoi Bogom. Pomnij jednak, że Bogowie przyjmują przychylnie dym kadzideł, które my śmiertelnicy palimy Im tutaj, w dole. Jako że udziałem Twoim jest najwyższa piękność i największy blask, wtrąciłabyś mnie w otchłań bezbożności, wzbraniając im prawa do adorowania w Twej osobie dwóch spośród najważniejszych boskich przymiotów...” Czy tak lepiej?

Roberto doszedł właśnie do wniosku, iż mógł jedynie żywić nadzieję, że Nowaryjka umiała czytać, jeśli bowiem opanowała tę sztukę, cokolwiek by przeczytała, upoiłoby ją z pewnością tak samo, jak upajało jego, piszącego te słowa.

— Mój Boże — powiedział. — Ona chyba oszaleje...

— Bez wątpienia. Piszmy dalej. „Daleki od utraty mego serca w momencie, w którym ofiarowałem Ci wolność, odnajduję je od owego dnia większym, zwielokrotnionym przez wszystkie arterie mego ciała, pulsujące echem mej miłości”.

— O Boże...

— Zachowaj spokój, la Grive. W tej chwili mówisz o miłowaniu, a nie miłujesz. „O, Pani, wybacz gwałtowność zrodzoną z rozpaczy, lub raczej nie zwracaj nań uwagi: nie słyszano nigdy, by władca miał się troszczyć o śmierć swoich niewolników. O tak, muszę uznać mój los za godny zazdrości, bo Ty zechciałaś stać się przyczyną mojej zguby: jeśli zadałaś sobie trud, by mną pogardzać, nie byłem Ci całkiem obojętny. Tak więc śmierć, którą chciałaś mnie ukarać, będzie dla mnie źródłem radości. Tak, śmierć: jeśli miłość jest odkryciem, że dwie dusze zostały stworzone, by połączyć się w jedność, kiedy jedna z nich spostrzega, że druga nie odpowiada na święte wezwanie, może tylko odejść w niebyt. O czym — zostawiając ciało, które dźwigać jeszcze musi ciężar krótkiego żywota — dusza moja, ulatując zeń, zostawia Ci wiadomość”.

— ...ulatując zeń, zostawia Ci?

— „Wiadomość”.

— Pozwól mi zaczerpnąć oddechu. Głowa mi płonie...

— Weź się w ryzy, la Grive. Nie mieszaj miłości ze sztuką...

— Ale ja ją kocham, czy to rozumiesz, Panie? Kocham ją!

— Ja nie. Dlatego pozwoliłeś mi kierować Twoją ręką. Pisz nie myśląc o niej. Myśl, na przykład, o panu de Toiras.

— Panie!

— Nie rób takiej miny, la Grive. To w końcu przystojny mężczyzna. A teraz piszmy dalej. „Pani...”

— Znowu?

— Znowu. „Pani, jest mi także sądzone umrzeć ślepym. Czyż nie przemieniłaś mych oczu w dwa alembiki, z których wysącza się powoli mój żywot? A jednak, czemu oczy moje, wilgotniejąc, płoną tym mocniej? Być może ojciec mój nie uformował mego ciała z tej samej gliny, która dała życie pierwszemu człowiekowi, lecz z wapna, gdyż rozpuszczają je łzy przeze mnie wylewane. A przecież mimo to wciąż znajduję siły, by nowymi strumieniami wody wypłukiwać resztki życia z mej nędznej cielesnej powłoki”.

— Czy to nie przesadne?

— We wzniosłych okazjach i myśl musi być wzniosła.

Roberto nie myślał już protestować. Zdawało mu się, że sam stał się Nowaryjką i że odczuwa to wszystko, co ona powinna odczuwać, czytając te strony. Saint-Savin dyktował dalej:

— „Opuszczając moje serce, pozostawiłaś w nim Twój obraz, który chełpi się posiadaniem nade mną władzy życia i śmierci. Sama zaś oddaliłaś się, jak to zwykli czynić władcy, którzy oddalają się od miejsca kaźni, by ich nie niepokojono prośbami

o ułaskawienie. Jeśli moja dusza i moja miłość są jak dwa czyste westchnienia, umierając będę błagał Agonię, aby to miłosne tchnienie opuściło mnie jako ostatnie i spełnię — jako mój dar ,,in extremis” — cud, który okryje Cię chwałą: wzdychać będzie do Ciebie, choć przez chwilę krótką jak mgnienie, ciało już umarłe”.

— ...umarłe. Koniec?

— Nie, niech pomyślę, potrzebna jeszcze efektowna pointa.

— ,,Puen” kto?

— Otóż to, akt intelektu, który zuchwałą metaforą przerzuci pomost między niewiarygodnie odległymi konceptami i w tej zabawie ducha zgubi szczęśliwie jakiekolwiek odniesienie do substancji rzeczy.

— Nie rozumiem.

— Zaraz zrozumiesz. Oto: odwracamy tymczasem znaczenie apelu, w istocie nie jesteś jeszcze martwy, dajmy jej więc możliwość poratowania konającego. Piszmy. „Być może mogłabyś mnie, Pani, jeszcze uratować. Oddałem Ci moje serce, a jakże żyć mogę bez owego ,,instrumentum”, które o życiu moim stanowi? Nie proszę Cię, Pani, byś mi je oddała, bo tylko w twej słodkiej niewoli cieszyć się może prawdziwą wolnością, ale proszę, wyślij mi w zamian Twoje: nie znajdziesz tabernakulum, gdzie przechowano by je z większą czcią. Nie potrzebujesz dwóch serc, aby żyć, a moje bije wystarczająco mocno, by Ci zapewnić najdłuższy z ludzkich żywotów”.

— Wykonał półobrót i kłaniając się jak aktor, który czeka na oklaski, zapytał: — I co, czyż to nie arcydzieło?


Tłumaczyła Monika Woźniak

Fragment książki pt. ,,L’isola del giorno prima”. Tytuł fragmentu pochodzi od Redakcji.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas