poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JEAN GENET
Ceremonie żałobne (fragment)
DL 1994, nr 16/17 (99/100)

Stojąc na balkonie, wsparty łokciami o noc, Riton czekał. W oddali, w miarowych odstępach dochodził pomruk działa.

— To grzmoty wojny. No już, na co czekasz!

Ferment w jelitach, bąbelki gazu, pękające tam, wewnątrz, jeszcze bardziej podkreślały monstrualność jego postaci we własnych oczach. Konstatacji tej dokona w samym sercu piekielnej samotności i tego, w co ta samotność jego przeobraziła — w pierwotne bóstwo wojny, od stóp do głów, panujące nad miastem, na które wydało wyrok śmierci — poczuł w sobie jakąś złą radość, radość z tego, że jest się promiennym i pięknym w rozpaczliwej sytuacji, w którą sam się był perwersyjnie wpakował, z nienawiści do Francji, którą utożsamiał, i słusznie, ze społeczeństwem, w owym dniu, kiedy to wstąpił do Milicji, i kiedy cała jego pogarda dla „braci-rodaków” sprawiła, że dokonał wyboru, piękniejszego niż cokolwiek na świecie.

Podobnie Jean buntował się niekiedy przeciwko swojej świadomości. Pożegnawszy się ze mną — po złożeniu przysięgi na grób swojego starego — od razu poczuł się wściekły z powodu wiążącej go, uroczystej obietnicy, której nie śmiał naruszyć. Jego naiwna dusza lękała się interwencji, jeżeli nie sił niebiańskich, to przynajmniej ze strony zbuntowanego porządku rzeczy, może także duszy swego ojca i matki. A jednak myśl, którą powziął, mimo przysięgi, wykluwała się już w jego umyśle. Wywinął się zręcznie, mówiąc:

— To bardzo przykre — obiecać i nie pójść na spotkanie.

Nie odpowiedziałem. Schodził po schodach metra. Jego wściekłość jeszcze się wzmogła. Wokół niego śpieszyli się ludzie na swoje jakieś intymne uroczystości. Tylko jego wstrzymywała więź, zadająca największy gwałt własnej naturze: szacunek dla słowa. Nie stało się nic nadzwyczajnego. Pomyślał, że stary, z głębi tej swojej jamy, nie ośmieliłby się go przekląć. A cóż by się stało, nawet, gdyby go przeklął. Zabawa pociągała go. Dręczyło pragnienie, żeby tam pójść.

— Ten jeden, jedyny raz. Mój stary to zrozumie.

Mam duszę Ritona. Zrozumiałe, że całe piractwo i obłąkany bandytyzm, jakim były hitlerowskie Niemcy, budziły nienawiść przyzwoitych ludzi, ja za to patrzyłem na nie z głębokim podziwem i sympatią. Któregoś dnia zobaczyłem, jak żołnierze niemieccy strzelali z parapetu okna do Francuzów, i nagle poczułem wstyd, że nie ma mnie tam wśród nich, walczącego u ich boku. A przecież ten wstyd muszę przeciwstawić krwi, jaka mi się rzuciła na twarz w ciemnościach kinowej sali, kiedy oglądając kronikę, ujrzałem wyruszających na front rosyjski pierwszych francuskich ochotników w niemieckich mundurach, idących ze śpiewem na ustach. Spróbuję wytłumaczyć tę sprzeczność. Zauważę jeszcze tylko, że w głębi tego zamętu, który poprzedza i niemal sięga chwili najwyższej rozkoszy, zamętu, upajającego w jeszcze większym stopniu niż sama rozkosz, najpiękniejszym, najbardziej doniosłym obrazem erotycznym, ku któremu zdążało wszystko, zapowiedzianym jakby przez coś w rodzaju wewnętrznego święta, był wizerunek pięknego niemieckiego żołnierza w czarnym mundurze czołgisty. Unosił się z głębi „brązowego oka” w podmuchach czarnej muzyki i zapachów brzasku, na cwałującym rumaku światła, z siekierą spowitą w krepę i przytroczoną do siodła, a przy nim kroczył spocony i nagi kat, który zjawił się wprost z Niemiec, przeskoczywszy w ciągu jednego dnia rzeki, lasy i miasta: czarny, włochaty i muskularny, w obcisłym dżersejowym trykocie nabijanym cekinami, pod którego niebiańskim błękitem delikatnie rysowały się ciężkie i wiotkie kształty jąder i członka. I kiedy napierałem łukami brwiowymi na pośladki Jeana, ulotny, ale ostry przypływ migreny wyostrzał, rozjątrzał moją wizję. Czarodziejskie zwidy mnożyły się tam, gdzie żołnierz z żelaza przytulał się do niebiańskiego kata. Mój język gorączkował się coraz głębiej. Moje oczy wypalał blask słońc i stalowych zębów wirującej piły. Pulsowały mi skronie. Riton stał wciąż na balkonie.

Całkiem niedaleko, od strony Belleville, dał się słyszeć wystrzał. Jakiś głos szeptał do ucha Ritona:

— Korne Schlafen, Ritone.

I ktoś go łagodnie pociągnął za prawe ramię. Odwrócił się wystraszony. Statek szedł na dno. Bezwiednie Riton pogrążył się w morze i już nawet zaczynał rozumieć język, jakim się mówi na tych głębokościach. Nie mógł się z tego wyplątać. Gorsze niż mechanizmy zatrzasków i ustaw jest uczuciowe zamotanie, którego był więźniem. Po raz pierwszy tej nocy, jeszcze zatopiony w rozmarzeniu, słyszy jakby swój własny głos, oderwany od jakiegokolwiek podobieństwa z innymi ludzkimi głosami, sączący mu do ucha słowa, wypowiadane w języku, który rozbrzmiewa jedynie z głębi tego niesłychanego żywiołu, jakim jest każda rodzina i każdy naród wrogów. Odwrócił głowę na prawo. Eryk stał po lewej stronie i opasywał go ramieniem.

Eryk czuł się silny i pełen czułości. Myśl, że wszystko i tak jest stracone, kazała mu po raz pierwszy być nie tym uprzejmym.

I ta jego brawura: „Mężczyzna taki jak ja...”

„Mężczyzna taki jak ja nie może umrzeć”, powiedział sobie któregoś dnia w śniegach Rosji. Bardzo szybko pojął, jakie korzyści mógł wyciągnąć ze swojej pychy. Był bliski przeświadczeniu, że gdyby nastały bardzo silne mrozy, a z jakiejś skarpy oberwał się ogromny kawał śniegu, to spadając na niego, otuliłby go opiekuńczo od stóp do głów.

Kiedyś musiał przejąć dowództwo nad siedmioosobową grupą mężczyzn, która miała wyruszyć na zwiad. Przed wymarszem zakomenderował:

— Baczność!

Żołnierze, przyzwyczajeni do takich rozkazów, skorygowali pozycję, mimo iż nie było w zwyczaju przesadzać z dyscypliną w czasie walk. Eryk uśmiechnął się:

— Maszerować? Myśleliście, że wam każę maszerować!

Roześmiał się, a koledzy mu zawtórowali. A jednak wypowiedziana przed chwilą uwaga, chociaż utrzymana w tonie żartu, zdradzała jego tajone upodobanie we władzy. Nie śmiał wyjawić tego wprost, było to zbyt wstydliwe. Patrol ruszył z miejsca. Była noc. Na białych mundurach szklił się szron i światło księżyca. Posuwali się tak sprawnie, dzięki odwadze swego przewodnika, że wykroczyli poza linie wroga. Przyszło mu wtedy do głowy, że mógłby zdezerterować. Dyktowało mu tę myśl zmęczenie, i chcąc być w zgodzie z samym sobą, pomyślał zaraz, że zdradza Hitlera, równocześnie jednak dokonał odkrycia, że istnieje coś takiego jak pewien rodzaj wierności wobec diabła, która wykracza poza moralność.

Trzeba być lojalnym, bo przecież zdrada to jakby zło, wypływające ze śmierci. Ponadto jego uroda dyktowała mu pozy pełne pychy. Zginąłby stojąc, z piersią odsłoniętą na przyjęcie kuli — nie dlatego, żeby w tej ostatniej godzinie stworzyć z siebie obraz wcielonej odwagi, i to jeszcze bez świadków, lecz jego uroda fizyczna była do tego stopnia imponująca, że wręcz narzucała mu pewne gesty: unieść głowę lub tors, rzucić granat lub kamień niczym ostatni pocisk, zdeptać obcasem czyjąś twarz. Tego typu gesty zestrajały się z jego spojrzeniem, harmonizowały idealnie z kształtem jego ciała i z charakterem rysów. Nie stawał się heroiczny dzięki pozowaniu na bohatera, lecz po to, żeby sprostać swojej urodzie, przydać jej jeszcze więcej wyrazu. W trakcie działania zapomniał o tym wszystkim, a uroda jego twarzy i ciała przejawiała się — czego nawet nie podejrzewał — we wszystkim, co robił, powoływała do życia jego gesty, wypełniała je.

Lecz jeśli było prawdą, że dzięki wojnie chciał się oderwać od kata, to mimo to w chwilach smutku — wtedy, gdy odpoczywał na tyłach, lub trwał unieruchomiony w śniegu i błocie — czuł wzbierającą w nim ogromną potrzebę czułości i czyjejś opieki, sprawiającą, że wybiegał myślami ku przyjacielowi, który żył gdzieś, w samym środku stolicy, tak bardzo daleko od niego, zdając mu się z tej odległości jakimś niewzruszonym szermierzem prawa, a jego życie i wykonywany przezeń zawód nabierały w jego oczach tajemniczości.

„To jednak przyjaciel. Warto mieć przyjaciela”.

Aż wreszcie któregoś dnia podczas ataku całe jego napięcie opadło. Byliśmy w Rosji. Rosjanie opuszczali kolejno dom po domu, a my natychmiast wdzieraliśmy się do środka. Wiedziałem, że tam, za murami, leżały trupy ostatnich obrońców tego domu. Przy odrobinie szczęścia mógłbym przedostać się do wewnątrz przez otwarty wyłom w ścianie. Z wycelowanym karabinem już miałem go dopaść, gdy wtem kolega, zwinniejszy niż ja, ubiegł mnie w tym zamiarze. Przykucnąwszy, na wszelki wypadek oddał kilka strzałów w głąb domu, odczekał pięć sekund, i rozpaczliwym susem wdarł się przez wyłom w murze do środka. Patrzyłem, jak to robił. Oparł stopę w ciężkim, podkutym buciorze na występie muru, zwaliwszy w ten sposób kilka cegieł, aż wzbił się pył z cementu. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że nawet w ferworze najbardziej zabójczej wojny może się wydarzyć coś równie ważnego, jak osunięcie się kilku odłamków gruzu. Oto żołnierz biegnący do ataku niesie swe życie wydane na pastwę nieprzyjaciela. Czy to możliwe, że pod jego stopą osunęło się kilka kamieni? A więc wojna składa się z odruchów tak ponuro banalnych? Teraz ja z kolei przekroczyłem wyłom w murze.

Kobiety? Wciąż o tym myślałem. Do moich kolegów przychodziły listy od narzeczonych! Ale nie do mnie. Wiedziałem, że listonosz roznosił pocałunki. Kiedy rozdzielał listy, ta chwila stawała się świętem oddanym we wszechwładzę kobiet, z którego ja byłem wykluczony.

— Czy dostałeś list od niej?

— Co ona pisz?

— Zobaczysz ją...

Chłopcy mieli miny smutne lub wesołe, ale uczestniczyli wszyscy w świecie urządzonym rękami kobiet, oczami, wargami kobiet. Ja byłem sam, wyobrażałem sobie tylko jak w oddali czuwa — żeby być gotowym o świcie —: kat Berlina. I kochałem go, pełen wściekłości. Przestał do mnie pisać. W tym czasie musiałem się zdobyć na wiele odwagi, żeby zachować właściwą mi elegancję: wynajdywać skądś te jedwabne koszule, skarpetki, perfumy. Przywłaszczałem je sobie. I nareszcie to była Francja. Eryk obrabiał opuszczone domy i sklepy francuskie. Wzbogacił się. Wiedział, że chwile szczęścia, kiedy się powtarzają, tracą coraz bardziej na intensywności, toteż gromadził bogactwo w ustalonym wcześniej porządku, z myślą o określonym celu: nabyć dwunastopokojowy apartament na Kurfursterndam w Berlinie. Zaplanował w szczegółach umeblowanie, liczbę służących (pięciu), dwa samochody, ilość ubrań i kapeluszy... Powinien to wszystko mieć. Dlaczego to właśnie? Nie wiadomo. W decyzji tej, czy też w tym wyborze można by dopatrywać się rysu samowoli, gdyby nie powołało jej do życia marzycielstwo raczej niż chłodna kalkulacja. Życie społeczne, a dla Eryka życie jako takie, dzięki osiągnięciu materialnego komfortu, wystarczającego dla mężczyzny mogłoby być nareszcie udane. Zdobyć komfort i majątek dający gwarancję wolności, a tym samym władzy! W tym celu trzeba było wykazać się minimum woli, toteż któregoś dnia zdecydował się konkretnie na zdobycie milionów marek. Innym, o bujniejszej osobowości, życie jawi się jako ruch do przodu, wciąż na nowo podejmowany, Eryk zaś działał tak, aby nacieszyć się efektem swych działań przez dość krótką chwilę (której jednak chciał nadać charakter publiczny, niemalże powszechny), aby odczuć, że jego los się dopełnia.

Eryk w sumie pragnął się zrealizować. Nie różnił się tym z pewnością od pierwszego lepszego sklepikarza, tyle tylko, że on zrozumiał, iż nie można hołubić w nieskończoność mitu własnego sukcesu. Toteż rabował, ile wlezie, we Francji, i wysyłał do Niemiec meble kradzione z muzeów, obrazy, dywany, tkaniny, złoto. Chciał, aby jego los dopełnił się szybko, i aby, w chwili, kiedy śmierć już go dorwie, nie musiał niczego żałować. Z lodowatym okrucieństwem utwierdzał się w swej ascezie. Z zaciekłą determinacją, dla tych samych powodów, które kazały mu długo wybierać dla siebie bieliznę, zamawiać skórzane obicia, angielskie prześcieradła, po to wreszcie, by trzymać się mocno ziemi, szukał pretekstu i znajdował go, żeby usprawiedliwić swój styl życia w społeczeństwie. Krótko mówiąc, wytyczył sobie cel, i to możliwie najbardziej frywolny, albowiem nie było w nim żadnej wiary, która pozwoliłaby mu wybrać cel wzniosły.

„Oto wszystko, co mogę zrobić: wokół centrum (to ja sam) zgromadzę najwymyślniejsze ozdobności tego świata, tak, aby nie zżerała mnie już o nic zawiść. Pieniądze i luksus uczynią mnie wolnym”. Trzeba było się spełnić w możliwie najłatwiejszy sposób. I wystarczyło mu wyobrażać sobie, że któregoś dnia, któregoś dnia nareszcie się spełni. Jest taka książka, która nosi tytuł „Będę miał piękny pogrzeb”. Wszystko co robimy, jest właśnie po to, aby mieć piękny pogrzeb, prawdziwą ceremonię żałobną; to ona ma być arcydziełem w sensie dosłownym, dziełem kapitalnym, najprawdziwszym zwieńczeniem naszego życia. Trzeba umrzeć w apoteozie. I nieważne, czy zaznam przed czy po śmierci chwały, jeśli ja wiem, że ona mi przypadnie, i stanie się to na pewno, jeżeli podpiszę kontrakt z przybytkiem żałoby, a on weźmie na siebie urzeczywistnienie dopełnienia mego losu.

— Korne mein Ritone.

Być może odezwał się przytłumionym głosem, ale wymówił to zdanie tak czule, że całą duszę Ritona zalał niesmak. Wyrywano go z jego dumnej samotności. Z pewnością wiedział, że nie osiągnie jej nigdy, ale niech mu chociaż pozwolą się nacieszyć tą cudowną chwilą, na której nadejście od dawna przygotowywał się w wyobraźni. Niech wolno mu będzie pozostać sam na sam z ową chwilą, w tym wzniosłym stanie ducha, który rozwieje się dopiero w świetle dnia.

Wytrącony z rozmyślań, i to w takim tempie, Riton stał się na nowo pokonanym żołnierzem i całkowicie wyczerpany.

— Tak, tak, już idę.

I nawet się nie ruszył. Nowa fala goryczy przyprawiła go o mdłości. W tym samym czasie bowiem, kiedy tak sprytnie próbował sam siebie postawić na piedestale za to, że ochoczo i z własnej woli zaakceptował fakt, iż cały naród odżegnuje się od niego, po cichu miał przecież nadzieję, że pojawi się skądś jakaś groźba, jakiś akt przemocy ze strony Niemców, który mógłby mu posłużyć za wytłumaczenie, jako że, wbrew obiegowym opiniom, nikt nie może się wyzbyć więzi z krajem, który się wżera w twoją tkankę, czepia się rąk i stóp jakimiś miękkimi oplotami, których nie sposób zedrzeć. Groźby i ciosy pomogłyby Ritonowi odżegnać się od tego, co go otaczało. Zamiast go potraktować jakimś solidnym kułakiem, ten cholerny szkop — jego towarzysz watki, przemawia do niego tonem, jakby się zwracał do umierającego. A do tego wszystkiego Riton miał prawo liczyć na niesmak, jaki w szkopach powinien w końcu wzbudzać Francuz, który brata się ze swymi wrogami. I ten niesmak, pogłębiając jego samotność, tylko by ją wzmocnił, sprawiłby, że ona by go podtrzymywała na duchu. Od pierwszego dnia walki nie miał już nadziei, że się z tego jakoś wykaraska. Mogło jeszcze dojść do kolejnych ucieczek z jednego dachu na drugi, może jeszcze jakiejś strzelaniny. Nie było już jednak raczej szansy, żeby z tego wyjść, albowiem sierżant i jego ludzie nie chcieli się poddać. Gdyby on sam się poddał, rozstrzelano by go. W każdym razie zostało mu już niewiele czasu, chyba żeby zdarzył się jakiś cud. Ale i resztka życia jest za długa, żeby ryzykować dźwiganie na sobie ciężaru totalnej pogardy, więc niech przynajmniej nikt nie umniejsza jego poświęcenia, zasypując go idiotycznymi czułościami.

Riton pomyślał o niemieckich żołnierzach i ich kumplach, którzy uciekali teraz kanałami. W tej innej ciemności wiedli życie, które było podziemną repliką jego życia pod gołym niebem. Byli czymś w rodzaju odbicia — w głębi zamulonego stawu — postaci tych, co pozostali na brzegu. „Biedaki, muszą tam być ze szczurami. Ja zeżarłem kota, oni się zeszczurzyli. Jak się teraz spotkamy, chyba się pobijemy”... Całym ciałem czuł w sobie kota, tak bardzo zespolonego z nim samym, że obawiał się czasem, iż ktoś mógłby usłyszeć jego mruczenie i miauczenie. I bał się jeszcze, aby ten kot, którego czuł w sobie tak dotkliwie, nie wydostał się zeń, unosząc w swoim nowym kształcie (kota albo diabła) jakąś część jego ciała. Stał tak, wpatrzony w noc, z dłonią na karabinie, aż Eryk pomyślał, że za chwilę w coś wyceluje. Obrzuciwszy go spojrzeniem pełnym nieufności, szepnął:

— Ty chcieć strzelać?

I zamilkł, oniemiały. Wstydliwość nie pozwoliła mu dopytywać się o coś więcej, ani jaśniej się wytłumaczyć. Zobaczył sam siebie, wtopionego w tę noc z żelaza, obok dziwnej, bosonogiej istoty, stojącej na balkonie, której ramiona z krwi i kości wychodziły z ciężkiego, ociekającego potem, gorsetu, odziane w kompletne uzbrojenie, zupełnie tak, jakby zamieszkała w lufie karabinu, z którego otworu wypadają kule. Wiem dobrze, jaką władzę ma lufa broni palnej. Gdy dowiedziałem się, że Jean, mimo złożonej mi przysięgi, poszedł na ten swój ubaw, włożyłem rewolwer do kieszeni i wybrałem się z nim na spacer. Zeszliśmy aż nad sam brzeg Sekwany. Zapadła noc. Wybrzeże opustoszało. Całkowita ciemność. Byliśmy tuż przy kamiennym obramowaniu, zakryci drzewami. Otoczyłem ramieniem jego szyję.

— Mój najdroższy.

Przytknąłem usta do jego ucha: moje wargi i język poszły w ruch. Zadrżał z rozkoszy. Czułem, że mi staje. Włożyłem prawą dłoń do kieszeni i powolutku wyciągnąłem z niej rewolwer. Zgłodniały, rozczulony moim własnym wzruszeniem, poczułem, że gniew mój słabnie. Powietrze było wciąż ciepławe. Najpogodniejsza muzyka zstępowała z nieba na wodę, na drzewa sklepione ponad nami. Szepnąłem mu wprost do ucha:

— I co, kurewko, szlajałeś się?

Pomyślał, że to język miłosnego amoku, i uśmiechnął się. Rewolwer, pieszczony podmuchem nocy, spoczywał w mojej dłoni. Oparłem lufę o biodro chłopca i powiedziałem tonem niewzruszonym:

— Trzymam palec na spuście, jeżeli się ruszysz — jesteś trup. Zrozumiał. Szepnął, zwrócony twarzą ku rzece:

— Jean!

— Ani słowa.

Zastygliśmy. Woda płynęła tak uroczyście, jakby była wysłańcem bogów, którzy chcieli rozedrgać emocją powolny bieg dramatu. Powiedziałem:

— Czekaj.

Wyciągnąłem lufę z zagłębienia w tkaninie jego kurtki. Ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że zmierzam do zabójstwa. Odezwałem się raz jeszcze, łagodnie:

— Rób, co ci mówię. Rób, albo strzelam. A teraz ssij.

Oparłem lufę rewolweru o jego rozchylone wargi, które się natychmiast zacisnęły.

— Uprzedzam cię, jest nabity. Ssij.

Otworzył usta, w które włożyłem koniec lufy. Szepnąłem mu do ucha:

— No jazda. Ty wcale nie ssiesz. Ssij, kurewko. Zesztywniał z dumy i trwał nieruchomo, nawet nie drgnął.

— No więc?

Usłyszałem szczęk jego zębów o stal. Patrzył, jak płynie Sekwana. Całe jego ciało musiało czekać na piorun z nieba, który nas zabije, na brzęk romancy, która przyprawi o roztargnienie mnie na orła, który mnie porwie, na „glinę”, dziecko albo psa.

— Ssij albo strzelam.

Powiedziałem to takim tonem, że zaczął ssać. Całym ciałem przywarłem do jego ciała. Wolną dłonią pieściłem jego pośladki.

— Powinien ci stanąć, bo wiesz, że to lubię.

Delikatnie poprawiłem się tak, by sięgnąć dłonią do jego rozporka, który rozpiąłem. Członek Jeana był wiotki. Zacząłem go głaskać i ugniatać. Powoli ożywił się i przybrał na wielkości, daleko mu jednak było do sztywności, do której, pochlebiam sobie, potrafię go doprowadzić, jeśli tylko chcę.

— I jeszcze. Na co czekasz, ssij, aż wystrzeli.

Drżę ze wstydu, kiedy wspominam tę chwilę. Doprawdy, phi, przecież to ja stchórzyłem. Wyciągnąłem lufę rewolweru z tak przepięknie zaokrąglonych ust,

1 oparłem mu ją o żebra, na wysokości serca. Tak łagodnie płynęła Sekwana. Znieruchomiałe liście platanów nad naszymi głowami ożywiał sam duch tragicznego wyczekiwania. Wszystko wokół nas przyzwalało, aby rzeczy toczyły się swoim biegiem.

— Masz szczęście, draniu.

Skłonił lekko głowę w moją stronę. Oczy mu błyszczały. Powstrzymywał łzy.

— Możesz teraz naskarżyć, spieprzaj. Masz szczęście, że zabrakło mi odwagi, żeby rozwalić ten twój kurewski rybi pyszczek.

Patrzył na mnie przez sekundę, po czym odwrócił wzrok.

— Spieprzaj.

Spojrzał raz jeszcze i odszedł. Wróciłem do domu z opuszczoną bronią. Nazajutrz rano, bardzo wcześnie, zapukał do drzwi mego pokoju. Skorzystał z tego, że o tej porze byłem mocno zaspany, żeby udały się przeprosiny, których sobie życzyłem.

—    Nie trzeba jednak przesadzać — powiedział.


(Powieść ukaże się na wiosnę 1995 roku, nakładem Wydawnictwa Marabut).


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas