poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA TURAJ-KALIŃSKA
Mały biały samiec
DL 2001, nr 11/12 (181/182)

Ekranizacje literatury rzadko bywają dobre, a nigdy – wierne. Nawet najzgodniej w dziejach polskiej kinematografii chwalony film na podstawie książki – tj. „Noce i dnie”– znalazł krytyka w osobie Tadeusza Drewnowskiego, który, odrzuciwszy naturalne alibi w postaci odmienności materii filmowej, wytknął obrazowi Antczaka brak „istotniejszych treści społecznych czy filozoficznych” oraz „eklektyzm plastyczny” związany z obecnością „reminiscencji malarskich z Breughla, Van Gogha, Moneta, Chełmońskiego i Gierymskiego”.

Przyznajmy, że w tej opinii wybitnego znawcy twórczości Marii Dąbrowskiej było coś z szukania dziury w całym.

Za to nie powinno nas specjalnie dziwić, że ekranizacja „W pustyni i w puszczy” z 1973 r. została przez wszystkich zapamiętana jako niewierna i niewiarygodna. Jej reżyser, Władysław Ślesicki działał w przestrzeni nasyconej ideologią totalitarną i powszechnym kłamstwem. W tamtych czasach Polska Ludowa, idąc za bohaterskim przykładem Związku Radzieckiego, powarkiwała na Izrael i mizdrzyła się do skonfliktowanego z nim Egiptu. Nic dziwnego, że arabskie szwarc-charaktery z powieści zostały w filmie wybielone. A intelekt rdzennych mieszkańców Afryki – podreperowany, zgodnie z duchem naszych flirtów ze świeżo wyzwolonymi krajami Czarnego Lądu, z którymi wymienialiśmy między innymi noże do konserw na sznurki do snopowiązałek.

Trzeba przyznać Ślesickiemu, że jego ingerencja w oryginał była raczej bierna. Nie poprawiał, lecz usuwał trefne motywy, wprowadzając na ich miejsce to, co najbezpieczniejsze – krajobrazy i zwierzęta oraz dodające kolorytu motywy etniczne. Postępowanie, nawiasem mówiąc, całkiem zgodne z pozytywistyczno- edukacyjnym duchem sienkiewiczowskim. Warto bowiem przypomnieć, że autor „W pustyni i w puszczy” poświęcił w swojej książce sporo miejsca opisom fauny, flory i lokalnych obrzędów. Posiłkował się przy tym zapewne, dość sumiennie, atlasami, choć przecież nie tak abstrakcyjnie, jak Prus przy pisaniu „Lalki”– planem Paryża, w którym nigdy nie postała jego noga.

Sienkiewicz bowiem – fakt powszechnie znany – był w Afryce, opisał ją szczegółowo w listach, a co najważniejsze przeszedł tam chrzest bojowy w postaci umiarkowanych ataków febry, która to choroba jest smakiem i symbolem obszaru świata, gdzie codzienność bywa do dziś najczęściej sennym koszmarem.

Ślesicki miał trzy lata i Ocean Indyjski niczyich pieniędzy na nakręcenie filmu, który stał się nużącą, dwuczęściową, paradokumentalną opowieścią o dzieciach zwiedzających samodzielnie park safari. Aż dziw, że wśród tej starannej i żmudnej roboty nie zdołał dopilnować porządnego castingu, by znaleźć dziewczynkę, która by mniej piszczała i chłopca, który by mniej seplenił, a oboje przy tym nie byli tak przeraźliwie sztuczni.

*

Gdyby ktoś sądził, że cenzura została w Polsce definitywnie zniesiona wraz z przywróceniem rządów demokratycznych, to grubo by się pomylił. Cenzura, jakiekolwiek jest jej nowe źródło, ma się doskonale i wciąż inspiruje twórców. Tego roku pozwoliła stworzyć taką ekranizację „W pustyni i w puszczy”, o jakiej nie śniło się ani Ślesickiemu, ani Sienkiewiczowi, ani też, co gorsza, pokoleniom czytelników tej jak dotąd najlepszej polskiej powieści przygodowej.

W przeciwieństwie do swego poprzednika, importowany reżyser, Gavin Hood, musiał się uwinąć ze wszystkim w pół roku. Pomogła mu w tym zaawansowana technika i skrupulatnie tym razem liczone fundusze. Jak się jednak okazuje, wystarczyło czasu na dokumentne poprzekręcanie tego, co tak pieczołowicie, z pomocą talentu i wyobraźni zdołał stworzyć Sienkiewicz.

Scenarzyści wraz z reżyserem w pierwszym rzędzie złagodzili sienkiewiczowskie zarzuty przeciwko terrorystom, bo kimże innym są według naszych dzisiejszych pojęć Chamis, Idrys i Gebhr, którzy porywają Stasia i Nel jako zakładników? Wyrzucili więc scenę okładania Stasia korbaczem przez Gebhra, a z Chamisa zdrajcy zrobili wiernego przyjaciela dzieci.

Przede wszystkim jednak postarali się o odwrócenie relacji pomiędzy Stasiem a parą afrykańskich niewolników wyrwanych przez niego z rąk Arabów. W powieści to Staś opiekuje się Nel i nimi, korzystając z wiedzy, doświadczenia i dostępnych mu wynalazków zachodniej cywilizacji. W filmie to oni uczą dzieci jak przetrwać w nowym, nieprzyjaznym świecie.

Dzięki rozmaitym zabiegom kastrującym i łagodzącym drastyczną, bynajmniej nie przeznaczoną dla maluchów opowieść, „W pustyni i w puszczy” Gavina Hooda stało się przedziwną kroniką obozu przetrwania dla przedszkolaków, gdzie instruktorami są czarnoskórzy tubylcy, a wesołe i nietrudne zajęcia odbywają się głównie z magii plemiennej, która ma decydujące znaczenie dla przeżycia.

Staromodny racjonalizm Sienkiewicza, który każe mu pokładać ufność w inteligencji Stasia i jego umiejętności władania bronią, nabytej wraz ze zwyczajowym w jego czasach chłopięcym wychowaniem, idzie w kąt. Widzimy lalusiowatego czternastolatka w typie Tadzia ze „Śmierci w Wenecji” Viscontiego, który zamiast strzelać do zagrażającego mu lamparta, po prostu wypowiada podsunięte przez Kalego zaklęcie. Hop! Siup! Abrakadabra! I drapieżnik znika w ciemnościach.

Uważni czytelnicy pamiętają może scenę, kiedy Staś wykurza dymem jadowity inwentarz z wnętrza baobabu, który nazwie potem „Krakowem”. I ten wspólny, solidny namysł autora i bohatera nad tym jak tu drzewa przy okazji nie spalić. Jest w tym zalążek istoty wszelkiej wynalazczości – podobnie rozumował Benjamin Franklin konstruując piorunochron, a Łukasiewicz – stwarzając lampę naftową.

No i po co tak się męczyć, jak Staś w powieści, skoro rozwiązanie jest znacznie prostsze. Wystarczy Mea z fujarką i węże grzecznie odpełzają do lasu. Ryby też same włażą do sieci, jeśli zastosować odpowiednie zaklęcie. Jaki ten świat prosty, kiedy ma się różdżkę czarodziejską, podczas gdy trzymając się realiów, zawsze trzeba myśleć o milionach konsekwencji. I, naturalnie, kosztuje to masę błędów, do dziś Sienkiewiczowi wypominanych. (Jak choćby to, że dom Petroniusza był na Karynach, a w pożarze – ocalał. A może i Petroniusz zatrudniał jakiegoś czarodzieja, skąd wiecie butni archeolodzy, że tak nie było?)

W takim świecie, rządzonym przez plemienną magię, nietaktem byłoby rzecz prosta uprawianie guseł chrześcijańskich. Staś nie ma prawa udzielić chrztu z wody konającym tragarzom Lindego, nie na miejscu byłby też chrzest Kalego i Mei. A już na pewno – poprzedzające go nauki i słynny dialog o krowach Kalego. Tylko, czy naprawdę dobrze go pamiętamy? Czy aby nie przyda się powtórka?

„Powiedz mi – zapytał Staś – co to jest zły uczynek?

– Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy – odpowiedział po krótkim namyśle.

– Doskonale – zawołał Staś – a dobry?

– Dobry to jak Kali zabrać komu krowy”.

W tym miejscu zawsze nasza pamięć dziwnie się psuje, a dalej przecież czytamy: „Staś był zbyt młody, by zmiarkować, że takie poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają w Europie nie tylko politycy, ale i całe narody.”

Cóż kiedy na doczytanie scenki do końca zazwyczaj nie starcza nam światła. Na nic trud myślenia i pisania!

Na nic trud budowania postaci, skoro tak łatwo można odrzeć bohatera ze wszystkiego, co stanowi jego najgłębszą istotę. W przypadku Stasia – z odwagi, dumy, odpowiedzialności, dojrzałości nad wiek i wytrwałości. A nawet – z malowniczej, dziecięcej tromtadracji, która dodaje mu rumieńców: „I przez głowę przeleciała mu myśl, czy by nie dobrze było wrócić tu kiedy, podbić wielki obszar kraju, ucywilizować Murzynów, założyć w tych stronach nową Polskę albo nawet ruszyć kiedyś na czele czarnych wyćwiczonych zastępów do starej”.

Możemy śmiać się z naiwności Stasia, ale ten pomysł potęgi kolonialne w czasie I i II wojny światowej zrealizowały. Rdzenni mieszkańcy Afryki walczyli w Europie i nabrali rozsądnych pojęć o Zachodzie i jego problemach. Właśnie to, czego się wówczas nauczyli, skłoniło ich po powrocie do podjęcia walk wyzwoleńczych.

*

Czy Sienkiewicz pozbawiony był uprzedzeń? Nie przesadzajmy. W powieści natknąć się można na kilka kwiatków w rodzaju: „Biedna kobieta, ale kłamie, jak tylko na Wschodzie kłamać umieją” albo: „nie zważajcie na jego słowa, bo on ma nie tylko skórę, ale i mózg ciemny”.

Mimo tych nielicznych wpadek pisarza, możemy śmiało zaryzykować twierdzenie, że Sienkiewicz był raczej realistą niż ksenofobem. Realnie i bez cienia fanatyzmu szacował typowe cechy ludzkie charakterystyczne dla rozmaitych kultur i cywilizacji. Nawet w powieści tylko przygodowej potrafił trafnie zdiagnozować fundamentalizm islamski, bez najmniejszych złudzeń dostrzegając, że ta religia, w której Chrystus jest jednym z proroków, daleka bywa od hasła „miłujcie nieprzyjacioły wasze”.

Czy śniło mu się kiedy, że w wiek bez mała po jego niewinnych przytykach pod adresem fanatycznych Arabów, historia dopisze nowy, najkrwawszy rozdział do tej opowieści – z datą 11 września 2001 roku? Czy dobrodusznie nabijając się z naiwności rdzennych mieszkańców Afryki mógł przypuszczać, że prawdziwe piekło nastąpi dopiero po wycofaniu się stamtąd białych kolonizatorów? Że kiedy w 1960 r. niepodległość uzyska 17 krajów afrykańskich, czarni zapragną najpierw przywilejów odebranych białym?

I nastanie: „świat bajecznych fortun zrobionych na gangsteryzmie politycznym, na rozbijaniu partii, fałszowaniu wyborów, zabijaniu przeciwników, strzelaniu do głodnych tłumów” – jak pisze Ryszard Kapuściński w „Hebanie”. Wielki miłośnik Afryki i pisarz z całą pewnością pozbawiony uprzedzeń, który w swoich reportażach często stawia pytanie, jaką właściwie postawę powinien przyjmować przedstawiciel kultury rozwiniętej i bogatej wobec swego brata żyjącego na poziomie neolitu. Objąć odpowiedzialnością i protektoratem, czy też „uszanować” zostawiając samemu sobie? I umyć ręce.

*

Tak zwana dziś z pogardą „cywilizacja białych samców” osadzona została na wielkiej dialektycznej sprzeczności. Na poczuciu chrześcijańskiej misji stowarzyszonej z postawą rycerską.

To karkołomny amalgamat. Nikt nie wie, dlaczego się udał, a wielu twierdzi, że się nie udał. Wśród krytyków są zarówno pacyfiści w togach uniwersyteckich, jak i samobójcy, którzy skierowali samoloty pasażerskie na World Trade Center.

Należę do tych, którym ta cywilizacja z niewielkimi zastrzeżeniami się podoba. Nie jest dobra, ale jest jak na razie najlepsza. Nie jest z pewnością idealna, ale jest samonaprawialna. Co więcej, nie tylko trwa w homeostazie, ale rozwija się. Jest na poły chrześcijańska, na poły militarna – w połowie żeńska, a w połowie męska i to właśnie jest jej siłą. Kiedyś miała niebezpieczną przewagę komponenty męskiej – dziś jak nigdy w historii bliska jest równowagi. Przechylenie szali w drugą stronę oznaczać może jej śmierć pod butami barbarzyńców.

Powieści Sienkiewicza zawierają niekiedy naiwne, ale na ogół dość szlachetne próby łączenia etosu chrześcijańskiego z rycerskim. Z nich wszystkich właśnie „W pustyni i w puszczy” jako jedyna wyposażona została w boczną furtkę – wyjście z odwiecznej pułapki jednostronności. Staś Tarkowski ma przecież dopiero czternaście lat. I on się jeszcze zmieni i jego świat.

Pamiętajmy, że cywilizacja i kultura „białych samców” jako jedyne na świecie mają wbudowany mechanizm bezpieczeństwa. Zdolność do samokwestionowania i czerpania nauki z historii. Uczenia się na błędach i kartezjańskiego wątpienia, które jest sednem świadomości.

Kiedy Staś dziarsko wymachuje sztucerem w stronę Gebhra i lwa, historia szykuje już dla jego wnuków kolejne lekcje. Piekło dwóch totalitaryzmów, powolną zagładę gatunków żyjących na Ziemi i niewyobrażalne akty terroryzmu, będące także jednym z szatańskich rewersów samozadowolenia i pychy białego człowieka.

 *

Nie miałam nawet siedmiu lat, gdy w krakowskim Teatrze Rozmaitości oglądałam „Przygody Stasia i Nel”. Staś miał tam pod trzydziestkę, Nel niewiele mniej, Saba nie był dogiem, lecz opasłym bernardynem, a obecność słonia ograniczała się do szmacianej trąby poruszanej zza kulis przez maszynistę.

Mimo to, gdy po latach otwieram powieść Sienkiewicza, widzę jak podnosi się tamta wytarta, pluszowa kurtyna, Gebhr wali pejczem w deski sceny, ryczy wypchany lew, Nel żałośnie jęczy, straszą maski czarowników Wahima i Samburu.

To zasługa reżyserki tego spektaklu, ówczesnej dyrektorki krakowskich Rozmaitości (dzisiaj: Bagateli), Marii Biliżanki. Ona doskonale wiedziała, co jest istotą książki Sienkiewicza. Dobrze zapamiętała zdanie: „Oto wjechali w krainę nędzy, głodu, okrucieństw i krwi (...)”. Dobrze też je rozumiała.

Miała w pamięci wojnę, w której dwa narody, z jakimi się utożsamiała zostały przeznaczone – jeden na niewolników, a drugi na rzeź. Dziecko z karabinem specjalnie jej nie gorszyło. Hasło: „to trupiarnia ta Afryka” (słowa Lindego) potrafiła sobie przełożyć na bardziej swojską lokalizację: Warszawa albo Oświęcim. Oto tajemnica jej sukcesu.

Nie potrafili tego twórcy filmowych adaptacji. Rzecz więc nie w środkach finansowych czy autentycznych plenerach. Raczej w zaufaniu do scenarzysty, który nie pytany o zdanie, reklamuje ich produkcje swoim nazwiskiem. Do małego pana z bródką, który w 1891 roku zgubił kapelusz w drodze z Zanzibaru do Bagamoyo.

I zaraz ten kapelusz odnalazł, gdyż kapitan był uprzejmy dla niego zawrócić statek.


Katarzyna Turaj-Kalińska

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas