poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z JERZYM AXEREM rozmawia Teresa Walas
Glosy do „Quo vadis”
DL 2001, nr 11/12 (181/182)


Większość czytelników „Quo vadis” odnosi wrażenie, że świat chrześcijański pokazany został przez Sienkiewicza blado w stosunku do świata pogańskiego, a nie taka zapewne miała być jego uświadomiona intencja artystyczna. Z czego to wyniknęło? Ze szczupłości świadectw? Ze skrępowania tradycją przedstawiania? Z obawy przed beletryzacją świętości? Czy ze względu na to, że temat ten stawiał opór temu schematowi powieści historycznej, jaką uprawiał Sienkiewicz?

Problem typu powieści historycznej, jaką uprawiał Sienkiewicz, jest chyba w tym wypadku sprawą wtórną w stosunku do natury jego talentu. Był epikiem w pełni akceptującym główną powinność autora uprawiającego ten rodzaj pisarstwa: sprawić przyjemność czytelnikowi, dostarczając mu szansę zwiedzania atrakcyjnych „światów przedstawionych”. Malowanie słowem obrazów przeszłości wymaga jednak posiadania modela – świadectw źródłowych. W odniesieniu do życia gminy chrześcijańskiej w Rzymie źródła są niezwykle skąpe i zupełnie nieprzydatne dla zmysłowej rekonstrukcji sytuacji, gestów, dekoracji i rekwizytów. Gdyby Sienkiewicz umieścił swoją epopeję chrześcijańską w Palestynie i Jerozolimie, tak jak, zdaje się, zamierzał na początku, barwy i wyrazistość świata chrześcijańskiego zapewne byłyby zupełnie inne. Świat chrześcijański wydaje nam się relatywnie blady także dlatego, że zaludniają go ludzie biedni, żyjący na marginesie wielkiej metropolii, w swoistym getcie. Porozumiewali się zresztą po grecku i żaden ślad ich mowy nie zachował się w łacińskich źródłach.

Co do obawy przed beletryzacją świętości, to wydaje mi się ona mniej istotnym czynnikiem wewnętrznej cenzury niż podjęta z pełnym przekonaniem decyzja wsparcia najkorzystniejszej dla autorytetu Stolicy Apostolskiej, bezkonfliktowej wizji początków gminy. Świat chrześcijański jest pozbawiony nie tylko wyrazistych konturów, ale także mocno zarysowanych postaci i to tak dalece, iż prawicowi krytycy we Francji sugerowali (jak to przypomniał ostatnio Jarosław Krawczyk), iż Żyd Sienkiewicz - za żydowskie pieniądze - rozmyślnie spróbował skompromitować temat. Ten karykaturalny sąd, będący echem ówczesnych sporów we francuskim świecie intelektualnym, uświadamia nam natomiast, iż w „Quo vadis” pisarz nie eksploatował nadmiernie konfliktu między społecznością żydowską w Rzymie a chrześcijanami, uznawanymi przez nią za heretyków. Jest tu jednak scena wizyty rabinów u Nerona, w której oskarżają oni chrześcijan (słowami Tacyta), że są „nieprzyjaciółmi rodu ludzkiego, nieprzyjaciółmi Rzymu”. Główne świadectwo składa natomiast Chilon Chilonides, który wprawdzie jest oficjalnie Grekiem, ale dla współczesnych Sienkiewiczowi Polaków mógł być Żydem (rabinom przedstawia się jako pół-Żyd). Ten agent i zdrajca doznający efektownej przemiany i umierający na krzyżu to świadectwo niezwykłej intuicji Sienkiewicza, a zarazem bardzo efektowny sposób udramatyzowania obrazu gminy chrześcijańskiej. Dzisiejszy historyk zawodowy (Ewa Wipszycka) cofa się wprawdzie przed kategorycznym stwierdzeniem, że po pożarze Rzymu Żydzi, podobnie jak to miało miejsce w późniejszych prześladowaniach, wskazywali „własnych heretyków” prześladowcom, ale jest to możliwe.

Na koniec rzecz może najważniejsza – świat chrześcijański „Quo vadis” miał w sobie pewną ukrytą siłę i atrakcyjność, które utracił w odczuciu czytelnika polskiego stosunkowo niedawno. Polska „in nuce” jest obecna w tej książce już u narodzin gminy chrześcijańskiej w Rzymie. Polska bezsilna, ale zwycięska duchem. Idea chrześcijańskiego antyku słowiańskiego jako znaku nowej ewangelizacji była składnikiem myślenia, znakiem nadziei w rożnych środowiskach w kraju i na emigracji od Mistrza Adama po Tadeusza Zielińskiego. To była zapewne ta tonacja, którą autor zrekompensować chciał czytelnikowi nierównowagę między wizualną i zmysłową intensywnością światów pogańskiego i chrześcijańskiego w tej książce.

Byłby to zapewne wątek warty szerszego rozwinięcia w naszej rozmowie, bo rzecz wykracza daleko poza Ligię – Słowiankę i nieszczęsnego germańskiego tura. Byłby, gdyby ezopowa mowa Polaków dawnych czasów kogokolwiek dziś obchodziła.

Jak wygląda fabularna nośność wczesnego chrześcijaństwa czy też jego, by tak powiedzieć, fabułorodność, jego epicka potencja? W czym dałoby się ją znaleźć?

Przychodzi mi na myśl kilka możliwości. Na epicką kompozycję (jeśli w naszych czasach epika jest możliwa) nadawałaby się próba artystycznej rekonstrukcji relacji między św. Piotrem i św. Pawłem oraz ewentualnego konfliktu między dwiema wizjami Kościoła. To jednak pomysł ryzykowny doktrynalnie, a scenariusz nie byłby wsparty żadnymi solidnymi świadectwami źródłowymi. Innym pasjonującym materiałem mógłby być proces św. Pawła w Jerozolimie; ochrona udzielona mu przez Rzymian; przewiezienie do Wiecznego Miasta; dwuletni pobyt w Rzymie z próbą rekonstrukcji nauczania Apostoła i z systemem przekupstwa i korupcji umożliwiającej gminie chrześcijańskiej tak długą ochronę swojego przywódcy w tle (i to sugestia Ewy Wipszyckiej). Byłaby to historia z otwartym epilogiem, bo nie wiadomo, czym proces się skończył i kiedy Apostoł zginął.

 Z samego pożaru Rzymu i pierwszych prześladowań chrześcijan za panowania Nerona trudno po Sienkiewiczu wydobyć jakiś nowy efekt. W naszych czasach, po doświadczeniach dwudziestego wieku, obraz prześladowania i mordowania „innych” – słabych i wzgardzonych – zbanalizował się i stracił dramatyzm, jaki miał dla poczciwego wieku dziewiętnastego. Jeżeli jednak wiek dwudziesty pierwszy będzie się tak rozwijał, jak się rozpoczął, to nie wykluczone, iż przypomnimy sobie, znowu za Ewą Wipszycką, że w tych późnych dniach lipcowych Roku Pańskiego 67 chrześcijanie na ulicach Rzymu dawali zapewne wyraz radości z zagłady przeklętego miasta. Spoglądając na zgliszcza Babilonu mogli powtarzać: „A dym jej wznosi się na wieki wieków, Alleluja”. Sprytny scenarzysta znajdzie wtedy być może wdzięczną publiczność, która dostrzeże w fanatycznych męczennikach na arenie przestępców słusznie ukaranych za próbę zniszczenia naszego świata, a oprawców ubierze w mundury sił specjalnych likwidujących kolejne wcielenia Al Quaidy. Wtedy będzie można napisać „Quo vadis” à rebours. QUOD ABSIT! Nie chcę przez to powiedzieć, że zwolennicy ben Ladena są podobni do pierwszych chrześcijan, lecz odwrotnie, że „chłopcy” ben Ladena mogą tak zmienić wrażliwość masowej widowni, iż zobaczy niegdysiejszych chrześcijan w krzywym zwierciadle. Tak jak już dzisiaj niektórzy gotowi są porównywać bojowców Piłsudskiego z terrorystami.

Jak dałoby się określić najprościej główny konflikt tych dwóch światów: „upadającego” Rzymu i rodzącego się chrześcijaństwa? W jakiej mierze Sienkiewicz buduje (czy utrwala) stereotyp?

Niewątpliwie książka mówi o konflikcie świata, który przemija i świata nowego; bez znaczenia jest tutaj fakt, że Rzym pierwszego wieku nie upadał, a rozkwitał, o czym Sienkiewicz i jego czytelnicy świetnie wiedzieli. Romantyczna koncepcja zderzenia świata pogańskiego skazanego na zagładę i skazanego na triumf chrześcijaństwa należała do potocznych motywów artystycznych i ideowych czasów pisania tego dzieła. Wymieńmy za Jerzym Jedlickim: nastroje fin de siècle-owe; przepowiednie upadku „znużonej rasy łacińskiej”; przekonanie, że naród staje się tłumem, a cywilizacja, „jak stoczony przez robaki gmach” błyszczy pozorami świetności, ale zawali się przy pierwszej burzy; wizja barbarzyńców, którzy dokonają egzekucji dopełniając katastrofy dziejowej. Słowem, dekadencja. Z tego punktu widzenia Sienkiewicz powiela stereotyp. Równie proste jest lekarstwo, jakie, przynajmniej pozornie, proponuje. W poszukiwaniu ex post myśli przewodniej własnej książki powiedział przecież wyraźnie, że „Quo vadis” miało się przyczynić „do wzrostu religijnego”. Byłoby zatem manifestem odrodzenia religijnego. Znowu całkiem banalne lekarstwo na dekadentyzm, zażywane wtedy dość powszechnie.

Mam nadzieję, że „Quo vadis” ma większą wartość i wychodzi poza stereotyp. Jak słusznie pisał niedawno Tadeusz Bujnicki, jest tu wewnętrzne napięcie i niejednoznaczność postawy autora, który konflikt dwu światów pozostawia otwartym i nierozstrzygniętym. Za Kleinerem powtórzę, iż Sienkiewicz był najczystszej wody klasykiem. Nieśmiertelne wartości tradycji klasycznego ładu nie zostają przekreślone przez upadek moralny pogańskiego świata. Petroniusz, który stanowi w powieści alter ego autora, jest przecież wcieleniem dekadencji, której autor jest rzekomo zaprzysięgłym nieprzyjacielem. Dziwną zatem pociechę przynosi ta książka, skoro bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy triumf chrześcijaństwa nie oznacza śmierci piękna. W każdym razie wszelkie przeróbki, filmowe czy operowe „Quo vadis” , które redukują świat pogański na rzecz wątków apologetycznych, łatwo popadają w kicz i są nudne. Sienkiewicz bowiem wykorzystuje i ożywia wytarte schematy i stereotypy, ale przez sam swój autentyczny talent pisarski tworzy w nich prześwity otwarte na nowe interpretacje.

O ile wczesne chrześcijaństwo (mam na myśli okres zawarty w „Dziejach Apostolskich”) jest podatnym materiałem dla współczesnej kultury masowej, o ile zaś jest dla niej materiałem trudnym?

Mało wiem o kulturze masowej. Ta mała wiedza pozwala mi wyobrażać sobie, że stany ducha, które poświadczają „Dzieje Apostolskie”, są bardzo odległe od tych, których doświadcza przeciętny konsument kultury masowej. Zapewne we wczesnym chrześcijaństwie może szukać inspiracji członek wspólnot zakładanych wewnątrz Kościoła i dążących do jego odnowy, zewnętrzny obserwator może przeprowadzać łatwe, choć ryzykowne paralele między sytuacją pierwotnych gmin a ruchami typu Hare Kriszna. Niewykluczone natomiast, że „Dzieje Apostolskie” są dzisiaj dobrym materiałem dla dzieł kultury wysokiej. Pod warunkiem, iż uda się komuś potraktować naszą izolację, frustrację, bezradność w warunkach działania wszechobecnych mechanizmów demokratycznych jako zachętę do szukania w sobie nowej – starej wiary i nadziei.

Nawet „Quo vadis” , niegdysiejszy bestseller kultury masowej, jest dzisiaj dla niej marną pożywką. Książki prawie nikt nie czyta, film słaby i bez adresu. Z pełnym przekonaniem powtórzę to, co powiedziałem sześć lat temu, ogłaszając w moim Ośrodku cykl interdyscyplinarnych seminariów poświęconych „Quo vadis” : „Sięgnijmy po tę książkę, ponieważ jest już dzisiaj przede wszystkim źródłem do rekonstrukcji kultury intelektualnej minionych pokoleń, a to zajęcie właściwe w Ośrodku Badań nad Tradycją Antyczną w Polsce”. Sięgnijmy po nią, bo oddaliła się już od nas tak bardzo, że może nam służyć jako odległe zwierciadło. Książka, którą wydajemy teraz z materiałów tych spotkań, nazywa się „Z Rzymu do Rzymu” i nie polecam jej nikomu, kogo zadowala współczesna kultura masowa.

Bardzo serdecznie dziękuje za rozmowę.

Rozmawiała Teresa Walas

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas