poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA WOJNICKA
Czy adaptacja klasyki musi być grzechem?
DL 2001, nr 11/12 (181/182)

„Quo vadis”

reżyseria i scenariusz Jerzy Kawalerowicz
scenografia Janusz Sosnowski
kostiumy Paweł Grabarczyk, Magdalena Tysławska
muzyka Jan Kaczmarek
producent Chronos Film
dystrybutor Syrena


Pojawienie się na w kinach ekranizacji „Quo vadis” zwieńczyło (na razie) trwającą od co najmniej dwóch lat tendencję polskiej kinematografii polegającą na adaptowaniu rozmaitych dzieł z rodzimej literatury. Dobra passa zaczęła się od Jerzego Hoffmana. Ulegli jej kolejno Andrzej Wajda, Filip Bajon i wreszcie Jerzy Kawalerowicz. Frekwencyjny sukces „Ogniem i mieczem”, powtórzony potem przez „Pana Tadeusza”, rozpalił w części widzów i krytyków nadzieje, że polskie kino nie umarło, że oto powracają uznani mistrzowie, by się jeszcze raz – zwłaszcza młodszej publiczności – przypomnieć, że widz polski chadza na polskie filmy, że chce oglądać polskich aktorów i słuchać ojczystego języka w najlepszym wydaniu. Sytuacja pogorszyła się gwałtownie w chwili wejścia na ekrany „Przedwiośnia”, które okazało się artystyczną porażką. A już gwoździem do trumny kryjącej trupa, jakim wydaje się ta tendencja, jest całkowita klęska najnowszego filmu Jerzego Kawalerowicza. W prasie coraz liczniej zaczęły pojawiać się teksty, w których dominuje ton zniechęcenia. Krytycy piszą, że polska kinematografia od kilkunastu już lat nie zdołała stworzyć żadnego oryginalnego trendu i dalej nie dzieje się nic, co zwiastowałoby wyjście z impasu. Próbą zachowania twarzy – powiadają niektórzy – jest sięganie do lamusa, tzn. na półki z lekturami szkolnymi. Z tej półki zdejmuje się teksty z panteonu narodowej mitologii, która z dzisiejszą rzeczywistością nie ma wiele wspólnego, a publiczność dla takich filmów i tak się znajdzie. Rekrutacja wśród młodzieży szkół średnich zapewni producentom sukces frekwencyjny.

Przykład „Quo vadis” jest pewnego rodzaju dowodem na słuszność tych utyskiwań: rozdmuchane przez media wydarzenie kulturalne, którego doniosłość rozwiała się w kilka godzin po premierze. Z wielką przykrością stwierdzić należy, że wszystkie zarzuty skierowane pod adresem filmu są prawdziwe. Film Jerzego Kawalerowicza jest rażąco niedobry, a nasuwające się wszystkim porównania z wyśmienitym „Faraonem” jeszcze tę złą opinię pogłębiają. Nie budzi to – niestety – najmniejszej wątpliwości. Zastrzeżenia wzbudza we mnie co innego. Niepokoją mnie owe wypowiadane ostatnio tezy na temat aktualnych bojów naszych filmowców z literaturą. Nie wydają mi się do końca słuszne. Po pierwsze, premiera „Quo vadis” miała szansę stać się wydarzeniem kulturalnym. Powrót jednego z największych mistrzów polskiego kina, adaptacja powieści – cokolwiek by o niej powiedzieć – ważnej (tu większość wyrafinowanych czytelników uśmiecha się z pobłażaniem), należącej do klasyki polskiej literatury (tu większość wyrafinowanych czytelników uśmiecha się z jeszcze większym pobłażaniem – zapewne na hasło klasyka). Bo przecież cóż w tym złego, że właśnie Sienkiewicz i cóż w tym złego, że właśnie „Quo vadis”? Sienkiewicz nie jest pisarzem o wybitnym formacie intelektualnym, ale jest pisarzem mającym swoje miejsce w sercach wielu czytelników. Sienkiewicza można lubić za pewien rodzaj wzruszeń, jakie daje literatura czytywana w dzieciństwie, za przygody, romanse, urzekający język, momentami zapierający dech swoją barwą i siłą, za fantazję i za ten rodzaj zafałszowania obrazu świata, który sprawia, że wyobraźnia zaludnia się postaciami szlachetnych rycerzy i ich mrocznych protagonistów, że karmi się obrazami pościgów po ukraińskich stepach i zaułkach Zatybrza, nie szuka prawdy czy psychologii tylko pożywki do awanturniczych rojeń. Ironizowanie czy owe pobłażliwe uśmiechy, nieskończone cytowanie Gombrowicza z tym jego „pierwszorzędnym wśród drugorzędnych” wydają mi się już równie passé, jak niegdysiejsze podnoszenie Sienkiewicza do rangi narodowego wieszcza. To jest literatura pewnej klasy, ale w tej klasie znakomita (no cóż, zdanie to nie należy do specjalnie oryginalnych).

Po premierze filmu Kawalerowicza pojawiły się głosy, że pierwszą przyczyną klęski tego filmu była właśnie sama powieść, która a to staroświecka, a to znów sztampowa. Nie jest to do końca prawdą, w historii kina istnieje bowiem mnóstwo przykładów ilustrujących sytuację, kiedy to na kanwie nienajlepszej powieści powstał znakomity film, wielokroć przewyższający oryginał. Tylko należy zadać sobie jedno zasadnicze pytanie – czego się od powieści oczekuje? Od „Quo vadis” najczęściej romansu z malowniczym tłem historycznym. Tym tropem szły dotychczasowe ekranizacje: dwie włoskie (jedna z 1913 roku nakręcona przez Enrico Guazzoniego, jednego z współtwórców włoskiego kina monumentalnego, które wskrzeszać miało na ekranie świetność Imperium Rzymskiego; druga z 1924 autorstwa Georga Jacoby, ze scenariuszem Gabriele D’Annunzia) i słynna amerykańska z 1951 roku w reżyserii Mervyna LeRoya. Pewnym wyłomem w tej tendencji stał się serial nakręcony przez Włochów w latach 80-tych, bardzo swobodnie traktujący materiał powieści, a w którym obraz starożytnego Rzymu bliższy był wizji Felliniego, niż popularnej hollywoodzkiej tekturze.

Film Jerzego Kawalerowicza nie odpowiada żadnej tendencji. Trudno doszukać się w nim jakiegokolwiek zamysłu. Pierwsze odczucie podczas oglądania filmu jest dziwnym wrażeniem skurczenia się całego świata powieści do wymiaru płaskiej wycinanki. To tak, jakby zagrać symfonię na flecie prostym, niby melodia podobna, ale reszta jakby nie ta sama. Świat Sienkiewicza nie jest prawdziwy, ale jest barwny. Świat filmu nie jest oczywiście prawdziwy, ale już na pewno nie jest barwny. Fabuła opowiedziana została za pomocą dialogu, a nie obrazu (w kinie powinno dziać się odwrotnie). Rytm narracji wyznaczają poszczególne sceny, które przypominają tu odsłony w teatrze, a nie powiązany ze sobą według logicznych i estetycznych (!) praw szereg ujęć. Aktorzy grają jak na amatorskim przedstawieniu. I to również nie jest kwestia Sienkiewiczowskiego języka, który oczywiście jest anachroniczny, ale na tym właśnie polega jego urok. Umiejętność podawania tekstu, który nie zawsze brzmi jak rozmowy przypadkowych przechodniów, jest przecież jednym z podstawowych zadań aktora. Tymczasem zespół aktorski w „Quo vadis” albo nie rozumie co gra, albo co gorsza w ogóle go to nie obchodzi. A to już jest rzecz niedopuszczalna. Bohaterów Sienkiewicza trzeba umieć grać. Nikt nie gra D’Artagnana metodą Stanisławskiego, ponieważ kreowanie tego rodzaju postaci wymaga innego rodzaju aktorstwa, wymaga temperamentu i szczególnej żywiołowej ekspresji. Tu potrzeba znajomości konwencji, w jakiej te postaci zostały napisane, zrozumienia dla ich specjalnego i bardzo charakterystycznego przerysowania, które należy umiejętnie wykorzystać, nie popadając przy tym w sztampę. To wbrew pozorom wcale nie jest łatwe zadanie. Niestety, oglądając film odnoszę wrażenie, że umiejętność taka zatrzymała się gdzieś w pokoleniu Daniela Olbrychskiego, a im dalej w las, tzn. bliżej nowych roczników absolwentów szkół teatralnych, tym gorzej. Zresztą wyliczanie słabych stron filmowego „Quo vadis” do niczego nas nie zaprowadzi. Bo oczywiście można długo – wyuzdany Rzym bez żadnego wyrazu, wątek kryminalny prowadzony jak w telenoweli, miłość Winicjusza, w którą trudno widzowi uwierzyć, trzy najlepsze postaci książki: Petroniusz (zwłaszcza Petroniusz), Chilon i Neron giną w ogólnej miernocie (słusznie się podkreśla, że jedynie Jerzy Trela grający postać Chilona wychodzi z tego obronną ręką). Wszystko prawda – tylko nie wińmy za to poczciwego Sienkiewicza.

W kinematografii jest miejsce na adaptacje literatury, tak jak jest w niej miejsce na filmy podejmujące tak zwany twórczy dialog ze współczesnością. Znakomicie sprawdza się to w innych europejskich kinematografiach, weźmy choćby przykład Francji, czy Anglii. Świetnie sprawdzało się to w Polsce wiele lat temu, kiedy powstawały znakomite filmy będące adaptacjami rodzimej klasyki. Nie sądzę by współczesne czasy nie przyjmowały literatury na ekranie. Oczywiście młodzi reżyserzy mają prawo lekceważyć taką tendencję. Nie jest to nowa sytuacja. Francuscy nowofalowcy również pobłażliwie odnosili się do „starych”, którzy adaptowali Stendhala. I taki urok nowofalowych pokoleń. Ale należy mieć na uwadze fakt, że przecież wśród francuskiej publiczności byli widzowie z upodobaniem oglądający te adaptacje. Wśród polskiej publiczności też są widzowie, którzy chętnie obejrzeliby z werwą i pasją zrobioną ekranizację „Quo vadis”. Istnieje głęboka potrzeba filmów o ponurym dzieciństwie spędzanym wśród blokowisk, ale istnieje też potrzeba filmów będących interesującym i twórczym komentarzem tradycji, również literackiej. Oczywiście adaptacje Sienkiewicza nie muszą – i najczęściej nie są – prowokacją intelektualną, ale nie wszystko musi być przysłowiowym kijem w mrowisku.

Klęska tego konkretnego przedsięwzięcia jest – podobnie jak klęska „Przedwiośnia”– dowodem na ogólną miernotę panującą w polskim kinie. Brakuje pomysłów, widzów traktuje się nonszalancko, jak bezmyślną masę, która nie wypowiada własnego zdania, bo jest na to za głupia, a tą grupką krytyków nikt się przecież nie przejmuje. A najgorszy ze wszystkiego jest fakt – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – że mało kto z naszej obecnej filmowej branży autentycznie wierzy w kino. W jego artystyczne możliwości i w jego siłę oddziaływania. A jeśli filmowcy w to nie wierzą, to kto ma uwierzyć? Klęski naszych literacko- filmowych superprodukcji nie wynikają z tego, że są sięganiem na półkę z lekturami, na której wciąż stoi ten staromodny Sienkiewicz. Klęski tych filmów wynikają z postawy twórców, którzy sami nie traktują tych realizacji poważnie i profesjonalnie. Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy widza, który czasami przychodzi do kina wraz ze swoją cichą sympatią dla tekstu literackiego, nawet jeśli jest on odrobinę nieaktualny. I nagle dostaje gwałtownie po głowie. Z ekranu spoglądają na niego śmieszne postaci, które mówią śmiesznym językiem i w śmieszny sposób się zachowują. A potem jeszcze dowiaduje się (i to właściwie już w czasie projekcji), że nie powinien niczego oczekiwać, bo jaka powieść taki film. Jeśli takie przeświadczenie towarzyszy realizacji, to nie może być mowy o żadnym sukcesie.

A ja uparcie wierzę w literaturę na ekranie, w Sienkiewicza na ekranie i w to, że nawet z powieści Walerego Łozińskiego można zrobić zgrabne – może nie od razu wybitne – kino. Pod warunkiem, iż nie dowiem się zaraz na wstępie, że to takie staroświeckie i nikt kto skończył dziesięć lat już tego nie czytuje.

Joanna Wojnicka 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas