poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROMAN CZERNECKI
W liceum krzemienieckim
DL 1994, nr 14/15 (97/98)

Roman Czernecki, urodzony w 1904 roku w okolicach Lwowa, polonista i filozof, rozpoczął pracę pedagogiczną po I. wojnie światowej od Liceum Krzemienieckiego, następnie nauczał w Borysławiu. W okresie okupacji zorganizował tajne nauczanie w Kielcach zakładając podziemne gimnazjum i liceum, które z czasem stało się filią UJ na Kielecczyźnie. Po wojnie został dyrektorem WSP w Gdańsku, a następnie, po przeniesieniu się z rodziną do stolicy, objął dyrekcję Seminarium Nauczycielskiego w Warszawie.

W późniejszych latach był wykładowcą historii filozofii i logiki na Politechnice Warszawskiej. Po śmierci w grudniu 1986 r. pozostał po nim obszerny tom wspomnień, które zatytułował ,,Pamiętniki starego nauczyciela”. Fragmenty ich poniżej publikujemy.



Jedyny na dobę pociąg ze Lwowa do Krzemieńca odjeżdżał z Dworca Głównego tuż przed północą. Zająłem miejsce w przedziale prawie pustego wagonu, oprócz mnie bowiem w sąsiednim siedziało dwu czy trzech oficerów, a w dalszym wnosząc z sarmackiej fizjonomii jakiś kresowy hreczkosiej, z żoną i córką.

Po wyjeździe z hali dworcowej otworzyłem okno i wpatrywałem się w migające światła gazowych latarni ulicznych biegnących równolegle do torów Słonecznej, Zamarstynowskiej, Podzamcza.

Od Wysokiego Zamku powiał chłodny, orzeźwiający wiatr. Wkrótce pociąg skierował się na płn. wschód, pozostawiając za sobą łunę miasta.

Przyćmiłem w przedziale światło, położyłem się i próbowałem usnąć. Na próżno. Wyobraźnia poczęła odtwarzać ostatnie przeżycia, szeregować je i porządkować. Zrodziła się świadomość, że ustabilizowany tok życia uległ zachwianiu.

Po raz pierwszy przyszło mi to na myśl przed paru miesiącami pod wpływem lektury świeżo właśnie wydanego „Przedwiośnia”. Powieść ta ukazała na tle konfliktów polityczno-społecznych szamotanie się rówieśnika naszego pokolenia, Cezarego Baryki. Stanął przed nami problem: czy mamy być biernymi świadkami rozwoju wydarzeń, czy też czynnymi ich uczestnikami: a jeśli tak, to po której stronie barykady. Postawa bierna oznaczała wybór na pozycji mieszczańsko-filisterskich. Przejście na pozycje zaangażowane, co sugerowało zakończenie powieści, wymagało przezwyciężenia wielorakich oporów. Wreszcie postawa czynna manifestująca się w zwalczaniu narastających nurtów rewolucyjnych wymagała zadania gwałtu kształtowanemu przez lata humanizmowi, wrażliwości na zło i krzywdę ludzką. Wydawało mi się, że tę wewnętrzną walkę trzeba będzie wkrótce rozstrzygnąć i że w warunkach lwowskich przejście od postawy dotąd pasywnej do aktywnej będzie bardzo trudne.

Innego rodzaju wydarzeniem, które w jeszcze silniejszym stopniu zachwiało dotychczasowym życiem był zamach stanu dokonany przez Józefa Piłsudskiego w maju 1926 r. Przeżywaliśmy go we Lwowie w szczególnym dramatycznym napięciu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że poszerzenie się wojny domowej na inne regiony kraju może pociągnąć za sobą, tu, na kresach, nieobliczalne konsekwencje: zbrojne powstanie ukraińskich nacjonalistów. Oczy wszystkich nas zwrócone były na armię. W skład garnizonu lwowskiego wchodziły: 19, 26 i 30 pp 5 i 6 p.art. i 15 p. ułanów Jazłowieckich. Niektórzy z wyższych oficerów, jak np. dowódca 19 pp. ppłk. Zulauf byli legionistami, bez reszty oddanymi Piłsudskiemu. Na wieść o zamachu stanu rwali się do Warszawy na pomoc komendantowi. Dowódca O.K., gen. Władysław Sikorski krytycznie ustosunkowany do Piłsudskiego, czynił wszystko, by nie osłabić lwowskiego garnizonu.

Po trzech dniach dotarła do nas wiadomość o obaleniu władzy konstytucyjnej. We Lwowie zawrzało. Rozpoczęły się gorące dyskusje, kontrowersje, polemiki. Jedni oskarżali Piłsudskiego, ganili, potępiali, drudzy go bronili, usprawiedliwiali, apoteozowali. Gorące te dyskusje nie wychodziły poza krąg subiektywnych odczuć i postaw. Od czasu do czasu podawano sobie przy kawiarnianych stolikach na ucho informacje, że ktoś tam kogoś posiekał czy postrzelił. Byli to z jednej strony apologeci Piłsudskiego, często legioniści, z drugiej — wyznawcy innych politycznych przekonań, krytycznie do Piłsudskiego ustosunkowani. Najczęściej obie powaśnione strony uznawały w myśl kodeksu Boziewicza — sprawę honorowo za załatwioną i wszystko kończyło się w którymś z lokali przy kieliszku.

Ostatecznie sprawa zamachu stanu rozpłynęła się w „austriackim gadaniu”. Wydawało mi się, że jest to symptomatyczne dla stosunków galicyjskich. Wówczas odżyła myśl ucieczki z tego zaśniedziałego, filisterskiego środowiska, w którym żyłem i z którym stykałem się. Doszły do tego jeszcze inne bardzo już subiektywne powody. Jeden z nich tkwił w charakterze mojej pracy.

Byłem asystentem katedry filologii polskiej prof. Bruchnalskiego. Jedynym asystentem, jeden był bowiem dla tej funkcji etat. Poza czasochłonnymi zajęciami dydaktycznymi miałem pod swą opieką czytelnię i bibliotekę katedry z kilkunastoma tysiącami pozycji, obowiązek prowadzenia konsultacji ze studentami i załatwiania wszelkiego rodzaju spraw powierzonych mi przez profesora. Każdy dzień wypełniony był tak dużą ilością obowiązkowych zajęć, że o własnej naukowej pracy nie mogło być mowy. Wynagrodzenie moje wynosiło 120 zł miesięcznie i z trudnością wystarczało na pokrycie najniezbędniejszych potrzeb. Pensja natomiast początkującego nauczyciela szkoły średniej była o 50% wyższa, wynosiła bowiem 180 zł miesięcznie.

Drugi powód był bardziej osobisty. Przed pół rokiem poznałem dziewczynę, studentkę germanistyki, w której zakochałem się. Byłem wówczas zaręczony z inną. Również i moja nowa miłość miała narzeczonego. Oboje byliśmy przekonani, że to nasze uczucie jest prawdziwe. Zerwaliśmy nasze narzeczeństwa z poprzednimi osobami, nie mogliśmy wszakże uniknąć od czasu do czasu ich spotykania. To nie było dla nas czworga przyjemne. Myśleliśmy wówczas, że chyba lepiej byłoby dla nas przenieść się poza Lwów. Te nieskrystalizowane jeszcze, w podświadomości tkwiące zamierzenia odżyły nieoczekiwanie pewnego dnia wieczorem kiedy przez blisko dwie godziny profesor omawiał ze mną organizację ćwiczeń i seminariów w nadchodzącym roku szkolnym. Po zakończeniu rozmowy żegnałem się z nim i wtedy przypomniał sobie o piśmie, które jak twierdził, nosił już od paru dni w teczce, jak się zaś później okazało — od paru tygodni. W piśmie tym kurator Liceum Krzemienieckiego prosił profesora o zarekomendowanie do Liceum któregoś z młodych polonistów.

— Niech pan to weźmie — rzekł wręczając mi list — i wyszuka kogoś stosownego.

Treść pisma była interesująca. Przyszłemu poloniście oferowano etat, możliwość podjęcia dodatkowych zajęć naukowo-badawczych, specjalne dodatki i przywileje.

Schodząc ulicą Mikołaja w dół, w kierunku Akademickiej, przebiegałem w myśli nazwiska kolegów, ewentualnych kandydatów. Nie było ich wielu. Już wówczas na polonistyce przeważały kobiety, na których zatrudnienie Liceum nie reflektowało.

Po chwili myśl o Krzemieńcu przesłonił blask świateł, neonów, wystaw sklepowych i barwny korowód przechadzających się ludzi. Poprzez szerokie okiennice witryn cukierni Zaleskiego przyglądały się przechadzającym się wytworne starsze panie, nieco dalej z otwartych na oścież drzwi lokalu śniadankowego Teliczkowej dochodził rozgwar męskich głosów, obok kawiarni Welza grupka korporantów w kolorowych deklach lustrowała spacerujące dziewczęta.

Na ulicy Legionów tłum zgęstniał. Z I piętra kawiarni „De la Paix” przenikały na ulicę dźwięki modnego fokstrota, dalej migotał czerwony kulisty neon nad zamkniętym jeszcze o tej porze kabaretem Maxa Burgera.

Od czasu do czasu w wieczorną symfonię wielkomiejskiej ulicy wdzierał się dysonansem zgrzyt hamującego tramwaju lub ostry krzykliwy dźwięk głosu kolportera wieczornych dzienników.

Z mroku Wałów Hetmańskich uśmiechały się zaczepnie czyjeś oczy, a spod pomnika Jana III dobiegał refren piosenki głupiego Szczepcia. Nie wiem, w jakim momencie to wszystko, co mijałem, ten rytm życia, w który byłem od lat włączony, z którego byłem dumny, wydał mi się płytki, próżny, banalny. Wiem, że po drodze do domu po raz drugi wróciłem myślą do Krzemieńca. Tego właśnie wieczoru powziąłem postanowienie: pojadę, zobaczę, rozważę.

W miarę oddalania się pociągu od Lwowa coraz oporniej kojarzyły się wyobrażenia, coraz większe tworzyły się luki, wreszcie rytmiczny stukot kół pogrążył mnie we śnie. Obudziło mnie gwałtowne szarpnięcie drzwiami i głośne wejście do przedziału kilku osób. Byliśmy w Dubnie. Świtało. Kolejarze odczepiali część składu pociągu idącego do Równego, do pozostałej doczepiali parowóz. Po chwili pociąg ruszył. Jechaliśmy przez kraj lekko sfalowany. Mijaliśmy zrudziałe ścierniska, barwne złotem i purpurą liści dąbrowy, przecinaliśmy leniwie płynące potoki.

Na stacji Werba wsiadł do pociągu kilkunastoosobowy oddział wojska, w hełmach, w bojowym rynsztunku. Któryś z pasażerów półgłosem informował, że tu właśnie, pod Werbą poszły wczoraj z dymem zabudowania osadników wojskowych, stogi pszenicy, inwentarz. O sprawach podpalenia krążą różne gadki. Jedni zapewniają, że czynią to terrorystyczne bandy nacjonalistów ukraińskich, inni, że są nimi dywersyjne oddziały przerzucane z zagranicy, jeszcze inni, że są to pospolici bandyci. Pomyślałem sobie: oto pierwsze jaskółki kresowej egzotyki.

Do Krzemieńca przyjechaliśmy przed 7 rano. Ze zwalniającego bieg pociągu poczęli wyskakiwać pasażerowie i pędzić co tchu do oczekujących na podjeździe przed dworcem kolejowym kilku dorożek.

Na wysokich kozłach siedzieli woźnice — Żydzi. Zamiast powszechnych w Małopolsce jarmułek mieli na głowie niebieskie lub granatowe okrągłe czapki z krótkimi daszkami. Nad dyszlami wznosiły się kabłąki, tak charakterystyczne dla rosyjskich zaprzęgów. Mimo upychania przez woźniców nadbiegających pasażerów nie wszystkim udało się zająć miejsce w dorożce. Do tych ostatnich i ja należałem. Początkowo chciałem pójść do miasta pieszo, kiedy wszakże ktoś poinformował mnie, że odległość wynosi kilka kilometrów, począłem rozglądać się za jakimś wehikułem. Na podjeździe obok dorożek stało parę chłopskich furmanek oraz dwie bryczki. Na koźle pierwszej siedział ułan, na drugiej stangret. Podszedłem do tego drugiego z prośbą o zabranie mnie do miasta, do liceum. Ku memu zdziwieniu okazało się, że jest to pojazd liceum, wysłany na dworzec po kogoś z pracowników administracyjnych.

W chwilę później dwa karę wałachy mknęły wąskim wąwozem w kierunku miasta. Z prawa i z lewa wznosiły się pagórki pokryte krzewami. Wzdłuż długiej dojazdowej przedmiejskiej ulicy zdobnej szpalerem strzelistych topól, parterowe domki. Przed nimi ogrody kwitnące mieniącymi się jaskrawymi kolorami astrów, nagietek, dalii i malw. Za budynkami bardzo liczne ogrody owocowe. Właściwe miasto rozpoczynało się od zabudowań katedry prawosławnej. W jedno — lub w dwupiętrowych budynkach mieściły się na parterze sklepiki, prawie wyłącznie żydowskie, zakłady rzemieślnicze, krawieckie, szewskie, szklarskie, paszteciarnie, herbaciarnie, piwiarnie, cukiernia, kino, poczta.

W centralnym punkcie miasta po prawej stronie jadąc od dworca na znacznym wzniesieniu kompleks zabudowań licealnych. Pośrodku portal kościoła o dwu równoległych wieżach i dwu równoległych basztach; po prawej od niego poprzez zabytkową bramę wjazd w obręb zabudowań administracyjnych, na lewo do szkół i internatów. W obrębie zabudowań liczne domy dwupiętrowe, w większości stare, z nowych hotel licealny, z gospodarczych — elektrownia.

W tyle za zabudowaniami rozległy park. Naprzeciw gmachów licealnych po drugiej stronie ulicy cerkiew prawosławna, nad nią góra „Bony ochrzczona imieniem, wyższa nad inne miastu przodująca cieniem”, zdobna malowniczymi ruinami starego zamczyska. Jest wczesny ranek. Kuratorium jeszcze nieczynne. Za radą portiera idę na śniadanie do kasyna licealnego.

W przestronnych dwu salach nakryte białymi serwetami stoliki, przy nich — jak się domyślam — nauczyciele i pracownicy administracyjni liceum. Pomieszczenie to niczym nie przypomina stołówek akademickich.

W kilkadziesiąt minut później przedstawiam się wizytatorowi dr Markowi Piekarskiemu, posiadającemu uprawnienia kuratora. Pyta mnie o stosunki w katedrze, o moje zainteresowania naukowe, o powiązania z organizacjami studenckimi. Mówi o swych ambitnych planach przywrócenia Liceum sławy Wołyńskiego Ateneum, uczynienia z uczelni Ośrodka kultury polskiej, promieniującej na środowisko, wspomina o dotychczasowych osiągnięciach: o wywalczeniu dla Liceum uprawnień autonomicznych, o przydzieleniu na zaspokojenie ekonomicznych potrzeb zakładów naukowych rozległych gospodarstw rolnych i lasów, o projekcie uprzemysłowienia ich, dalej o Roku Słowackiego i związanych z nim pracach.

Na zakończenie rozmowy wyraża przypuszczenie, że chyba będę się tu dobrze czuł, po czym kieruje mnie po szczegółowe wyjaśnienia do naczelnika wydziału szkół, p. Jana Trzcienieskiego.

Mój kolejny rozmówca, polonista, podobnie jak wizytator Piekarski, wychowanek Uniwersytetu im. Jana Kazimierza, dobrze zna prof. Bruchnalskiego, widzi w mojej osobie młodszego kolegę tej samej dobrej szkoły. Jest skłonny zatrudnić mnie natychmiast w starszych klasach gimnazjum im. T. Czackiego. Do czasu znalezienia większego samodzielnego mieszkania, proponuje zamieszkanie w hotelu licealnym, zachęca do stołowania się w kasynie, wreszcie obliguje do pracy w komitecie sprowadzenia zwłok Juliusza Słowackiego do kraju. Pod koniec pyta czy jestem żonaty, oferowanego mi bowiem stanowiska nie może objąć kawaler. Później wyjaśniono mi, że w ubiegłym roku szkolnym zaszła konieczność zwolnienia dwu młodych nauczycieli — kawalerów za flirty z uczennicami, stąd decyzja angażowania żonatych. Ostatnim w tym dniu rozmówcą był dyrektor gimnazjum Czackiego, p. Wilkoszewski, z wykształcenia zdaje się historyk, niski, garbusek, czynił wrażenie zakłopotanego swą funkcją. Wyjaśnił mi, że trzeci tydzień nie mają uczniowie lekcji j. polskiego w klasach VI, VII i VIII, i że do tych właśnie klas poszukuje polonisty. W toku rozmowy zapytał, czy nie zechciałbym zetknąć się i porozmawiać z moimi ewentualnymi w przyszłości uczniami. Propozycję tę z przyjemnością podjąłem i po przerwie zostałem zaprowadzony do jednej z maturalnych VIII klas. Po chwili dyrektor wyszedł i oto pozostałem sam na sam z kilkudziesięciu młodymi ludźmi.

Zapytałem o przerobiony w poprzedniej klasie materiał, o zainteresowania czytelnicze i o życie kulturalne młodzieży licealnej. Intuicyjnie czułem, że obserwujący mnie dziewczęta i chłopcy oczekują ode mnie zaprezentowania im próbki moich polonistycznych upodobań

i umiejętności. Sprowadziłem więc rozmowę na obchodzony w kraju Rok Słowackiego, scharakteryzowałem osobowość „Króla Ducha” i wygłosiłem pogadankę na temat dziejów krytyki Słowackiego, przedmiotu mojej pracy dyplomowej.

Śledziłem uważnie w toku wykładu zachowanie się klasy. Widziałem wprawdzie nudę na twarzy jednego i drugiego ucznia kurtuazyjnie maskowaną potakiwaniem mi głową w takt wykładu, ale widziałem również żywe zainteresowanie innych dziewcząt i chłopców.

Kiedy pod koniec prelekcji rozległ się dzwonek i kiedy zamierzałem przerwać ją, rozległy się głosy: prosimy dokończyć. Było to dla mnie bardzo miłe. Wydało mi się, że ta prezentacja wypadła korzystnie. Wszystkie te kontakty i wszystkie rozmowy uważałem za nieobowiązujące, z czym zresztą się nie kryłem.

O ósmej rano zgłosiłem się do dyrektora gimnazjum im. T. Czackiego dla objęcia — jak brzmiało sformułowanie na dekrecie nominacyjnym — „obowiązków służbowych”. Gimnazjum, w którym w dniu 4 X 1926 r. rozpocząłem pracę było jedną z trzech szkół średnich wchodzących w skład Liceum Krzemienieckiego. Do gimnazjum przyjmowano młodzież z ukończoną szkołą powszechną, na podstawie egzaminu wstępnego. Nauka trwała osiem lat. Zadaniem gimnazjum było przygotowanie uczniów do podjęcia po maturze studiów wyższych. Zróżnicowane zainteresowania i uzdolnienia młodzieży znalazły odbicie w 4 różnych typach: w typie klasycznym, humanistycznym, przyrodniczym i matematyczno-fizycznym. Każdy z tych typów posiadał odpowiedni profil, określony siatką godzin i programem nauczania. W gimnazjum np. klasycznym uczono łaciny, greki, języków nowożytnych i w szerokim zakresie kultury antycznej. W gimnazjum przyrodniczym pogłębiony był program nauki botaniki, zoologii, geologii itp. Najbardziej upowszechniony był typ humanistyczny, za najbardziej udane uchodziły typ klasyczny i matematyczno-fizyczny. Gimnazjum Czackiego w Liceum Krzemienieckim było gimnazjum matematyczno-fizycznym. Wyeksponowane w nim były więc nauki ścisłe, a podstawowym zadaniem szkoły było przygotowanie młodzieży do studiów technicznych. Najważniejszy problem w realizacji tego zadania sprowadzał się do kadry nauczycielskiej. W powojennych latach, w których rozpoczynałem pracę pedagogiczną, szkoły średnie miały trudności w zaspokajaniu potrzeb kadrowych. Trudności te występowały przede wszystkim na ziemiach kresowych, zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie, tu bowiem w czasach zaborów nie było polskiego szkolnictwa. Toteż wielką zasługą wizytatora Piekarskiego było skompletowanie w Liceum Krzemienieckim świetnej, wysoko kwalifikowanej, doświadczonej kadry pedagogicznej, której Liceum zawdzięczało wysoki poziom pracy dydaktyczno-wychowawczej. Z taką kadrą nauczycielską spotkałem się w gimnazjum Czackiego. (...)

W tym zespole nauczycieli byłem niewypierzonym żółtodziobem. W pierwszych dniach mojej pracy czułem się jak człowiek nie umiejący pływać, rzucony na głęboką wodę. Toteż krztusiłem się i zachłystywałem nie jeden raz. Przede wszystkim przekonałem się, że po pierwsze — moje wiadomości z literatury polskiej wyniesione ze studiów mają niewielką praktyczną przydatność, po drugie — że nie mam wyobrażenia o planowaniu lekcji w czasie i wreszcie po trzecie, że nie umiem poszerzać celów nauczania poza poznawcze.

Błędy pierwszej grupy polegały najczęściej na zbyt liberalnym, nierównomiernym traktowaniu materiału programowego. W jednych przypadkach, kiedy pewne partie materiału nauczania dobrze znałem, urządzałem obszerne dygresje, poszerzałem i pogłębiałem materiał programowy, w innych, które mniej znałem, spłycałem go i zawężałem.

Błędy metodyczne polegały na nieumiejętności rozplanowania lekcji w czasie i na nieumiejętności formułowania pytań. Raz były one zbyt obszerne, ogólnikowe, niezrozumiałe dla młodzieży, innym razem wąskie, drobiazgowe. W następstwie tzw. część sprawdzająca albo przeciągała się na kilkadziesiąt minut albo trwała kilkadziesiąt sekund. W pierwszym przypadku dzwonek przerywał mi zajęcia w najbardziej nieodpowiednim miejscu, w toku analizy utworu literackiego. Nie było wówczas mowy o dokończeniu, o rekapitulacji, o wyjaśnieniu tematów pracy domowej. W drugim kończyłem zaplanowane czynności dydaktyczne na 15 minut przed dzwonkiem, nie wiedząc czym wypełnić nadmiar czasu. Takie sytuacje były dla mnie okropne. Czułem się zawstydzony, upokorzony, kląłem w duchu czas raz pędzący niepowstrzymanie, innym razem wlokący się żółwim krokiem. (...)

Głośne tradycje Liceum Krzemienieckiego, rozmach w odbudowie i w rozbudowie uczelni, dobry poziom dydaktyczny, bogate formy prac wychowawczych wpłynęły na wzrost zainteresowań reaktywowanymi zakładami naukowymi. W rezultacie ilość zgłaszających się do gimnazjum znacznie przerastała limit wolnych miejsc. Wizytator Piekarski zmuszony był ustalić pewne kryteria przyjęć. Według nich pierwszeństwo miały sieroty po poległych żołnierzach, synowie i córki osadników wojskowych, polska młodzież kresowa, a dopiero w dalszej kolejności młodzież innych narodowości. Napływ kandydatów do liceum był tak liczny, że w jego murach mogła pomieścić się zaledwie połowa zgłaszających się. Młodzież więc licealna była niemal wyłącznie polska. W sześciu klasach gimnazjum, w których uczyłem, miałem tylko dwie uczennice Rosjanki, córki emigranta, znakomitego profesora matematyki Uniwersytetu Moskiewskiego — Bogolubowa. Dla pozostałej, nie przyjętej do Liceum młodzieży otwarto w Krzemieńcu koedukacyjne gimnazjum Samorządowe typu humanistycznego. Obok chłopców i dziewcząt polskiej narodowości uczyła się w nim znaczna ilość młodzieży ukraińskiej, rosyjskiej i żydowskiej.

Ponadto czynne były w Krzemieńcu gimnazjum ukraińskie i żydowskie, to ostatnie utrzymywane bodajże przez Gminę Żydowską.

Starania o wznowienie Liceum Krzemienieckiego rozpoczęto w roku 1919, w dwu środowiskach, w Krzemieńcu i w Warszawie, przez szereg osób skupionych w Macierzy Szkolnej. Zostały one uwieńczone sukcesem 27 maja 1920 roku, aktem reaktywującym Liceum podpisanym przez Józefa Piłsudskiego. Dalsze akty normatywne zapewniły Liceum autonomiczność i określiły jego stan posiadania. Złożyły się na nie sześć gospodarstw rolnych i 15 leśnictw o powierzchni 1600 ha ziemi ornej i 35.000 ha lasów, oraz zespół zabudowań licealnych.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wizytator Piekarski znakomicie zdawał sobie sprawę z wyjątkowej politycznej pozycji Liceum Krzemienieckiego. Uważał on je za wyspę polskości, wyspę otoczoną żywiołami etnicznie nam obcymi, Ukraińcami, Żydami, Rosjanami. Pragnął uczynić wszystko, aby promieniować na otoczenie polską nauką, polską kulturą, polską cywilizacją. Tylko w ten sposób rozumiał kontynuację idei Tadeusza Czackiego. Tak też rozumieli ją wszyscy uczący, pracujący i uczący się w murach Liceum.

Ta linia polityki oświatowej spotkała się z bardzo ostrą krytyką czynników rządowych. Czy słusznie? — Chyba tak.

Reaktywując Liceum Krzemienieckie z myślą kontynuacji stworzonych przed stu kilkudziesięciu laty tradycji pedagogicznych należało koniecznie poddać je rewizji i nawiązywać tylko do tych, które mogły być przystosowane do współczesności. Inną bowiem funkcję spełniało Liceum na początku XIX w., a inną po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Powołane do życia w 1805 roku, początkowo jako gimnazjum, przekształcone następnie w 1613 roku w Liceum miało być ono bastionem polskości przeciw tendencjom rusyfikacyjnym. W zgoła odmiennych politycznych warunkach rozpoczęło Liceum pracę w roku 1922. Kultywowanie tradycji narodowych, rozwijanie i pogłębianie uczuć patriotycznych młodzieży w wolnej Polsce w izolacji i w oderwaniu od żyjących obok mniejszości narodowych groziło kształtowaniem u młodzieży szowinistycznych postaw. Z drugiej strony dla większości Polaków zamieszkałych we wschodnich województwach myśl o wprowadzeniu młodzieży ukraińskiej do Liceum Krzemienieckiego, uważanego za sanktuarium polskości, była nie do przyjęcia.

Rok 1926, w którym rozpocząłem pracę w Krzemieńcu, był piątym kolejnym rokiem szkolnym w historii reaktywowanego Liceum. Plan rozwoju uczelni tej opracowany przez wizytatora Piekarskiego wyznaczył w hierarchii zadań na pierwszym miejscu zdobycie dla Liceum Krzemienieckiego państwowych aktów normatywnych określających jego funkcję; dalej stworzenie bazy materialnej i dopiero w oparciu o nią wypracowanie najwłaściwszego profilu uczelni i stworzenie warunków dla podjęcia szeregu prac dydaktyczno-wychowawczych, nowoczesnych, eksperymentalnych. Ten układ zadań był konsekwentnie realizowany.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas