poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POTOCZEK
Ostatnia wola
DL 1994, nr 14/15 (97/98)

Niedziela, dzień pogrzebu mojej babki była chyba najgorętszym dniem całego lata. Już przed południem temperatura przekroczyła czterdzieści stopni, a kwadrans po trzeciej, gdy obaj z ojcem wyjeżdżaliśmy z domu dozorować przygotowania do ceremonii, wnętrze samochodu przypominało rozżarzony piec. Pogoda była naprawdę trudna do zniesienia. Obicia foteli cuchnęły klejem i plastikiem, na tylnych siedzeniach więdły świeże kwiaty wplecione w wieńce z jedliny, a duchota powietrza działała obezwładniająco. Co za pech, pomyślałem, wiedząc że życzeniem babki było, by tłumy ludzi podziwiały jej niezwykły konny pogrzeb. Temu właśnie miał służyć karawan-lando i konie, przynajmniej dwa, ciągnące jej trumnę wolno i uroczyście przez ulice miasta pełne ludzi zadziwionych tą paradą. Musiało jej na tym bardzo zależeć, skoro zrobiła specjalny zapis w testamencie, a przed śmiercią zobowiązała ojca, by możliwie dokładnie trzymał się realizacji jej własnych wskazówek. Ojciec przysiągł postąpić zgodnie z instrukcją, gryziony poczuciem winy za to co zrobił, a raczej czego nie robił przez ostatnich pięć, a może nawet sześć lat. Dotrzymał słowa, lecz cóż z tego, skoro w dniu uroczystości żar po prostu kapał z nieba jak rozpalona smoła i jak okiem sięgnąć, na chodnikach ani na skwerach nie dostrzegliśmy żywej duszy. Było całkiem oczywiste, że kto mógł, wyjechał z miasta już w piątek albo najpóźniej w sobotę rano, a kto nie mógł, chował się jak najgłębiej poza spuszczone żaluzje. Miasto zamarło, zieleń więdła, ponad wyludnionymi ulicami unosił się oślepiający blask i wszędzie czuć było zapach kurzu zmieszany z wonią uschniętej trawy, blach samochodowych i asfaltu.

Nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Kontynentalny wyż napłynął nagle i zaskoczył wszystkich, za wyjątkiem prywatnych producentów wody sodowej. Nawet noce nie dawały ulgi i przez otwarte okna wpadały do wnętrza mieszkania leniwe prądy upału. Dnie były bezwietrzne a ciało pokrywało się potem przy każdej próbie szybkiego ruchu. Były to największe upały od wielu lat i babka naprawdę nie mogła liczyć na publiczną popularność swego pogrzebu, a ten ze zrozumiałych powodów powinien się był odbyć możliwie jak najszybciej.

Kiedy to piszę, ogarnia mnie obawa, że mogę zostać posądzony o wstrętną obojętność i młodzieńczy cynizm, więc od razu muszę wyjaśnić, że sprawy miały się zupełnie inaczej. Prawdę mówiąc chyba jeszcze nigdy nie czułem wobec babki tyle współczucia. Naprawdę współczułem jej, ponieważ ten okropny upał był kolejnym i ostatnim już dowodem potwierdzającym ulubioną tezę, że przeznaczenie nie jest jej życzliwe. Istotnie, była w tym jakaś cząstka prawdy. Przez większą część życia skutecznie wpływała na ludzi, zwłaszcza najbliższych, i doszła w tej dziedzinie do mistrzostwa, ale z losem radziła sobie zdecydowanie gorzej i przewidywalne z góry fiasko ceremonii kazało mi wspomnieć jej stałe utyskiwania na brak tak zwanego „szczęścia”. Cokolwiek naprawdę znaczy to słowo, babka, odkąd pamiętam, uważała się za osobę zdecydowanie nieszczęśliwą.

Gdy spojrzeć na problem szczęścia z jej punktu widzenia, można zgodzić się, że miała powody do skarg — jej życie było bowiem z pozoru bardzo spokojne, zrównoważone i wyzbyte wydarzeń godnych zbiorowej pamięci pokolenia, co znaczyło, że babka sama nie znajdowała w nim nic godnego wzmianki. Była pod tym względem bardzo wymagająca, i nie podzielała wcale powszechnego poglądu, że szczęście bierze się z wydarzeń drobnych, które cicho nadchodzą i równie cicho mijają, nadając życiu urok, pomyślność i blask. Nie, babka zawsze była zdania, że liczą się wyłącznie sprawy o wadze publicznej, tych zaś w jej życiu brakowało, a przynajmniej ona sama zdawała się ich nie dostrzegać. Nie chcę prowadzić dyskusji o tym, czym właściwie mogły być te zasadnicze sprawy i wydarzenia, choć wiem na pewno, że nie należały do nich ani spokojne dzieciństwo i młodość, ani małżeństwo z urzędnikiem, który wcześnie umarł, ani nawet kariera syna, któremu nie potrafiła wybaczyć ani charakteru, stylu bycia i twórczości, ani nawet wyboru żony. Kochała go jednak zaborczo, co komplikowało jeszcze całą sytuację.

To wszystko bzdury, mówiła na przykład cierpko o muzyce ojca, którą poza jego plecami chełpiła się do znudzenia, Cyganie bielący kotły przed wojną robili wokoło siebie taki sam hałas jak teraz ty (oczywiście nie miała na myśli flamenco, a jej krytyka była tyleż fałszywa, co bezlitośnie bezpośrednia). Nic mama nie rozumie, zaperzał się ojciec, daremnie spragniony, by wraz z nim zechciała wysłuchać którejś z jego kompozycji od początku do końca. Ja nie rozumiem? odpowiadała groźnie zawsze tym samym pytaniem a potem natychmiast strzelała ostrą amunicją argumentów nie do odparcia. Przecież to nie po kim innym, ale po mnie odziedziczyłeś swoje zdolności, wołała oburzona, i to ja uczyłam cię pierwszych nut i pierwszych gam. Kiedy byłeś jeszcze mały, wiązałam z tym wielkie nadzieje i marzyłam, żebyś nauczył się grać muzykę; Chopina albo Paderewskiego, a tymczasem ty wolisz kaleczyć ludziom uszy dzikim piskiem. Jeśli chcesz wiedzieć... (ojciec nie chciał, ale to nie miało dla niej żadnego znaczenia), czasem wstydzę się przed sąsiadkami kaset, na których nagrałeś te straszne hałasy. Dziwię się twojej żonie, że nie zwraca na to uwagi. Jestem już za stara na oceny, więc nie spotka cię z mojej strony żadna krytyka, ale powinieneś wiedzieć, że spodziewałam się po tobie czegoś całkiem innego. Całe moje życie powinno być inne, trafiłam na złe czasy, na nieodpowiednie środowisko i ludzi, czego nie można przecież powiedzieć o tobie, a jednak... .

Tak było z nią zawsze. Wciąż narzekała. Narzekanie mojej babki przypominało swoją naturalnością rytm nocy i dnia. Nie pamiętam jej zadowolonej, ale dopiero teraz, gdy umarła, zrozumiałem, że żyła w poczuciu niespełnienia jak na pustyni, wciąż spragniona czegoś, co pozostawało dalekie i bez szans na realizację. Na tym polegał skryty dramat, którego za jej życia nikt nie pojmował. Trwała przez lata jakby w zawieszeniu, czekając na coś, co miało nadejść, aż do dnia gdy stwierdziła nagle, że jest już za późno. Choć na co za późno? Tego również nie dowiedział się nikt, ponieważ nikt nie śmiał jej zadać takiego pytania, lecz wkrótce stało się jasne, że dla babki najważniejszy w życiu pozostał już tylko pogrzeb. Stąd właśnie troska 'o jego niezwykłość, pompę i oprawę, troska, która ogarnie wszystko, co da się przewidzieć, z wyjątkiem pogody. Właśnie dlatego pocąc się w upale jak grzanka, z której uchodzi resztka wilgoci, współczułem jej z całego serca i starałem się rozumieć jak jeszcze nigdy dotąd. Biedna babka. Niestety, wszystko wskazywało na to, że nawet pogrzeb wypadnie banalnie.

— Cóż za straszny upał... Czy masz w kieszeni chusteczki higieniczne? Wytrzyj mi czoło, proszę, nic nie widzę, pot zalewa mi okulary... — poprosił ojciec nie patrząc na mnie, więc nic nie odpowiedziałem. Znalazłem chusteczkę i otarłem mu czoło, które było odkryte i wąskie, zupełnie odmienne od zasłoniętego loczkami (papiloty!) czoła jego matki. Zawsze słyszałem, że jest do niej podobny, ale nie dostrzegałem tego, wprost przeciwnie, znajdowałem w nim raczej podobieństwo do fotografii dawno zmarłego ojca.

Dziadek był postacią tajemniczą, a to co o nim słyszałem, miało w sobie wiele rażących sprzeczności. Mówiono mi o nim zawsze jako o wzorze cnót, ale podsłuchałem rozmowy sędziwych znajomych, którzy wspominali tego skromnego urzędnika administracji państwowej jako namiętnego pokerzystę a może i szulera. Nie wiem ile w tym było prawdy, ale spodobała mi się wersja podwójnego życia człowieka obdarzonego przez los żoną pokroju babki. Lubiłem wyobrażać sobie, że zaniedbywał ją i zostawiał samą wymykając się wieczorami do kasyna, w upartej nadziei, że właśnie tej nocy rozbije bank. Być może robiła mu sceny, podejrzewała i śledziła, modląc się w tajemnicy o powodzenie hazardu. Lecz na próżno. O ile wiem, nigdy nie rozbił banku i wskutek tego babka nie zobaczyła Riwiery ani Paryża, nie miała brylantów i futra z szynszyli, nie brała udziału w wykwintnych polowaniach, nie chodziła na bale, nie kolekcjonowała obrazów ani cennej porcelany, nie przyjaźniła się z gwiazdami sceny, słowem nie robiła w życiu zupełnie nic, co w jej własnych oczach zasługiwałoby na uwagę. Na domiar złego dziadek znienacka popadł w długi. To było najgorsze. Babka opowiadała mi wiele razy, że w długi wciągnął dziadka nieuczciwy przyjaciel, ale wersja karcianych porachunków wydaje się mimo wszystko bardziej prawdopodobna. Spłacił je, a wkrótce potem umarł, być może ze zgryzoty, a babka nie omieszkała powiązać jego śmierci ze spiskiem masońskim, w jaki miał być rzekomo wmieszany cały Rotary Club. Twierdziła, że popełniono pomyłkę godną powieści detektywistycznych i pewnego dnia dziadek otrzymał list z żądaniem zwrotu ważnych dokumentów. Zlekceważył go, podobnie jak drugi i trzeci, jakie nadeszły w kopertach bez stempla pocztowego i adresu nadawcy, przyniesione przez chłopców ulicznych, którym ktoś nieznajomy wsunął za to do ręki drobne monety. Nie mam żadnych dokumentów, śmiał się podobno dziadek z akcentem szczerości, ale w dniu, w którym umarł nagle na atak serca, widziano w jego biurze kogoś obcego, kto chciał odbyć z nim bez świadków pilną rozmowę. Nie zdarzyło się nic więcej, nic prócz zasłabnięcia późną nocą, gdy trudno było zerwać z łóżka znajomego lekarza. W takich chwilach, mówiła potem babka, każda czynność rozciąga się w czasie i staje zbyt długa: przebudzenie ze snu, nalewanie wody do kubka, szukanie pigułki. Dziadek był przytomny i podobno starał się nawet żartować z bólu za mostkiem, a przecież nad ranem już nie żył, umarł z żartem na ustach nie wyjawiając nikomu szczegółów sekretu. O ile oczywiście był tam jakiś sekret, spierał się ojciec, który kochał swego ojca i przez wzgląd na niego stanowczo zaprzeczał wszelkim sensacjom. Babka irytowała się, gdy mówił, że to wszystko bzdury. Nie możesz pamiętać, wołała w złości, nic nie wiesz, chroniłam cię przed tym...

Ale jej złość nie pomagała i wersja ojca różniła się prawie we wszystkim od wersji babki. Listy z pogróżkami były według niego, i owszem, zawiadomieniem o sprzedaży weksli, ale wizyty tajemniczych nieznajomych pochodziły wprost z modnej wówczas lektury sir Arthura Conan-Doyle. Ojciec nie negował wprawdzie skłonności dziadka do kart, lecz cała reszta była, jego zdaniem, tworem fantastycznym. Babka jednak obstawała przy swoim i ojciec był wobec tego zupełnie bezradny. Nie twierdzę, że mama kłamie, tłumaczył, gdy jej opowieść wzbogacała się ni stąd ni zowąd o jakiś nowy szczegół, myślę tylko, że wewnętrzna potrzeba sensacji posuwa się tym razem stanowczo zbyt daleko...

Do dziś nie wiem, kto z nich miał rację, może ojciec, jak zwykle, a może jednak babka, dla której śmierć męża była jak przecięcie życia na pół. Jeśli zmyślała, potrzebowała fantazji, by przetrwać, skoro dalszy ciąg życia niemal dla niej nie istniał. Bo choć przeżyła wojnę nie odnosząc większych strat, monotonne lata powojenne nie zasługiwały w jej odczuciu na pamięć i uwagę. Udało się jej wiele, była zdrowa, ominęła pułapkę pracy w fabryce, nie przydzielono jej lokatorów, nigdy nie zwróciła na siebie uwagi władz. Lecz lata mijały, a ona płynęła w nich żyjąc samym tylko płynięciem i przemijaniem, pozbawiona konkretnego zajęcia, utrzymywana przez syna, marząca o przeszłości, spełniona tylko w niespełnieniu. Nawet syn, który chętnie uczył się nut, poszedł, przy pierwszej okazji, swoją własną drogą. Nie próbowała nawet tego zrozumieć. Najpierw stanowczo odmówił grania Chopina, potem zaczął pisać zgrzyty i hałasy, a wreszcie ożenił się nie pytając jej o zdanie i z tego związku urodziłem się ja. Podobno dość długo zastanawiała się, jak przyjąć moje pojawienie się na świecie, ale wreszcie postanowiła skapitulować i pokochała mnie po swojemu. Choć nie była to miłość, jaką bez trudu dałoby się odwzajemnić.

Dlatego gdy ojciec szepnął w zamyśleniu „biedna, biedna mama...”, nie odezwałem się ani słowem, choć mógłbym powiedzieć wiele. A może nie, może tylko zdawało mi się, że mam o mojej babce wiele do powiedzenia. Może zawsze tak jest, że w chwilach ostatecznych zdaje nam się, że rozumiemy więcej niż rozumieliśmy kiedykolwiek, choć nie wiadomo dokładnie, na czym polega to rozumienie i czego dotyczy. Tak właśnie było ze mną. Bo choć z pewnością tolerowała moją osobę lepiej niż kogokolwiek innego z całej rodziny i właśnie mnie zapisała dom, który podczas jej choroby rozpadł się i zawalił, nie umiałem, a może nie chciałem określać, co właściwie o niej myślę. Prawdę mówiąc przez chwilę starałem się wcale nie myśleć i wobec tego skupiłem się na upale, na wieńcach z więdnących kwiatów, na przeraźliwie rozprażonej chwili, gdy ojciec zapalał samochód i ruszyliśmy wprost przed siebie, w stronę stadniny, która zgodziła się wypożyczyć dwa stare konie do ciągnięcia odkrytego landa z dębową trumną.

Tak właśnie życzyła sobie jechać na cmentarz, tak i nie inaczej, landem ciągniętym przez białe konie. Niestety nie było nigdzie białych koni. Ściślej mówiąc żaden zakład pogrzebowy nie dysponował ani jednym koniem i tylko prośby ojca sprawiły, że jakiś życzliwy przedsiębiorca zgodził się wypożyczyć muzealny pojazd. W sumie była to jednak bardzo trudna sprawa i mieliśmy z nią, ojciec i ja, wiele kłopotu.

Gdy jednak powtórzył po raz kolejny: „biedna mama...” zrozumiałem, że zapomniał już całkiem o kłopotach, a zwłaszcza o rozmowach z facetami ze stadniny, którzy długo nie potrafili zrozumieć, dlaczego zamierzamy spełnić co do joty ostatni kaprys władczej staruszki. Zwłaszcza że ojciec w chwili słabości rozkleił się przed nimi i opowiedział, że babka przez całe życie panicznie bała się koni, więc ci koniarze byli bardzo zdziwieni i namawiali, żeby dać sobie spokój z końmi, zwłaszcza że te ze stadniny nie były przyzwyczajone do chodzenia w zaprzęgu. Ale ojciec uparł się i w końcu dopiął swego, a raczej, jakby powiedziała mama, to babka dopięła swego, posługując się ojcem po śmierci skuteczniej, niż się to jej udawało za życia. Konie zostały więc zarezerwowane, a ja musiałem po cichu wyjaśniać, że babka istotnie miała na punkcie koni prawdziwą fobię, ponieważ gdy jeszcze była małą dziewczynką, jakaś wróżka przepowiedziała mojej prababce, że jej córka zostanie stratowana przez spłoszonego wierzchowca. Babka przez całe życie uparcie powracała do tej przepowiedni, najpierw z panicznym lękiem, a potem z odrobiną rozczarowania. Owszem, nigdy nie przestała unikać koni, ale ich lekceważąca obojętność irytowała ją i skrycie drażniła.

W jej zachowaniu kryła się zawsze podwójna logika. Pamiętam, że gdy byłem jeszcze chłopcem, zawsze wołała z przestrachem: „O koń...”, ciągnąc mnie do najbliższej bramy, gdy pełna turystów dorożka wlokła się osowiale po nierównej jezdni. Ale równocześnie wyczuwałem w niej żal, gdy wszystko powtarzało się po raz setny, dorożki toczyły się przed siebie z niezmąconym spokojem, a cała konna populacja naszego miasta nie zwracała na babkę najmniejszej uwagi. Jestem pewien, że budziło to w niej gorycz, a znużony spokój starych szkap stanowił dla niej powód ukrytej frustracji. Kryła ją zresztą w sobie bardzo starannie, a przecież przysiągłbym, że wyczekuje na jakiegoś dorodnego wierzchowca, który wtargnąłby w jej życie, rozbijając dręczącą ją nudę. Cóż by to było, zastanawiała się na głos, sunąc bezpiecznie parkową alejką, gdyby koń poniósł i rzucił się na nas? To niemożliwe, odpowiadałem rezolutnie, używając wiadomości wyniesionych z zoo, nie mógłby się rzucić, ponieważ konie nie rzucają się na ludzi, robią to raczej lwy albo tygrysy. Co w takim razie robią rozjuszone konie? pytała babka retorycznie, natychmiast udzielając sobie samej prawidłowego wyjaśnienia — konie tratują i miażdżą kopytami. Miażdżą... powtarzała w skupieniu, a wtedy jej usta wyginał grymas wstrętu, który mógłby być uśmiechem. Zauważałem bystro, że jeśli chodzi o miażdżenie, to każdy pospolity samochód jest o wiele bardziej skuteczny od konia. Ten argument jednak wcale do niej nie przemawiał. Nic nie rozumiesz, mówiła zagadkowo i przyspieszała kroku, jakby nas gonił jakiś daleki tętent.

Oczywiście miałem rację mówiąc jej o samochodach, ponieważ to właśnie era pojazdów benzynowych nie sprzyjała się spełnieniu przepowiedni. Trzeba jednak przyznać, że los ze swej strony nie zrobił nic, by dopomóc babce w byciu stratowaną. Lata mijały, a koni było na ulicach coraz mniej. Babka, rzecz jasna, nigdy nie przestąpiła bramy stadniny, ale za to przejawiała drobiazgową ciekawość wszystkiego, co dotyczyło mojej własnej jazdy konnej. Ona też była najbardziej rozczarowana, gdy okazałem się pod tym względem kompletnym beztalenciem. Gdy wreszcie spadłem z konia podczas galopu i zostałem odwieziony do szpitala, tylko babka żałowała, że już nie będę jeździł na koniach, rozpaczała nad moim brakiem zręczności i ogólnie złą sportową formą. Właśnie wtedy na dobre nabrałem podejrzeń, że zazdrości mi po cichu tego doświadczenia. Byłem zdziwiony własnym odkryciem i opowiedziałem o nim koledze studiującemu psychologię. Odparł, że to się zdarza i że babka ma osobowość obsesyjną, u podstaw której leży kompleks Edypa i nieświadoma zazdrość o penis. Zabrzmiało to bardzo naukowo, ale miało trochę sensu, zwłaszcza w konfrontacji z pogłoskami o dziadku i jego sekretach. Zazdrość o penis, rozważałem, przyglądając się jej podejrzliwie. Kto wie, może ta kobieta, która nawet w starości odlewała potajemnie mojej matce francuskie perfumy do szklanych fiolek po wanilii, chciała w głębi duszy stać się mężczyzną i przy zielonym stoliku rozegrać z Losem decydujący mecz? Może namiętnie, choć w tajemnicy, pragnęła jeździć konno, czując pomiędzy udami drgające ciepło zwierzęcia, rozkazywać innym ludziom, mieć nad nimi władzę, jaką miał Edyp jako król i podlegać tylko tej władzy, jakiej Edyp podlegał jako syn i jako kochanek?

Było to bardzo dziwne i później nie zwierzałem się już nikomu z tej hipotezy, ale gdy babka zażyczyła sobie przed śmiercią konnego pogrzebu, przyszło mi do głowy, że w ten sposób daje Opatrzności ostatnią z możliwych szans. W tym znaczeniu jej decyzja była ciągiem dalszym buntu przeciwko miałkości losu, przeciwko temu, co sama musiała myśleć o sobie, Kopciuszku, co nigdy nie doświadczył przemiany, o brzydkim kaczątku, które okazało się jednak kaczką, a nie łabędziem.

Lecz życie minęło i ostatnie lata były dla niej podsumowaniem. To zaś musiało być trudne, skoro całymi dniami, tygodniami i miesiącami leżała prawie nieruchomo, z rękami złożonymi na szpitalnej pościeli. Wstawała tylko w nocy, gdy sądziła że wszyscy śpią i krążyła wtedy po szpitalu jakby szukając czegoś dawno zgubionego. Podczas dnia spała albo wzywała lekarzy na nie kończące się konsultacje. Poza nimi nie rozmawiała z nikim i nie zwracała uwagi na to, co działo się wokoło. Nawet do rodziny odzywała się rzadko i były to wciąż słowa niezgody z tym, co w jej życiu dokonało się już bezpowrotnie. Nie było na to rady ani lekarstwa, bo nic nie mogło dać jej ukojenia. Ignorowała nawet wiadomości o stanie jej domu, kotów i kaktusów, jakie w pierwszych miesiącach przynosiłem do szpitala bardzo regularnie. Potem dałem z tym spokój, bo nic jej już nie interesowało. Nic poza tymi nocnymi wędrówkami po szpitalnych korytarzach, salach i schodach, których przyczyny i celu nigdy nikomu nie chciała wytłumaczyć. Podobno jej zmalałe i kurczące się ciało odzyskiwało wtedy siłę i żywotną giętkość; mknęła naprzód przez korytarze nie zważając na ostrzeżenia i zakazy, gimnastykowała się, tańczyła sama ze sobą, podśpiewywała półgłosem stare piosenki, a potem z nieomylną orientacją biegła z powrotem, wracała na łóżko i rano wydawała się tak bliska śmierci, że karmiono ją jak dziecko, podawano basen, czesano i myto. „Była taka zagubiona...” powiedział ojciec szeptem, patrząc na pas bezpieczeństwa, odciskający plamę potu na czarnym, specjalnie na tę okazję kupionym ubraniu. Kupił sobie to ubranie poprzedniego dnia i byłem świadkiem, jak wieczorem uczył się przed lustrem wiązać nowy, ciemnoszary krawat. Dotąd bardzo rzadko widywałem go w krawacie. Nosił koszule rozpięte pod szyją i wykładane na sweter, muszki, szaliki, nawet chustki, ale do krawatów miał głęboki wstręt. Gdy więc zobaczyłem, jak mozoli się niezręcznie z wypukłym węzłem, zrozumiałem po raz kolejny, że śmierć babki zmienia coś w nas wszystkich. I to nie tylko w sensie żałoby i smutku, nie, to nie było dokładnie to. Sam nie wiem, jak określić ten klimat, tę przemianę. Bo przecież była to przemiana. Weźmy dla przykładu choćby krawat ojca. Krawat jest potrzebny, ponieważ, gdy się zna mojego ojca i jego niechęć do wszystkiego, co oficjalne i sztywne, wtedy dopiero można ocenić jakim biegunem dla jego przyzwyczajeń i przekonań był ten kawałek materiału, z którym mozolił się uparcie przez dobrą godzinę. Albo mama. Tak, jej zachowanie również nosiło w sobie wyraźne ślady przemiany, choć nie jestem pewien, czy ona sama zdawała sobie z tego sprawę. Różnica leżała bowiem w czymś nieuchwytnym, w lekkości kroków, w głębszym dźwięku głosu, w giętkiej żywości gestów, jakimi pomagała ojcu we wszystkim, czego potrzebował, w tym, co robiła dla niego zawsze, a co nagle nabrało nowych cech — w przygotowaniu śniadania, w prasowaniu koszuli, w składaniu stert rozrzuconych pod fortepianem nut. Nawet upał nie był w stanie stłumić wybuchu tej niezwykłej energii i patrzyłem ze zdumieniem na to dwojenie się i trojenie, jakie nagle wypełniło nową intensywnością nasz i tak już niezbyt spokojny dom.

Więc gdy tak biegała po mieszkaniu, poważna choć lekka jak ptaszek, nie mogłem nie myśleć o chwilach, niemal codziennych, gdy odwiedzała babkę na wielu różnych szpitalnych oddziałach. Było to koniecznością, ponieważ na każdym lekarze dochodzili w końcu do tej samej diagnozy, która polegała na braku diagnozy. Biedna babka, powątpiewano nawet w jej chorobę. Lecz jeśli jednak była to choroba, jej niejasność zmuszała lekarzy do przekazywania babki wciąż gdzie indziej, po to, by przebadać chorą z jakiejś nowej strony. W ten sposób także i my, mama i ja, zwiedzaliśmy różne zakątki szpitala, podążając śladami babki, której cierpienie, jak zwykle, wymykało się rozpoznaniu. Poznaliśmy podczas naszej wędrówki niemal cały szpital, za wyjątkiem oddziału noworodków i pediatrii, a także poznaliśmy się lepiej nawzajem, o ile właśnie tam, w zgiełku i tłoku szpitala, gdzie pozycja ojca dawała babce do dyspozycji jakieś cichsze miejsce, odkrywałem w mojej mamie cechy, których ani przedtem ani potem nie dane mi było w niej zaobserwować.

Wspominam o nich z niechęcią i zażenowaniem, ponieważ wiem, że były w mamie czymś obcym i że znikały, gdy tylko przekraczaliśmy w drodze powrotnej bramę szpitala. Zresztą pod tym względem mama wcale nie była wyjątkiem; podobne rzeczy działy się z dalszą rodziną i z personelem, a być może także i z ojcem, który bojąc się babki, po prostu nie przychodził w odwiedziny, tłumacząc się zbyt zawile, by ktokolwiek zrozumiał o co chodzi w tych tłumaczeniach.

Trudno ukryć fakt, że wszyscy, łącznie ze mną, stawaliśmy się wobec niej, wcześniej czy później, niecierpliwi i źli. Był to dość zagadkowy fenomen, zaraźliwy jak infekcja gronkowca, przebiegający zawsze tak samo, w fazach, które rozpoczynały się troską i współczuciem a potem stopniowo ulegały transformacji w zdumienie, zmęczenie, zniechęcenie i złość. By nie nadużywać słów — babka przypominała kubek w kubek

wiele bohaterek literackich, których wspomnienie budzi w czytelnikach dygot i dreszcz. Zwłaszcza postaci dramatu antycznego byłyby w jej wypadku dobrym porównaniem, z tą wszakże różnicą, że tamte były zwykle królowymi, spotykającymi na swej drodze bogów, sfinksy i minotaury, podczas gdy ona nie mogła natknąć się w życiu nawet na jednego, energicznego konia. Jej życie stało się zatem z konieczności życiem wewnętrznym i w ostatnim okresie przypominała już raczej bohaterki Mauriaca, których nie znała z lektury, więc nie mogła być posądzona o naśladownictwo i plagiat.

Nim trafiła do szpitala, spędzała czas w chłodnych pokojach swego domu, których okna wychodziły na ogród otoczony murem z białego wapienia. Zaprawa spajająca płaskie, kamienne płytki ułożone jedne na drugich, kruszyła się i górny brzeg muru stawał się z wolna linią falistą. Nie dbała o naprawy i nie chciała, by w jakikolwiek sposób ingerowano w hermetyczną przestrzeń ogrodu zamkniętą w środku. Prawie nikt tam nie wchodził, alejki zarastały chwastami, a w miejscu usychających krzewów wyrastały bujne zarośla pokrzywy. Z czasem ogród zdziczał doszczętnie i chaszcze wysokości człowieka broniły dostępu do pnia starego kasztana, gdzie jako mały chłopiec odkryłem wielką dziuplę, groźną i zmurszałą. Fascynował mnie i długo wierzyłem, że zamieszkują ją sowy i nietoperze. W rzeczywistości była pusta, ale wiele razy, nocując w domu babki, słyszałem głos sowy z głębi ogrodu. Brzmiał w ciemności jak śmiech i babka ostrzegała mnie, że zwiastuje nieszczęście.

Do wnętrza domu prowadziła sień zastawiona drewnianymi kuframi i latem pełna suszących się w półmroku ziół. Przesycał ją zapach rdestu, melisy, rozmarynu i macierzanki. Piło się je później, parzone w dzbanach na sposób angielski pod przykryciem pikowanej kołderki, długo utrzymującej ciepło. Do słodzenia używała wyłącznie landrynek, wierząc że nie mają z cukrem nic wspólnego. Nie lubiła gotować, więc codziennie któraś z sąsiadek, opłacana w sekrecie przez ojca, przynosiła do jej domu gorący obiad. Sąsiadki zmieniały się często, ponieważ również w kwestiach jedzenia babka była kapryśna; nie pozwalała im też siadać przy tym samym stole, nie dopuszczała do słowa, monologując na własne tematy, a poza tym lubiła dawać tym skromnym kobietom do zrozumienia, że uważa je za kogoś w rodzaju płatnych służących.

Z tych powodów jej osamotnienie stopniowo rosło. Nie umiem sobie wyobrazić, jak spędzała dnie, co robiła w środku domu, który zapełniał się stopniowo tysiącem przedmiotów bezużytecznych i przypadkowych. Wydawało się, że samo wnętrze pokoi zarasta czymś bezkształtnym, jak się to dzieje z akwariami albo z wodą stojącą nieruchomo w jeziorze. A przecież te przedmioty nie brały się znikąd, kupowała je albo znajdowała na ulicy, czując się od razu ich jedyną właścicielką. W ostatnich latach ogarnęła ją prawdziwa pasja zbieracza, nie robiąca różnicy pomiędzy zamkami błyskawicznymi i guzikami, jakie gromadziła w szufladach w ilościach hurtowych, a pojedynczymi rękawiczkami i szalikami, zgubionymi przez dzieci na skwerze, plastikowymi widelcami bez zębów, wynoszonymi z tanich restauracji, i całym mnóstwem szmatek, wstążek i kokardek, które z zapałem prała, prasowała, składała do pudełek.

Sprzątanie domu po jej odejściu do szpitala trwało trzy dni i wymagało wynajęcia samochodu-śmieciarki. Znaleźliśmy wtedy wielkie zapasy przedmiotów nigdy nie użytych, jak choćby trzydzieści par nowych butów, osiemnaście sztuk okularów przeciwsłonecznych, trzydzieści dwa nietknięte flakony taniej wody kolońskiej (nie licząc licznych fiolek po wanilii, pachnących Jardin de Bagatelle albo Chanel No. 5), dziesięć kompletów garnków kuchennych i wiele innych, których wyliczanie nie ma już żadnego sensu. Jednak prawdziwym odkryciem było wnętrze szaf. Przez większość życia babki jej wielkie, dębowe szafy były zamknięte na klucz i wyobrażałem sobie ich wnętrza jako wielkie siedliska moli, które zdążyły zjeść przez lata wszystko, co nadawało się dla nich do zjedzenia. Lecz myliłem się. W szafach nie tylko nie było moli, ale nie było też prawie starych ubrań. To co zobaczyłem było inne i nieoczekiwanie piękne.

Na drewnianych półkach przesyconych lekkim zapachem mydła i lawendy, leżały złożone równiutko stosy całkiem nowych, wytwornych materiałów. Dotykałem ze zdumieniem pastelowych koronek, jedwabi, gipiur i szyfonów przygotowanych do uszycia wielu sukien, w których babka mogłaby spędzić drugie, lepsze życie. Były to materiały zbędne dla jej pierwszego wcielenia, lecz może najwłaściwsze dla innego, jakie nigdy nie zdołało ujawnić się przed oczami świata. W każdej chwili krawcowa uszyłaby z nich kreacje wieczorowe, wizytowe, koktajlowe i nawet balowe, a w pudełkach stojących na samym dnie odkryłem dodatki, białe i czarne rękawiczki długie do łokcia, sztuczne kwiaty w wielu kolorach, torebki ozdobione haftem i dżetami, a nawet wachlarze z pożółkłej kości słoniowej i strusich piór. Leżały na półkach bezczynnie, nigdy nie użyte. Nic o nich nie wiedzieliśmy i aż do śmierci pozostały jej najpilniej strzeżonym sekretem i najbardziej wzruszającą tajemnicą.

Potem, gdy już leżała w szpitalu, nigdy ani słowem nie powróciła do kolekcji przedmiotów wypełniających jej dom. Czasem próbowałem z własnej inicjatywy nawiązać z nią na ten temat krótką rozmowę, lecz na próżno, bo nie chciała o nich mówić ani nawet słuchać, a przy najmniejszym napomknieniu odwracała się na łóżku, skarżyła na ból głowy, morzył ją sen... Nagle, z dnia na dzień, stała się wobec nich tak obojętna, jakby w jej pamięci powstała luka. Przeszłość przestała istnieć, ale przyszłość również nie nadeszła, więc babka uznała szpital za jedyną bezpieczną szczelinę w czasie, miejsce poza zasięgiem losu i wpływem przeznaczenia.

Odkryła szpital przez przypadek, pewnego letniego dnia gdy przyszło jej do głowy odbyć długą przechadzkę bez parasolki i bez kapelusza. Na kilka godzin wcześniej, rano, zapraszaliśmy ją na wycieczkę do lasu, na brzeg chłodnej rzeki. Odmówiła nie udzielając wyjaśnień, ale zrozumieliśmy, że obawia się trudu podróży samochodem, temperatury i słońca. Ale, ó dziwo, po powrocie do domu ojciec znalazł nagraną na taśmę informację, że zemdlała na ulicy i że lekarz, który ją badał w izbie przyjęć obawia się porażenia termicznego, a może i udaru. Gdy przyjechaliśmy ją odwiedzić, leżała w szpitalnej sali bezwładnie, z kompresem na czole. Jednak szybko przyszła do siebie, a gdy wszyscy troje staliśmy nad jej łóżkiem, poprosiła zbornie i logicznie o jakąś lekką odzież. Zawsze zdaje mi się, że zmarznę... wyjaśniła, oddając na ręce matki ciepłą, czarną sukienkę z wełnianej żorżety. Nie patrzcie tak na mnie, dodała po chwili, jestem dostatecznie stara, żeby się ubierać jak chcę, a poza tym nie stało się nic złego i ci młodzi lekarze byli dla mnie naprawdę mili i sympatyczni.

Pozostała pośród sympatycznych lekarzy przez sześć lat. Czas tamtego upalnego popołudnia stanął i nie poruszył się naprzód nawet o krok, a babka płynęła w nim w kierunku swojej śmierci, utrwalona i niezmienna jak mucha w bursztynie. Lekarze nie zawsze byli mili i wiele razy chcieli się jej pozbyć, ale zawsze w ostatnim momencie ratował ją przed wypisem jakiś nowy objaw. Nie chciała nawet korzystać z przepustek, skarżąc się żałośnie, że nie ma dokąd pójść. Byliśmy wtedy wzywani na rozmowy, a lekarze nie kryjąc potępienia odwoływali się do naszej przyzwoitości i do podstawowych norm postępowania w rodzinie. Słuchaliśmy spuszczając głowy i z pokorą udawaliśmy skruchę. Jednak gdy przepustki były już zatwierdzone, babka zawsze dochodziła do wniosku, że musi zmienić zdanie. Jej własny dom był zbyt zagracony, zimny i ponury, nasz za to zbyt ciasny, tłoczny i pełen hałasu. Postanowiła pozostać tam gdzie jest i zewnętrzna perswazja była wobec tego postanowienia cudownie nieskuteczna. Raz tylko kazała zawrócić z drogi siedząc już w taksówce, a drugi raz użyła podstępu uciekając z powrotem na oddział podczas odbierania jej płaszcza ze szpitalnej szatni.

Pokochała szpital. Gdy pytałem ją o to wprost, odpowiadała skąpo i wykrętnie, ale było jasne, że koi ją i uspokaja przymusowa monotonia lekarskich wizyt, spotkań na korytarzu, leków i posiłków. Po raz pierwszy w życiu poddawała się im bez oporu, jakby rdzeń wewnętrznego buntu został w niej złamany i zgasł. Dlatego nie byliśmy zaskoczeni, gdy pewnego wieczoru zadzwoniła z prośbą o sprowadzenie notariusza. Czy mama źle się czuje? zapytał ojciec głosem, który lekko drżał. Nie, skądże, odparła rześko, przyszło mi jednak na myśl, że czas już najwyższy, by uzgodnić szczegóły przyzwoitego pogrzebu...

Było to przed rokiem. Potem przez wiele miesięcy czuła się znakomicie i oddział gastrologiczny przekazał nam nawet kolejne ultimatum dotyczące szybkiego wypisu. Zaczęła się wtedy skarżyć na zawroty głowy, a badanie neurologa ujawniło nieobecną dotąd patologię odruchów i zaburzenia czucia na skórze. Neurologia była jednak najsmutniejszym z oddziałów, dano jej łóżko na dużej sali, gdzie inni chorzy wpadali w śpiączkę, tracili przytomność i umierali co kilka dni. Działo się to dziwnie łatwo; przychodziłem w odwiedziny, spostrzegałem sąsiednie łóżko zasłane świeżą pościelą, a babka mówiła szeptem, że ktoś znów umarł nad ranem, w jednej z tych płynnych i niejasnych godzin przełomu, gdy kończy się noc i zaczyna dzień. W jej własnej relacji były to godziny wyjątkowo złe — stukały obcasy, rozstawiano parawan, sponad którego widać było tylko stelaż na kroplówki, stłumione głosy mówiły do siebie, a potem rozlegał się turkot wózka wywożącego ciało przykryte wstydliwie białym prześcieradłem. Bała się wtedy bardzo i z całych sił zaciskała oczy, jakby w obawie, że dojrzy gdzieś skradającą się wychudłą kobietę z kosą na ramieniu. Zaczęła się zmieniać. Zżerał ją smutek, drobna twarz o rysach ostrych jak u kamei zapadła się w głąb, a ciało, nawykłe do nocnego ruchu zmalało i skurczyło się niemal o połowę. Gdy którejś nocy umarła, tak cicho i szybko, że nie nadążono z rozstawianiem wokoło niej stelażu i parawanu, sprawiała wrażenie dziecka. Krąg zamknął się. Poza konnym pogrzebem ani ona ani my nie mieliśmy w jej sprawach już nic więcej do zrobienia.

Gdy wychodziliśmy z kościoła po zakończonej ceremonii, duszący żar spadł nam na głowy jak mokra szmata. Bliskość wieczoru nie dawała ulgi, przeciwnie, powietrze stawało się coraz gęstsze i czuło się wzbierającą gdzieś w oddali burzę. Ulice wciąż były puste, a na rdzawych chodnikach walały się śmieci i niedopałki papierosów. Zerwał się wiatr, puszka po piwie potoczyła się w naszą stronę i jej brzęk zabrzmiał jak perkusja. Maleńki kondukt formował się powoli.

Ludzi było bardzo niewielu, garstka; rozpoznałem kilku znajomych ojca i dwie spośród sąsiadek, u których kiedyś zamawialiśmy dla mamy obiady. Przyszedł stróż z parkingu, gdzie ojciec zostawiał samochód i jakaś znana mi tylko z widzenia emerytka, która pomogła mamie w pozbyciu się kotów. Ojciec wynajął też kilku ludzi z instrumentami, więc gdy ksiądz w czarnym stroju wyszedł z kościoła, konie drgnęły słysząc powolny, uroczysty marsz. Lando ruszyło. Wobec maleńkiej grupki ludzi wydawało się bardzo obszerne i aż nazbyt wspaniałe.

Szliśmy za nim krok za krokiem, ulicami wydrążonymi w bryle miasta jak rozpalone kaniony. Gdy po raz pierwszy usłyszałem to dziwne trrrach, byłem zbyt zaabsorbowany ciężarem własnych nóg, żeby zwracać na nie uwagę. Ale gdy dźwięk powtórzył się, pomyślałem, że to matka potknęła się o własne obcasy. Lecz nie, było to coś innego, dźwięk głuchy i nieokreślony, który przybył znikąd i rozpłynął się nie dając echa. Dostrzegłem, że ojciec również nadsłuchuje, ale zgodnie udaliśmy, że go nie słyszymy.

Lecz przy następnym grzmocie stało się jasne, że musimy się spieszyć. Bo to był grzmot, tym razem jeszcze bliższy, dochodzący jakby wprost z wnętrzności ziemi. Wciąż jeszcze wszystko odbywało się zgodnie z programem i byliśmy już bardzo blisko wejścia na cmentarz. Nasz kondukt mijał powoli halę sportową, rząd sklepów i dawne budynki uniwersyteckie, zbudowane z czerwonej cegły w brzydkim stylu neogotyckim. Te budynki wiązały się w mojej pamięci z babką, bo gdy byłem mały, prowadzała mnie na ławkę przy skwerze naprzeciw głównych drzwi i zezwalała bawić się swobodnie na łysym trawniku. Obserwowałem ją wtedy, zerkającą pilnie na ludzi wchodzących i wychodzących, którzy poruszali się z pośpiechem, jak na niemym filmie. Wielu z nich to sławy, mówiła do mnie szeptem, o, patrz, to ten pisarz, podróżnik, geolog... Nie wiem skąd ich znała. Nie obchodzili mnie. Patrzyłem tylko na nią, nareszcie ożywioną i zainteresowaną, siedzącą na ławeczce plecami do krawężnika i do rozwidlenia dróg.

I znów mijaliśmy to samo rozwidlenie dróg. Jedna prowadzi wprost na cmentarz, a druga, szeroka i prosta, odrywa się od miasta biegnąc ku dalekim wzgórzom. Gdzieś pośród tych wzgórz leży stadnina i czułem, że konie poznały szeroki i wznoszący się horyzont. Zastrzygły uszami, a prowadzący je chłopiec zapanował nad gwałtownym ruchem ich głów. Gdy spadły na ziemię pierwsze krople deszczu, mieliśmy wprost przed sobą bramę wjazdową, cienistą alejkę za murem i gdzieś na jej końcu kamienną płytę, pod którą czekał na babkę jej mąż. „Tak przemija chwała świata...” zaintonował smutny głos księdza. I wtedy nagle wszystko zaczęło toczyć się jak lawina.

Deszcz, który lunął, był gęsty i przezroczysty jak ściana ze szkła. Jego intensywność od razu przekroczyła wszelkie granice i w ciągu kilku sekund rozpętał się ponad naszymi głowami prawdziwy cyklon. W kaskadach wody lejącej się z nieba było coś histerycznego, jakiś naturalny choć trudny do uwierzenia szał i płacz. W jednej chwili ubrania mieliśmy przemoczone na wylot i ociekające wodą, a biedne konie zarżały, chcąc koniecznie cofnąć się. Ich oczy były przerażone, zmoknięte grzywy wyglądały po prostu żałośnie, a gdy uderzył pierwszy piorun, chłopiec, który je prowadził musiał ciągnąć uzdy ze wszystkich sił. Sytuacja z każdą minutą stawała się coraz trudniejsza. Ulewa nie tylko nie słabła, ale jeszcze przybierała na sile, a pomruk grzmotu objął swoim echem cały horyzont. Grupka żałobników rozpierzchła się natychmiast pomiędzy daszkami przycmentarnych kiosków i nawet ksiądz, niepewny co robić, dał zgrabnego susa pod wystający z muru okap. Kiwał do nas stamtąd otoczony zieloną aureolą bluszczu, z której strużki wody tryskały jak fontanny. Tylko my czworo, ojciec, mama, chłopiec od koni i ja, byliśmy zmuszeni wlec się przed siebie, ledwie widząc zza ściany deszczu bramę otwartą szeroko na nasze przyjęcie. Słyszałem jak mama jęczy cichutko, potykając się na podjeździe ułożonym z brukowej kostki. Włosy spięte z tyłu w klasyczny węzeł opadły pod ciężarem wody i leżały jej na ramionach, a mały, czarny kapelusik przekrzywił się i zwisał ponad lewym uchem. Nie poprawiała go, trzymając się kurczowo mojego ramienia i pomyślałem, że chyba będę miał w tym miejscu siniec, gdy wtem pomruk burzy nasilił się jeszcze bardziej i tuż ponad głowami zobaczyliśmy błyskawicę, po której nastąpił ogłuszający grzmot.

Tym razem konie przestraszyły się jeszcze bardziej i ojciec musiał rzucić się na pomoc chłopcu trzymającemu uzdy. Obaj wyglądali jak postacie klownów, byli przemoczeni do nitki, oblepieni ziemią i błotem. Przez chwilę szamotali się gwałtownie i już, już, zdawało się, że dadzą sobie radę, gdy wtem piorun strzelił po raz trzeci. Wtedy, w jednym mgnieniu, spełniło się wszystko naraz: fatum, gniew nieba, pech i czarny żart. Mama krzyknęła ooch... i jeszcze raz ooch, ooch, ale było już za późno. Konie poniosły. Nie zdążyłem uchwycić sekundy, w której się to stało, i zobaczyłem je od razu jakby w locie, bo był to prawdziwy lot przez burzę, przez krzyk i przez powietrze. Lando z trumną mknęło za nimi jak dziecinna zabawka, coraz mniejsze i coraz gorzej trzymające się powierzchni ziemi. Straciliśmy nad nim wszelką kontrolę i staliśmy osłupiali w potokach wody, nie wiedząc, co robić. Lecz nie pozostało już nic do zrobienia, bo nagle na naszych oczach lando oderwało się od zaprzęgu i trumna od landa, a konie, nareszcie uwolnione, galopowały pustą i pochyłą ulicą w stronę wzgórz. Aż wreszcie zlały się w jeden ruchomy punkt i zmieniły w uciekającego ku niebu Pegaza...

Czasem zamykam oczy i znów widzę to wszystko bardzo dokładnie. Znów leje deszcz, ludzie krzyczą histerycznie, strzaskana trumna osiada na jednym, a szczątki landa na drugim chodniku, niebo jest niemal czarne, a miasto wygląda jak Toledo El Greca podczas mistycznej wizji burzy. Ale jednak zawsze najważniejsze są konie zbite w jeden, odlatujący punkt. Wybijają kopytami rytm zwariowanej rumby albo charlestona i w panice ucieczki porywają ze sobą duszę tej, której ciało leży porzucone na mokrym chodniku. W ten sposób po wielu, wielu latach spełnia się przepowiednia i dusza babki, czy wreszcie zadowolona?, odchodzi w zaświaty. Dokonuje tego w tajemniczej a przecież niezaprzeczalnej zgodzie z przeznaczeniem, które rozumie ją równie dobrze, a może nawet lepiej niż my, i dlatego litościwie dostarcza na ostatnią drogę niezbędnych rekwizytów — burzy, werbla gromu i światła błyskawic. Babka po raz pierwszy może wykorzystać je aż do dna. I robi to. Jej dusza, za życia spragniona przygód, opuszcza ziemski padół tak właśnie, jak powinna.

Anna Potoczek

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas