poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Money, Money
DL 1994, nr 12/13 (95/96)
A. Czechow, Wiśniowy Sad.
Przekład: Olga Kamianaja. Reżyseria: Mikołaj Grabowski. Scenografia:
Jacek Ukleja. Muzyka: Józef Rychlik. Układ tańców: Tomasz Gołębiowski.

Teatr im. Juliusza Słowackiego, Kraków.

Premiera: 14.05.1994.



Na plakacie anonsującym najnowszą premierę Teatru im. Juliusza Słowackiego — kopiejki i ruble. Na okładce programu także. W programie reżyser przedstawienia, Mikołaj Grabowski, wyznaje, iż „pieniądze niszczą przez ich brak, ale mogą też tworzyć, gdy ktoś je ma”. Aktorzy na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego grają farsę o tym, że trudno jest pożyczyć pieniądze, bo nikt pieniędzy nie ma, a jeśli ma, to nie pożycza. Aktorzy Teatru im. Juliusza Słowackiego grają czarną komedię. Postaci tej komedii muszą jeść mleczną zupę i karmić służbę grochem. Mimo to szastają pieniędzmi, których nie umieją zarobić. Widzom oszczędzono widoku kulinarnych męczarni bohaterów, za to muszą patrzeć jak wątła, na czarno odziana panienka wynosi i wnosi ciężkie sprzęty, co jest znakiem nie tylko teatralnej umowności, ale i ekonomicznego upadku rodziny zbyt staroświeckiej i za mało inteligentnej na to, aby mogła wziąć swoje życie we własne ręce.

Najgorsze zaś jest to, że stetryczała rodzina, mająca nadal arystokratyczne pretensje, nie słucha doradcy ekonomicznego, rzutkiego chłopa-biznesmena, zalecającego parcelację gruntów i założenie na miejscu ziemiańskiej posiadłości czegoś w rodzaju przedsiębiorstwa specjalizującego się w organizacji wczasów pod gruszą. Doradca twierdzi, że wystarczy tylko wyciąć niemodny i nierentowny wiśniowy sad. Nie zgadza się na to właścicielka majątku, idiotka i kabotynka, oraz jej brat, rozgadany półgłówek i hazardowy bilardzista. A pora na działanie jest najwyższa, bo córeczką właścicielki zajął się właśnie pewien „oblazły” student-demagog. Wygłasza on płomienne mowy antyinteligenckie i wzbudza w dziewczynie kompleks winy za grzechy przodków, którzy żyli na cudzy rachunek. Rewolucja wisi więc w powietrzu, choć młoda panna pięknie mówi o potrzebie pracy, a starawy młodzieniec o odkupieniu przeszłości.

Tu aktorzy Teatru im. Juliusza Słowackiego, którzy grają współczesną, niesentymentalną wersję Wiśniowego sadu Czechowa, mają wątpliwości. Bo niby znają jak zły szeląg — przepraszam, rubel — takich odkupicieli i gotowi są ich ośmieszyć, lecz tworzą obraz tak bezmyślnych i niesympatycznych bohaterów, że — mimo woli — widz racje owego reformatora-rewolucjonisty podziela. W tym majątku rewolucja jest nieunikniona, więc wyleniały student raz jest natchnionym moralistą, a raz niebezpiecznym demagogiem. Raz ma rację, a raz jej nie ma.

Już od pierwszego aktu wiemy z całą pewnością, że ten świat skrzywdzi sklerotycznego staruszka, wiernego sługę, co wprawdzie niczego już nie rozumie, ale kocha swoich państwa. Zapomną o nim i ci, co chcą nowego, pełnego pracy życia, i ci, którzy — tak jak właścicielka wiśniowego sadu, Raniewska — powracają do starych nawyków i nałogów. Wszystko w tym świecie jest robione na pokaz: radość powrotu do starych kątów jest zagrana równie fałszywie, jak żal nad na zawsze pożegnaną przeszłością. Ten Wiśniowy sad reżyserowany jest tak, jak można by reżyserować dla Miłego grosza. Albo tak, jak adaptacja Eugenii Grandet w czasach stalinowskich. Aktorzy i reżyser dzielą postaci na takie, które mają pieniądze, i na takie, które ich nie mają. Na bankrutów i dorobkiewiczów. Pieniądz określa bez reszty ich świadomość, ich czyny. Nie mają dla nas i dla siebie żadnych tajemnic. Cierpią, bo brak im pieniędzy; cieszą się, bo je zdobyli. Miłość jest towarem i ma swoją cenę. Ta Raniewskiej kosztuje dom w Mentonie i piętnaście tysięcy rubli od babci, które Raniewska wyda na kochanka. Na miłość Warii nie ma czasu, bo konkurent, Łopachin, zajęty jest zdobywaniem majątku. Życie lokaja Firsa, pozostawionego przez nieuwagę w opustoszałym domu, jest mniej warte niż wszystkie rzeczy, jakie właściciele-bankruci zdołali zabrać, Łopachin kupił majątek, bo wie, że może się na nim dorobić. Za cenę tego majątku może wyleczyć się z kompleksu dziecka pańszczyźnianego chłopa. Ale majątek oznacza dla tego trzeźwego i twardego biznesmena po prostu dobry interes. On umie takie robić i w gruncie rzeczy nawet własne kompleksy go nie interesują. Heroina tanich romansów, Raniewska, i jej brat bilardzista grzebią idiotycznie w swoich małych duszyczkach i dlatego nie udają się im żadne kombinacje finansowe. Zostaną więc przez umiejącego dobrze liczyć ducha czasu skazani na zagładę.

Oczywiście można uznać, że Wiśniowy sad jest sztuką o ekonomii. Gorzej, jeśli oprócz ekonomicznych wątków nie sposób doszukać się w niej żadnej innej interpretacji ludzkiego losu. Za zgodą i podszeptem reżysera, aktorzy grają postaci sentymentalnych, śmiesznych głupców, bezradnych nie wobec życia, a wobec twardych praw dyktowanych przez pieniądz. Są umiarkowanie zabawni i umiarkowanie smutni. Bezbrzeżnie nudni, prymitywnie kompromitują się wzajemnie i dokonują wobec siebie samosądów. Ich grzechy są płaskie i nijakie, polegają na celebrowaniu siebie i braku wyobraźni.

Raniewska, na przykład, jest czule zakochana w sobie. Uważa, że bardzo jej do twarzy ze świadomością swoich grzechów. Jasza i Jepichodow to dwa durnie, z tym że ten pierwszy cierpi na manię wyższości, ten drugi — niższości. Gajew specjalizuje się w wygłaszaniu idiotycznych mów na temat wartości. Waria to stetryczała stara panna, marząca o pielgrzymkach.

Okazuje się w końcu, że najciekawszym, najbardziej tajemniczym i ludzkim bohaterem Wiśniowego sadu jest korpulentny, wiecznie śpieszący się, spocony Piszczyk Tomasza Międzika. Ten namolny żebrak zdołał oszukać fortunę i oszołomiony swym sukcesem w euforycznym podnieceniu spłaca swoje długi tak, jak we śnie, w transie. Jego euforia nie ma granic i zabawnie kontrastuje z mizernością owego sukcesu finansowego. Cień oryginalności i niezwykłości udało się nadać Dorocie Godzic — Warii. To jedyna postać, która nie mówi o pracy, lecz pracuje; nie mówi o miłości, lecz z rezygnacją kocha. Sztywna, surowa, ma w sobie, zwłaszcza w początkowych scenach, jakiś zdrowy bunt, rezygnację i jednocześnie niezgodę na ten świat trywialnych ludzi, wśród których przyszło jej żyć. Opanowana i wylewna, nosi w sobie dwuznaczność: trudno ją wyśmiać, trudno zaakceptować.

Wszystkie postaci tego przedstawienia umierają na oczywistość i małość. Nie czują, grają uczucia. Wiemy o nich wszystko, bo aktorzy w panicznym lęku przed czechowowskimi nastrojami sprowadzają dramat i komedię ich życia do rysów tak prostych, aby udało się z nich uczynić aluzję do nas samych. Myślę, że jest to uproszczenie i nadużycie.

Małgorzata Ruda

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas