poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA MILANOWSKA
,,Wesele” jedzie! Z Wiener Neustadt do Krakowa
DL 1994, nr 12/13 (95/96)
,,Szanowny, Drogi Panie Profesorze!

Cieszę się bardzo, że dane mi było wziąć udział w uroczystości szkolnej w 1994 r. w Stadttheater. Mówiąc dokładniej, w sztuce teatralnej Wesele, w której grałem Jaśka. Na pierwszych próbach nie miałem zupełnie pojęcia, co przedstawia ta osoba i o co chodzi w tekście. Potem stopniowo pojmowałem tekst i zaczynałem rozumieć rolę, jaką miałem do odegrania w dwóch scenach tej sztuki. Moim zdaniem najlepszą sceną była scena ostatnia. Miałem tam za zadanie zadąć w Złoty Róg, który jednak w trakcie podróży zgubiłem. Doprowadziłem tym do zguby całego narodu.

Przed pierwszym przedstawieniem byłem bardzo zdenerwowany. Kiedy jednak tytko stanąłem na scenie, wszystko poszło jak z płatka, wczułem się bowiem w ! 'tuację Jaśka i miałem przez to wrażenie, że to wszystko jest rzeczywistością. Na początku, a więc podczas pierwszych prób, wątpiłem, czy w ogóle damy radę. Tym większą niespodzianką był sukces premiery”.

(Martin Ringhofer, Wydział Elektroniki)



„Jestem bardzo szczęśliwa, że nasz wieczór teatralny zakończył się takim sukcesem. Było to dla mnie rzeczywiście szczególnego rodzaju przeżycie, zagrać Pannę Młodą w Weselu. (...) Moja rola bardzo mi się podobała. Poznałam przez nią obyczaje i zwyczaje obcej kultury, która przecież nie jest tak bardzo od nas odległa. Bardzo cieszę się na Kraków, gdzie będę miała okazję sama poznać ludzi i kraj, w którym historycznie się to wesele odbyło”.

(Bettina Konecek, Wydział Budownictwa Nadziemnego)



„Myślę, że sama sztuka jest w zasadzie bardzo dobra. Jest ona tylko, jeśli nie zna się tła, trochę zbyt trudna do zrozumienia. Za pomocą efektów świetlnych Pan Profesor potrafił jednak znakomicie przedstawić kontrasty między marzeniem a rzeczywistością.

Ja sam, który grałem tylko małą rólkę muzykanta wiejskiego, nie byłem prawdopodobnie w stanie wczuć się w materię sztuki tak, jak ci, którzy grali główne role. Myślę jednak, iż bardzo ważną rzeczą jest grać w szkołach sztuki o wyższych duchowych aspiracjach”.

(Bernhard Lechner, Wydział Elektrotechniki).



W gabinecie dyrektora Federalnej Wyższej Szkoły Technicznej, Höhere Technische Bundes- Lehr- und Versuchsanstalt, w Wiener Neustadt wisi na ścianie Stańczyk. Pomniejszona reprodukcja Matejkowskiego obrazu, w pięknych złoconych ramach, na honorowym miejscu w dyrektorskim gabinecie. Dyrektor otrzymał ją w darze od swoich uczniów. Oprawili ją w szkolnych warsztatach w stylizowane ramy i przyodziani w krakowskie stroje, uroczyście wręczyli dyrektorowi. Za to, że zezwolił, że popierał tę ich teatralną przygodę i na jej wieczną pamiątkę.

„Kto mnie wołał, czego chciał”, zabrzmiało ponownie w Austrii ze sceny chochołowe pytanie. W pytaniu tym — pisał rok temu jeden z recenzentów po wystawieniu Wesela w reż. Andrzeja Wajdy przez Salzburger Festspiele — zawiera się już sedno sprawy, pociągając za sobą pytanie następne: Kto i po co sprowadził tę sztukę do Salzburga? „Dla Polaków to jest dramat. Dla nas pozostanie egzotyką”, pisała „Frankfurter Allgemeine” (29.7.1992).

I oto młodzież, generacja „wychowana na symulakach”, „komputerowi racjonaliści”, których zadaniem powinno być rozprzestrzenianie wizji sztucznego, pozbawionego prawdziwych emocji świata, wywołali w Austrii ponownie tradycyjne polskie duchy. W prostych dekoracjach, w jasnobłękitnej chacie albo bardziej szopie, lub też szopce krytej strzechą, ze stojącą przy niej ławką pod drzewem z więdnącymi już liśćmi, rozegrał się polski dramat narodowy. Rozegrał się on w pięknych, profesjonalnych efektach świetlnych, od sinej poświaty towarzyszącej wejściu Chochoła, aż po wyblakłe kolory starej fotografii w scenie finalnej, przechodzące w końcu w srebrno-trupią niesamowitość.

„Przyszli inżynierowie i panie inżynier”, jak zwracał się do nich ze sceny w dzień premiery dyrektor, młodzi technicy, zwani w Austrii bardziej uszczypliwie niż pieszczotliwie „Fachidioten”, wystawili ,,Wesele” — trudne i uchodzące za nieprzystępne dla obcych dzieło nie znanego tu „galicyjskiego pisarza”. Wystawili je z okazji nie byle jakiej, z okazji 800-lecia miasta Wiener Neustadt. Położone w Dolnej Austrii, oddalone o 40 km na południe od stołecznego Wiednia, malownicze, bogate w zabytki architektury ponad 40-tysięczne miasto ma urozmaiconą historię. Arcyksiąże Leopold V Babenberg, doceniając dogodne położenie strategiczne okolicy, założył tu w 1194 roku „nova civitas”. „Nowe miasto” rozkwitało. W 1277 r. zostały mu nadane prawa miejskie. Spośród licznych wydarzeń historycznych związanych z Wiener Neustadt, szczególnie dwa zasługują na wymienienie: w 1752 roku z inicjatywy cesarzowej Marii Teresy, w zamku w Wiener Neustadt został założony „Adeliges Kadettenhaus”, „Thereasianische Militarakademie”, czyli Tereziańska Akademia Wojskowa. Najważniejszy ośrodek militarny monarchii austriackiej, kształcący oficerów (kształcący ich do dziś), a jednocześnie najstarsza tego rodzaju szkoła wyższa na świecie. Innym wydarzeniem, którego nie zapomni Wiener Neustadt jest fakt, że to właśnie tu zostało po raz pierwszy odegrane — w 1792 roku — „Requiem”, ostatnie muzyczne arcydzieło Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Dyrektor szkoły dr Herbert Schwarzer od początku popierał ten ambitny projekt teatralny, ze względów pedagogicznych, kulturalnych, europejskich wreszcie. Kostiumy zostały wypożyczone bezinteresownie przez krakowskie teatry, Teatr Miejski im. Juliusza Słowackiego i Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej. Przywiózł te kostiumy do Wiener Neustadt osobiście mikrobusem Tadeusz Krzeszowiak, reżyser i dusza całej imprezy. Dopiero kiedy je młodzież austriacka nałożyła — był to grudzień 1993 — uwierzyła naprawdę w to teatralne przedsięwzięcie.

3 marca 1994 r. widzowie Stadttheater w Wiener Neustadt mieli dwukrotnie okazję zapoznać się z teatralnym dziełem „dalekiej, dumnej, samokrytycznej kultury fin-de-siècle'u, gdzieś w całkiem zapadłej części Europy”, jak pisał w „Die Presse” z 29.07.1992 roku renomowany krytyk wiedeński Hans Haider po austriackiej prapremierze ,,Wesela” w reż. Andrzeja Wajdy. Losowi na przekór i wbrew obiegowym opiniom, techniczna młodzież zachwyciła się sztuką, dała się jej porwać i chciała ją zagrać. Nie obeszło się, rzecz prosta, bez pedagoga, który „sam płonąc”, potrafił porwać i młodych. Jest nim wspomniany już Tadeusz Krzeszowiak, doktor nauk technicznych Politechniki Poznańskiej i Technicznego Uniwersytetu Wiedeńskiego, wykładowca gościnny teatrologii na Uniwersytecie Wiedeńskim, i, co rzadko się zdarza, naukowiec i praktyk: od wielu już lat reżyser światła w największych musicalach w znanych wiedeńskich teatrach: w Theater an der Wien, w Theater Ronacher i w Raimund Theater, ale także, wśród wielu innych zajęć, m.in. również wykładowca w Szkole.

Po półrocznej pracy nad tekstem ,,Wesela”, po skróceniu I i III aktu, 105 scen do 31 scen, ale z zachowaniem wszystkich zjaw, czyli 7 ról, z gotową już propozycją przedstawienia w jednym akcie, Tadeusz Krzeszowiak udał się do dyrektora szkoły. Że z okazji 800-lecia miasta można było wystawić sztukę np. Franza Grillparzera, narodowego pisarza austriackiego? Oczywiście, można było. Ale wystawiono Wyspiańskiego. Młodzież przychodziła na próby w przerwie międzysemestralnej; ćwiczyli w nieopalanej szkole, sami zrobili wszystko: byli aktorami, troszczyli się o oprawę muzyczną (muzyka klasyczna i ludowa) i plastyczną, oświetlenie. Efekty dźwiękowe, technika sceny, to wszystko dzieło samych uczniów. Dekoracje i rekwizyty również wykonane zostały w warsztatach specjalistycznych szkoły podczas zajęć praktycznych. Zaangażowanie całego zespołu było ogromne, najbardziej jednak tych, którzy grali zjawy. Duchy, przybysze z innego świata, historycznie im nie znane, zafascynowały młodą, wrażliwą wyobraźnię. Dla nich te duchy nie były „obce”.

Doceniła ich wysiłek Ambasada Polska w Wiedniu. W serdecznym geście ambasador Rzeczypospolitej Polskiej, prof. Władysław Bartoszewski wraz z panią konsul, Janiną Kumaniecką zaprosili 60-osobową grupę młodzieży z Wiener Neustadt wraz z ich profesorem do swej rezydencji na spotkanie. Przyjechali do Wiednia autokarem, z prezentami, odświętni, część z nich w weselnych strojach krakowskich. A z Wawelskiego Grodu nadeszło zaproszenie na Festiwal Krakowski.

Austriackie władze, ze względów historycznych i geograficznych tradycyjnie już zainteresowane utrzymaniem roli pomostu między „Wschodem i Zachodem”, natychmiast dostrzegły nie tylko kulturalny i pedagogiczny aspekt tego szkolnego wydarzenia teatralnego, lecz również jego wkład w to, co wytartym już zwrotem zwykliśmy określać jako zbliżenie między narodami. Budzące tym większą nadzieję na przyszłość, że biorące początek już na szkolnej ławie. Austriackie Ministerstwo Nauki i Sztuki z życzliwością wyasygnowało więc środki na przejazd 60-osobowego zespołu. Pomoc okazały również rząd Dolnej Austrii, Austriacki Serwis Kultury i Związek Elektryków Austriackich, dumny z młodych inżynierów.

Młodzi austriaccy goście prawdopodobnie niezbyt świadomi są jeszcze faktu, że tak oto, bez protokołów dyplomatycznych i umów państwowych, przy ich udziale powstają najtrwalsze podwaliny domu, już teraz zwanego wspólną Europą. Bo aby żyć pod wspólnym dachem, trzeba się rozumieć, a żeby się zrozumieć, trzeba się wzajemnie poznać. Dotyczyć to musi także pozornie hermetycznych mitów i legend, rozległego świata wyobraźni sąsiadujących ze sobą narodów.

Anna Milanowska
Wiedeń, maj 1994

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas