poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Co nowego w prasie [DL 1994, nr 12/13 (95/96)]


„»Polska szkoła filmowa« jest jednym z nielicznych zjawisk kultury PRL, których wartość nie bywa podważana” zauważa Tadeusz Lubelski w 25 nrze „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” i tym stwierdzeniem rozpoczyna rozważania, czy polski film może dziś powtórzyć swe sukcesy artystyczne sprzed kilkudziesięciu lat i czy możliwe jest, by odgrywał taką rolę, jaką ongiś pełnił.

Pytania te nurtują nie tylko koneserów kina. Dla ludzi w wieku „średnim i powyżej” film (oglądany w kinie, nie w telewizorze) był najczęstszą formą kontaktu z twórczością artystyczną, powszechniejszą nawet niż lektura, zwłaszcza literatury współczesnej. Młodzież dojrzewająca w PRL odczuwała zmiany w „polityce kulturalnej” przede wszystkim poprzez kino: do r. 1949 Polska sprowadzała mnóstwo filmów zachodnich, zresztą o różnym poziomie artystycznym. W latach 1950—53 na ekranach królowała niemal wyłącznie słuszna ideologicznie produkcja bloku państw miłujących pokój. Zaczęło się to zmieniać jeszcze przed Październikiem, a po tej dacie szeroką falą wlał się do kin wartościowy dorobek światowego filmu, do którego wkrótce dołączyły dzieła polskich autorów. Te filmy należały do głównych elementów edukacji kulturalnej wielu roczników Polaków, kształtowały ich świadomość i wrażliwość estetyczną.

Twórczość polskich filmowców, symbolizowana przede wszystkim nazwiskami Wajdy, Munka, Kutza, ale przecież budowana przez znacznie liczniejszą grupę artystów, przyczyniła się w znacznym stopniu do poprawy patriotycznego samopoczucia Polaków. Był to swego rodzaju paradoks, gdyż część krytyki zarzucała niektórym filmom, zwłaszcza Wajdy i Munka, szarganie narodowych świętości, wyszydzanie patriotycznych tradycji itd. I choć sporo widzów, zwłaszcza starszych, podzielało ten punkt widzenia (lub dawało go sobie wmówić) to jednak dominowała świadomość, że mamy naprawdę dobre kino, którym możemy pochwalić się za granicą. W owym czasie polska kultura była znacznie mniej znana w świecie niż np. w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, działalność znakomitych twórców polskiego teatru, muzyki, plastyki w epoce wczesnego Gomułki ciągle jeszcze ograniczała się głównie do sal krajowych. Wiedzieliśmy, że kultura jest naszą „mocną stroną”, byliśmy z niej dumni, ale na zewnątrz potwierdzał to przede wszystkim film, i koncertujący muzycy (a także wielkie zespoły folklorystyczne, dziś już po trosze zapomniane).

Otóż T. Lubelski uważa, że powtórzenie przez nasze kino tych sukcesów, a zwłaszcza tej wieloznacznej roli, jaką pełniło ono przed np. 30 laty, jest już niemożliwe. I wskazuje na splot okoliczności, jakie umożliwiły powstanie „polskiej szkoły filmowej” i zadecydowały o jej społecznym rezonansie: wyjątkowość sytuacji historycznej — bezpośrednio po doświadczeniach stalinizmu, z żywą jeszcze pamięcią przeszłości wojennej i międzywojennej; zderzenie krytycznej wobec aktualnej rzeczywistości pasji autorów z cenzurą, co powodowało konieczność tematycznego „przełożenia” na problematykę bliższej lub dalszej przeszłości; zachłyśnięcie się, po okresie jałowego socrealizmu, możliwościami korzystania z różnych propozycji formalnych nowoczesnej sztuki filmowej.

,,Dziś natomiast — podsumowuje autor — w miejsce wielkiego komunikacyjnego niedosytu tamtej epoki mamy chłód ograniczonego zainteresowania. Brakuje już tego zaplecza polskiego kodu patriotycznego, do którego wystarczyło sięgnąć, by wciągnąć publiczność w poufnie-namiętny dialog. Nie ma (w tym stopniu przynajmniej) tematycznych tabu, które prowokowały, by je przekraczać. Nie ma zakazanych tematów współczesnych, poruszanych zastępczo przez cofanie się do przeszłości. Nie ma wreszcie nie wykorzystanej rezerwy stylistycznych inspiracji...”

Diagnoza T. Lubelskiego zapewne da się w jakimś stopniu zastosować także do innych dziedzin twórczości, przede wszystkim do literatury. Co się zaś tyczy filmu, to do okoliczności wymienionych przez autora omawianego artykułu dodajmy i tę zgoła trywialną: kino stało się niemodne. Nie oznacza już najczęstszej formy kontaktu ze sztuką, nie wywołuje powszechnych emocji. Wystarczy porównać liczby czynnych kiedyś i dziś sal kinowych i statystyki widzów. Film schodzi do roli przypadkowego składnika programów telewizyjnych i prymitywnej rozrywki masowo dostępnej na kasetach. Poważnie traktują film jeszcze tylko profesjonaliści lub nostalgiczni weterani minionych epok kulturalnych.

J.L.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas