poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANTONIO MUÑOZ DE MOLINA
Zimą w Lizbonie (fragment)
DL 1994, nr 11 (94)
Antonio Muñoz Molina (ur. 1956), z wykształcenia dziennikarz i historyk sztuki, karierę literacką rozpoczął wydaniem dwóch książek, w których zebrał swoje artykuły prasowe: ,,El Robinson urbano” (1984) (,,Miejski Robinson”) i ,,Diario de Nautilus” (1986) (,,Dziennik pokładowy Nautilusa”). W roku 1986 opublikował swoją pierwszą powieść ,,Beatus Ule”, która została wyróżniona Literacką Nagrodą Ikara. Rok później ukazała się kolejna powieść: ,,El invierno en Lisboa” (,,Zimą w Lizbonie”), bestseller, który otrzymał Nagrodę Krytyki i hiszpańską Narodową Nagrodę Literacką, oraz doczekał się adaptacji filmowej. Dzięki tej powieści stał się jednym z najwybitniejszych pisarzy hiszpańskich ostatnich lat, a pozycję tę umocniły publikacje powieści ,,Beltenebros” (1989) i ,,El jinete polaco” (1991) (,,Lisowczyk” nagrodzony prestiżową w Hiszpanii nagrodą Planeta). W 1993 roku został wydany zbiór esejów na temat pracy pisarza pt. ,,La realidad de la ficcion” (,,Realność fikcji)”. W tym samym roku również wyszedł zbiór opowiadań pisanych w latach 1983-93, ,,Nada del otro mundo” (,,Całkiem z tego świata”).



Rozdział VIII

W tej historii prawie jedyne, co się zdarza, to nazwy i imiona: nazwa Lizbony i imię Lukrecji, tytuł tej mglistej piosenki, którą jeszcze słyszę. Imiona i nazwy, jak muzyka, powiedział mi raz Biralbo z mądrością trzeciego albo czwartego ginu, wyrywają czasowi istoty i miejsca, do których się odnoszą, ustanawiają czas teraźniejszy posługując się jedynie tajemnicą ich dźwięków. Dlatego mógł skomponować piosenkę, nie będąc nigdy w Lizbonie: miasto istniało, zanim je zobaczył, tak jak istnieje teraz dla mnie, choć nigdy go nie widziałem, w tonacji różu i ochry w południe, lekko przymglone na tle blasku morza, pachnące sylabami, Lizbona, jak mroczny oddech, tonacją imienia Lukrecji. Ale nawet imion trzeba się pozbyć, stwierdził Biralbo, bo także w nich tkwi ukryta możliwość pamięci i trzeba wyrwać ją całą, żeby móc żyć, mówił, żeby wyjść z domu i iść na kawę, jak gdyby się żyło naprawdę.

Ale to było to drugie, czego dopiero zaczął się uczyć po powrocie Lukrecji, po owym powolnym wieczorze słów i alkoholu, w czasie którego nagle zrozumiał, że stracił wszystko, że zostało mu odebrane prawo do zachowania w pamięci tego, co już nie istnieje. Pili w ustronnych barach, w tych samych, gdzie chodzili przed trzema laty, żeby skryć się przed Malcolmem, a gin i białe wino pozwoliły im zagrać na nowo dawną grę udawania i ironii, słów wypowiadanych, jakby nie zostały wypowiedziane i milczenia, które pękało od jednego tylko spojrzenia albo równocześnie zaistniałego pomysłu, wzbudzając śmiech i wdzięczność Lukrecji, kiedy szła uczepiona prawie małżeńsko ramienia Biralba, albo patrzyła na niego bez słowa, stojąc przy barze. Śmiech ratował ich zawsze: elegancja samobójców, by śmiać się z siebie samych, wzajemna i solidarna maska rozpaczy, podwójnego strachu, w którym każde z nich było nieskończenie samo, skazane na przegranie. (...)

(...) — Chodźmy do „Lady Bird”. Chcę, żebyś zagrał tę piosenkę, ,,Wszystko czym jesteś.” ,,All the things you are”.

O drugiej w nocy taksówka zostawiła ich przed drzwiami „Lady Bird”. Było zamknięte, oczywiście, Floro Bloom i ja wyszliśmy o pierwszej, czekając na próżno, że nadejdzie Biralbo. Może także Lukrecja dała się wciągnąć w szantaż czasu. Stała nieruchomo na chodniku i chroniąc się w podniesione klapy niebieskiej kurtki przed wilgocią i mżawką, prosiła Biralba, żeby przez parę minut trzymał zapalony neon szyldu, który barwił zmieniającymi się kolorami, różowym i niebieskim, mokry chodnik, jej twarz, bledszą w światłach nocy. W ciemności w „Lady Bird” czuć było garażem, piwnicą i dymem papierosowym. Bezkarnie przedłużali zabawę w przeszłość jakby na scenie pustego teatru. Biralbo podał whisky, ustawił właściwie światła, popatrzył na Lukrecję z podium, od pianina: jakby oczyszczone z nalotu wspomnień, wszystko toczyło się w sposób konkretny i abstrakcyjny, on miał grać i ona, jak w inne, dawne wieczory, stanęła przy barze, żeby go słuchać, ze szklanką w dłoni, ale nie było nikogo więcej, jak w zniekształconym wspomnieniu sennym. Ponieważ urodzili się, żeby uciekać, zawsze kochali filmy, muzykę, obce miasta. Lukrecja oparła się łokciem o ladę baru, skosztowała whisky i powiedziała, śmiejąc się z samej siebie i z Biralba i z tego, co właśnie miała powiedzieć, i kochając go ponad wszystko.

— Zagraj jeszcze raz. Zagraj jeszcze raz dla mnie.

— Sam... — rzekł, balansując na granicy śmiechu, gotów do podjęcia gry. Samtiago Biralbo.

Czuł chłód w palcach, wypił tyle, że szybkość muzyki skazywała mu w wyobraźni ręce na odrętwiałość, podobną do strachu. Na klawiaturze, wyłaniając się z wypolerowanej czarnej powierzchni, dwie dłonie, same i poruszające się automatycznie, należały do innego, do nikogo. Zaryzykował niepewnie kilka dźwięków, ale nie miał czasu naszkicować całej melodii. Ze szklanką w ręce Lukrecja zbliżała się do niego, wyższa, idąc wolno na wysokich obcasach.

— Zawsze grałem dla ciebie — rzekł Biralbo. — Nawet wtedy, kiedyśmy się jeszcze nie znali. Także wtedy, kiedy mieszkałaś w Berlinie i byłem pewny, że nie wrócisz. Muzyka, którą gram, nic dla mnie nie znaczy, jeśli ty jej nie słyszysz.

— Takie jest twoje przeznaczenie. — Lukrecja stała przed podium, mocna i daleka, zaledwie krok od Biralba. — Ja jestem tylko pretekstem.

Przymykając oczy, by nie zaakceptować strasznej prawdy, którą ujrzał w jej wzroku, podjął na nowo początek tej melodii ,,Wszystko czym jesteś”, jakby muzyka mogła go jeszcze ochronić albo ocalić. Ale Lukrecja mówiła dalej, podeszła jeszcze bliżej, poprosiła, żeby chwilę zaczekał. Spokojnym ruchem położyła dłoń na klawiaturze i poprosiła, by na nią spojrzał.

— Nie popatrzyłeś na mnie jeszcze — powiedziała. — Nie chcesz jeszcze na mnie popatrzeć.

— Nic innego nie robię, od kiedy do mnie zadzwoniłaś. Zanim cię zobaczyłem, już cię widziałem w wyobraźni.

— Nie chcę, żebyś mnie sobie wyobrażał. — Lukrecja włożyła papierosa do ust i zapaliła go, nie czekając, by jej podał ogień. — Chcę, żebyś mnie zobaczył. Popatrz na mnie: nie jestem ta sama, co wtedy, nie jestem tą, co była w Berlinie i pisała do ciebie listy.

— Podobasz mi się teraz bardziej. Jesteś bardziej prawdziwa niż kiedykolwiek.

— Nie zdajesz sobie sprawy — Lukrecja popatrzyła na niego ze smutkiem, jak się patrzy na chorego. — Nie zdajesz sobie sprawy, że czas mija. Nie tydzień ani miesiąc, całe trzy lata, Santiago, minęły trzy lata, od kiedy wyjechałam. Powiedz mi, ile dni byliśmy razem. Powiedz mi.

— Powiedz mi ty, dlaczego chciałaś, żebyśmy przyszli do „Lady Bird”.

Ale na to pytanie nie dostał odpowiedzi. Lukrecja odwróciła się wolno i podeszła do telefonu z rękami w kieszeniach kurtki, jakby zrobiło się jej zimno. Biralbo słyszał, jak zamawia taksówkę, patrzył na nią, nie ruszając się, gdy mu mówiła ,,adios” od drzwi „Lady Bird”. Z jednego końca baru na drugi, w przestrzeni między ich dwoma spojrzeniami, uderzyła go jak wymierzany bardzo wolno policzek, ciemność i pustka przepaści, którą po raz pierwszy był w stanie zmierzyć, której do tej nocy i tej rozmowy nawet nie dostrzegał. Zamknął pianino, wymył szklanki, pogasił światła. Kiedy wychodząc na ulicę, opuszczał metalową żaluzję „Lady Bird”, zdziwił się, że jeszcze nie czuje bólu.



Rozdział XIII



Nie pamiętał, ile czasu, ile godzin, ile dni chodził jak lunatyk po ulicach i schodach Lizbony, po brudnych zaułkach i wysokich tarasach, placach z kolumnami i pomnikami króla na koniu, między wielkimi mrocznymi magazynami, śmietnikami portowymi, i dalej po drugiej stronie nie kończącego się czerwonego mostu, który przecinał rzekę podobną do morza, po przedmieściach, gdzie bloki wysokich budynków wznosiły się jak latarnie morskie albo wyspy w środku otwartych przestrzeni, po jakichś stacjach jak przywidzenie w pobliżu miasta, których nazwy czytał, nie mogąc sobie cały czas przypomnieć tej, na której widział Lukrecję. Liczył na przypadek, że się powtórzy to niemożliwe: spoglądał w twarze wszystkim kobietom, które przechodziły przez ulicę, które mijały go nieruchome za oknami tramwajów lub autobusów, które siedziały w taksówce lub wyglądały przez okno na jakiejś pustej ulicy. Twarze stare, obojętne, banalne, bezczelne, nieskończona ilość gestów i spojrzeń i niebieskich żakietów, które nigdy nie należały do Lukrecji, tak podobne do siebie, jak skrzyżowania, ciemne podcienia, czerwonawe dachy i plątanina najgorszych ulic Lizbony. Dręcząca nieustępliwość, którą kiedy indziej nazwałby rozpaczą, popychała go jak morze popycha kogoś, kto już nie ma sił płynąć i nawet kiedy sobie pozwalał na chwilę przerwy i wchodził do kawiarni, wybierał stolik, z którego mógł widzieć ulicę, a z taksówki, która o północy zawoziła go z powrotem do hotelu, patrzył na opustoszałe chodniki alei i rogi ulic w świetle neonowych szyldów, gdzie wystawały samotne kobiety z założonymi rękami. Kiedy gasił światło i wyciągał się paląc na łóżku, nie przestawał w półmroku widzieć twarzy, ulic i tłumów, które przesuwały się przed jego przymkniętymi oczyma z milczącą szybkością, niczym w latarni magicznej i zmęczenie nie pozwoliło mu zasnąć, jak gdyby jego spojrzenie, chciwe szukania, opuszczało ciało leżące nieruchomo na łóżku, pokonane, i wychodziło na miasto, żeby znowu zatracać się w nim do schyłku nocy.

Nie był już pewny, czy naprawdę widział Lukrecję i czy to miłość go zmusza, żeby jej szukać. Do pogrążonego w tym stanie zahipnotyzowania, w jakim się chodzi samemu po obcym mieście, nie docierało już nawet, że jej szuka, wiedział jedynie, że w dzień i w noc spokój nie ma do niego dostępu, że w każdym zaułku, który pnie się po wzgórzach Lizbony albo zapada tak stromo jak wąwóz, tkwi jakieś wezwanie nieustępliwe i sekretne, któremu musi być posłuszny, że być może powinien był i mógł wyjechać, kiedy mu rozkazał Billy Swann, ale już jest za późno, tak jak gdyby stracił ostatni pociąg, żeby opuścić oblężone miasto.

Rano jeździł do szpitala. Na próżno zabobonnie nie spuszczał wzroku z okien mijanych pociągów i czytał nazwy stacji, aż się ich nauczył na pamięć. Owinięty w szlafrok, za duży dla niego, z kocem na kolanach, Billy Swann spędzał dnie patrząc na las i wioskę z okna swego pokoju i prawie cały czas milczał. Nie odwracając się, wyciągał rękę, żeby poprosić o papierosa i potem pozwalał mu się palić, podniósłszy go raz lub dwa razy do ust. Biralbo widział jego plecy na tle szarej jasności okna; nieruchomy i samotny niczym statua na pustym placu. Z długiej i zgiętej ręki, w której trzymał papierosa, dym unosił się pionowo. Ruszał nią lekko, żeby strzepnąć popiół, który spadł obok, zanim wydawał się to zauważyć, ale jeżeli ktoś podchodził bliżej, dostrzegał w jego palcach lekkie drżenie, które nigdy nie ustępowało. Ciepła mgła i wilgoć mżawki zatapiały krajobraz i sprawiały, że miejsca i rzeczy wydawały się bardziej odległe. Biralbo nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział Billy'ego Swanna tak spokojnego albo tak łagodnego, tak nie wykazującego zainteresowania niczym, nawet muzyką i alkoholem. Czasem nucił coś bardzo cicho, z miękkością pogrążania się w myślach, wersy dawnych litanii murzyńskich albo piosenki miłosne, zawsze tyłem do innych, przed oknem, łamiącą się nitką głosu, wysuwając potem wargi do przodu, żeby naśladować niedbale dźwięk trąbki. Kiedy Biralbo pierwszego rana wszedł do pokoju, usłyszał, że wymyśla różne wariacje na temat melodii, obcej mu i zarazem bliskiej, ,,Lizbona”. Stanął przy uchylonych drzwiach, ponieważ wydawało mu się, że Billy Swann nie zauważył jego obecności i pomrukuje melodię, jakby był sam, wystukując powoli rytm stopą.

— A więc nie wyjechałeś — powiedział, nie odwracając się w jego stronę, wpatrzony w szybę okienną jak w lustro, gdzie mógłby go dostrzec.

— Widziałem wczoraj wieczorem Lukrecję.

— Kogo? — Teraz Billy Swann się odwrócił. Ogolił się a rzadkie i jeszcze czarne włosy połyskiwały brylantyną. Okulary i szlafrok nadawały mu wygląd łagodnego emeryta. Ale tym pozorom szybko zadały kłam blask jego oczu i szczególne napięcie kości pod skórą policzków: Biralbowi przemknęła myśl, że tak powinny błyszczeć szczęki nieboszczyka, świeżo ogolonego.

— Lukrecję. Nie chcesz przede mną udawać, że nie wiesz, o kogo chodzi.

— Dziewczyna z Berlina — powiedział Billy Swann tonem ni to ubolewania ni kpiny. !— Jesteś pewien, że nie widziałeś jakiejś zjawy? Zawsze myślałem, że to była zjawa.

— Widziałem ją w pociągu, który jechał w tym kierunku.

— Pytasz mnie, czy przyjechała mnie odwiedzić?

— Byłoby to możliwe.

— Tylko tobie i Oskarowi, nikomu więcej nie przychodzi do głowy przyjeżdżać w takie miejsce jak to. Śmierdzi trupem na korytarzach. Nie zauważyłeś? Śmierdzi alkoholem, chloroformem i kwiatami, jak w zakładach pogrzebowych w Nowym Jorku. Słychać krzyki po nocach. Faceci przywiązani pasami do łóżek, którzy widzą karaluchy, jak im idą po nogach.

— Trwało to krócej niż sekunda.

Biralbo stanął obok Billy'ego Swanna i patrzył na ciemnozielony las w mgle, na wille rozproszone w dolinie, uwieńczone słupami dymu, na dalekie zabudowania stacji. Dojeżdżał do niej jakiś pociąg, wydawało się, że w całkowitej ciszy. — Minął moment, zanim zdałem sobie sprawę, że ją widzę. Obcięła sobie włosy.

— To twoja wyobraźnia, chłopcze. To jest dziwny kraj. Tutaj wszystko dzieje się inaczej, jakby się zdarzyło dawno temu i teraz się przypomniało.

— Jechała tym pociągiem, Billy, jestem pewny.

— A jakie to może mieć dla ciebie znaczenie. — Billy Swann zdjął wolno okulary: robił to zawsze, kiedy chciał okazać komuś cały bezmiar swojej pogardy.—Wyleczyłeś się, nie? Zawarliśmy umowę. Pamiętasz? Ja przestanę pić, a ty lizać rany jak pies.

— Ty nie przestałeś pić.

— Zrobiłem to teraz. Billy Swann pójdzie do grobu trzeźwiejszy niż mormon.

— Widziałeś Lukrecję?

Billy Swann znowu założył okulary i nie patrzył na niego. Wpatrywał się z wielką uwagą w wieże i kominy pałacu pociemniałe od deszczu, kiedy znowu się odezwał, tonem wystudiowanym i nijakim, jak się mówi do służby, do kogoś, kogo się nie widzi.

— Jeżeli mi nie wierzysz, zapytaj Oskara. On ci nie skłamie. Spytaj go, czy mnie odwiedzało jakieś widmo.

„Ale jedynym widmem byłem ja, nie Lukrecja”, powiedział mi Biralbo ponad rok później, ostatniego wieczoru, kiedyśmy się widzieli. Leżał na łóżku w swoim hotelu w Madrycie, bezwstydnie i pogodnie pijany whisky, tak ostro widzący i tak obcy wszystkiemu, jakby mówił przed lustrem: to on prawie nie istniał, wymazywał się w swojej wędrówce po Lizbonie, jak wspomnienie twarzy, którą się widziało tylko raz. Oskar też zaprzeczał, żeby jakaś kobieta odwiedzała Billy'ego Swanna: z całą pewnością, oświadczył mu, on tu jest zawsze, byłby ją widział, po co miałby go okłamywać. Znowu zszedł sam leśną ścieżką i pił na stacji, oczekując na powrotny pociąg do Lizbony, patrząc w stronę różnych ścian i białych arkad szpitala, myśląc o dziwnym spokoju Billy'ego Swanna, który może dalej tkwi nieruchomy za jednym z okien, prawie czując jego wzrok i jego naganę, równie jak pamiętał sposób, w jaki jego głos nucił piosenkę napisaną przez Biralba na długo przed przyjazdem do Lizbony.

Wrócił do miasta, żeby zatracić się w nim jak w jednym z tych wieczorów muzyki i burbonu, który wydawał się nie mieć końca. Ale teraz zima zamroczyła ulice i mewy latały nad dachami i pomnikami na koniach, jakby szukając schronienia przed burzą morską. Każdego wczesnego zmierzchu była chwila, w której miasto wydawało się ostatecznie zdobyte przez zimę. Znad brzegu rzeki roztaczała się mgła zamazująca horyzont i najwyższe budynki na wzgórzach a czerwone przęsła mostu wznoszącego się nad szarymi wodami rozciągały się w pustce. Zaczynały się wtedy zapalać światła, stojące rzędem latarnie wzdłuż alej, ogłoszenia świetlne, które gasły i mrugały tworząc nazwy lub rysunki, przelotne linie neonowe barwiące rytmicznie na różowo, czerwono i niebiesko niskie niebo Lizbony.

Chodził, bezsenny, z podniesionymi klapami płaszcza, rozpoznając miejsca, przez które przebiegał wiele razy lub gubiąc się, kiedy był najbardziej pewny, że już nauczył się labiryntu miasta. Było to tak, opowiadał mi, jakby pić wolno jeden z tych perfumowanych ginów, które mają przezroczystość szkła i zimnych poranków grudnia, jakby zaszczepić sobie zatrutą i słodką substancję, która rozszerza świadomość poza granice rozsądku i strachu. Dostrzegał wszystko z jakąś zimną dokładnością, w której wyraźna zwykłość mogła się łatwo prześlizgnąć w szaleństwo. Nauczył się, że dla kogoś, kto spędza wiele czasu sam w obcym mieście, wszystko może przekształcić się w pierwszy symptom halucynacji: że twarz kelnera, który mu podaje kawę lub recepcjonisty, który mu wręcza klucze od pokoju, jest tak nierealna jak nagle zauważona i zagubiona obecność Lukrecji, jak jego własna twarz w lustrze umywalki.

Nigdy nie przestał jej szukać i prawie nigdy o niej nie myślał. Patrząc na Lizbonę, którą mgła i wody Tagu oddzielały od świata, przekształcając ją nie w jakieś miejsce, lecz w jakiś krajobraz czasu, dostrzegł pierwszy raz w życiu absolutną izolację swoich czynów: stawał się tak obcy swojej własnej przeszłości i swojej przyszłości, jak przedmioty, które go otaczały w nocy w pokoju hotelowym. Może to właśnie w Lizbonie zaznał tego straceńczego i skrytego szczęścia, które odkryłem w nim pierwszego wieczoru, gdy go zobaczyłem przy fortepianie w „Metropolitano”. Pamiętam, co mi raz powiedział: że Lizbona jest ojczyzną jego duszy, jedyną ojczyzną osiągalną dla tych, którzy urodzili się cudzoziemcami.



tłumaczyła Jadwiga Konieczna-Twardzikowa

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas