poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Rozmowa ze STEFANEM BUSZEM, dyrektorem krakowskiego ośrodka Szwajcarskiej Fundacji Kulturalnej ,,Pro Helvetia”
,,La Suisse n'existe pas”
DL 1994, nr 11 (94)
A. Jodlińska: Czy zechciałby Pan krótko przedstawić historię ,,Pro Helvetii” ? W jaki sposób pojawiła się w Polsce?



Stefan Busz: ,,Pro Helvetia” powstała w 1939 roku. Ma swą siedzibę w Zurychu, jest przede wszystkim Fundacją proszwajcarską i jej działalność ogranicza się do terenu Szwajcarii. Ale posiada też swoje ośrodki w Paryżu, Nowym Jorku. Od 1992 roku istniejemy w Europie środkowej i wschodniej, co jest związane ściśle z przyznanym w 1990 r. przez państwo szwajcarskie kredytem dla tej części Europy. Stworzono biura informacyjne i koordynujące: w Budapeszcie i Pescu, Bratysławie, Krakowie i Pradze.



Czy można mówić o jakimś programie, którego celem byłoby pokazanie Szwajcarii w Polsce? Jest to przecież kraj, o którym niewiele się wie: „demokracja przykładowa”, kraj azylu dla artystów i idei, uczestniczący w burzy kulturalnej w Europie. Szwajcaria uniknęła procesu scalania narodowościowego, centralizacji administracyjnej, jest wielonarodowościowa, wielojęzyczna, wieloreligijna. Jak przekazać takie doświadczenia Polakom czy innym nacjom?



Nie jest moim obowiązkiem propagowanie w Polsce szwajcarskiej kultury. ,,Pro Helvetia” ma inne założenia programowe niż np. Konsulat Austriacki czy Instytut Goethego. Mogę wspierać projekty, które nic ze Szwajcarią nie mają wspólnego. Taki stosunek do mecenatu czy pobudzania kulturalnych działań wiąże się ze szwajcarską filozofią. Szwajcarzy boją się jak diabła propagowania szwajcarskiej kultury.



Czy mógłby Pan wymienić jakieś przedsięwzięcia Fundacji w Polsce?



W Warszawie, dając pierwszeństwo Polsce przed Zurychem, przygotowano dużą wystawę obrazów Durrenmatta. Warto wspomnieć o cyklu koncertów Regameya, pochodzącego z Rosji, osiadłego w Szwajcarii, profesora slawistyki i kompozytora, zorganizowanych w Zakopanem, Sanoku, Warszawie. Przygotowaliśmy we Wrocławiu wystawę pt: „Sztuka książki w Szwajcarii”.



Więc jednak jest to dość tradycyjna działalność „na ziemi obcej”.



Tak. Ale to tylko część tej działalności. Moim zdaniem najważniejsze są kontakty osobiste. Staramy się wspierać działania autentyczne. Nie zawsze wymagają one dużych nakładów finansowych, ale zawsze dużego nakładu pomysłów. Powstała w Krakowie sieć pracowni, do których przyjeżdżają szwajcarscy artyści, by pracować w tutejszym klimacie, krajobrazie kulturalnym, by uczestniczyć w życiu codziennym.



Jak się Pan czuje na „placówce krakowskiej”? Czy nie cierpi Pan na „maladie suisse”?



Urzęduję w krakowskim ośrodku od roku, ale oficjalnego otwarcia biura dokonaliśmy dopiero teraz, w marcu. Dla mnie Polska nie była zupełnie obcym krajem. Mój pierwszy artykuł naukowy dotyczył relacji Szwajcarów z podróży do Rosji, do Petersburga. Drugi traktował o literackim obrazie polskiej emigracji w Szwajcarii podczas II wojny światowej. Dziesięć lat temu pracowałem w Bibliotece Jagiellońskiej, zbierając materiały do mojej pracy magisterskiej pt.: „Recepcja niemieckojęzycznej literatury szwajcarskiej w Polsce”. Kontynuacją tej pracy jest moja rozprawa doktorska. Badałem związki tych literatur od powojnia. Obecnie przygotowuję się do napisania pracy poświęconej Kazimierzowi Brodzińskie-mu i jego przedromantycznym szwajcarskim peregrynacjom. Tak więc jako specjalista od „recepcji” Polskę znam z tej perspektywy dość dobrze. Jeszcze w Zurychu pracowałem w ramach projektu Narodowego Funduszu dotyczącego kontaktów Szwajcarii z Rosją, Polską, Jugosławią.



Myśli Pan, że ważna jest także osobowość prowadzącego dany ośrodek Fundacji?



Zapewne tak. Bardzo pomaga mi temperament dziennikarza. Nie jestem formalistą, nie obawiam się kontaktów z Polakami. Ośrodek jest dostępny dla każdego, jak również znajdująca się w nim biblioteka.



Z której Szwajcarii Pan pochodzi?



Jest takie powiedzenie na temat Szwajcarii: „La Suisse n' existe pas”. Jestem z Zurychu. Studiowałem tam.



Jak się Pan czuje jako Szwajcar w Szwajcarii, jako Szwajcar w Polsce?



Nie uciekałem ze Szwajcarii, nie będę uciekał z Polski. Mam tu mieszkanie. Chcę tu trochę pomieszkać. Polska jest zwykłym krajem, który stara się funkcjonować w coraz bardziej normalizujących się warunkach. Zasadniczą różnicą między Polską a Szwajcarią jest pojęcie klatki schodowej. W Szwajcarii każdy mówi na niej — dzień dobry, w Polsce — nie. Obraz Polski w szwajcarskich massmediach utrwala szarą kliszą. Ludzie boją się tu przyjeżdżać, sądzą, że nie ma co jeść, że jest tu niebezpiecznie itd. Ja nie mam polskich problemów w Polsce. Napotykam w niej po prostu problemy, takie jak wszędzie — z którymi muszę się zmierzyć. Nie są to problemy świadczące o złej egzotyce tego kraju. Po prostu inne.



Jest Pan w takim razie wiernym wyznawcą Denisa de Rougemonta — „Europa wartości, Europa ludzi, Europa bez granic”.



Bo jestem Szwajcarem. Boję się powiedzieć, ale słyszy się głosy, iż Szwajcaria jest modelem Europy: cztery kultury, cztery języki, różne wyznania. Naturalnie, że w Szwajcarii musiały pojawić się określone warunki, by zaistniała taka propozycja modelowa. Tego np. nie można by zrobić w Niemczech, we Francji. Ale nawet Szwajcaria ma kłopoty ze swoim stosunkiem do Europy. Nie wstępowała do Wspólnoty Europejskiej, nawet nie do wspólnego obszaru rynkowego. Nie świadczy to oczywiście o jakimś zacofaniu kraju; kontakty z resztą świata odbywają się na innych poziomach. Zawsze dziwiła mnie w Polsce idea powrotu do Europy. Początkowo będąc tutaj myślałem, że chodzi o powrót rozumiany w kategoriach światowych, powrót do Europy jako powrót do świata, wejście w orbitę wydarzeń, zainteresowań. Dla mnie Europa to nic ciekawego. Nadal myślę, że Gombrowicz miał rację — w Polsce króluje niedojrzałość Polaka. Z jednej strony polski mesjanizm narodowy, z drugiej — potworne kompleksy.



Czytuje Pan Gombrowicza? Również Witkacego, Schulza... Jest Pan idealnym odbiorcą polskiej literatury, takim jakiego życzyliby sobie wszyscy jej znawcy i badacze. Wchłania Pan „polski produkt eksportowy”—również w naszym przekonaniu najlepszy. A czy trafia do Pana młoda, współczesna literatura polska. Zna Pan np. „brulion”?



Tak. Coś niecoś o nim wiem, ale znam raczej środowisko niż samą literaturę. Z pisarzy starszego pokolenia lubię Iredyńskiego, Hłaskę, nie mam natomiast sentymentu do Miłosza. Ostatnio czytam powieść Szczypiorskiego ,,Autoportret z kobietą”. Szczypiorski jest w Szwajcarii bardzo popularny, głównie dzięki szwajcarskiemu wydawnictwu, które go wydaje. Po ogromnym sukcesie ,,Początku”, to również na pewno dobrze się sprzeda. Jest on u nas postrzegany jako polski liberał.



W Polsce autor ten trochę sobie szkodzi kontrowersyjnymi wypowiedziami, natrętnym moralizowaniem...



W Szwajcarii, w kraju prawie bez wartości, takie moralizowanie jest potrzebne. A poza tym Szczypiorskiemu za granicą pomaga to, że zna on język niemiecki. Bariera językowa w percepcji kultury jest jednak przeszkodą niedocenianą. Moim zdaniem najlepszym sposobem przekazywanią wiedzy jest film. Byłem w stanie wojennym w Krakowie; bardzo chętnie chodziłem do kina na filmy amerykańskie i widziałem reakcję polskiej publiczności. Fabuła schodziła na plan dalszy, najważniejsze były codzienne akcesoria, sztafaż codzienności (ubrania, wyposażenie wnętrz, samochody). Oto cenne wiadomości o kulturze kraju. W ogóle lubię i cenię film. W Szwajcarii byłem krytykiem filmowym, przyjechałem tu i chciałem ustalić jakieś formy współpracy w tej dziedzinie. Dawno temu rozmawiałem z panem Krzysztofem Gieratem, jeszcze gdy był dyrektorem „Graffiti”, ale okazało się, że są jakieś przeszkody prawne i to ze strony szwajcarskiej. Jakieś pięć lat temu zdołaliśmy zorganizować w ramach dni szwajcarskich przegląd filmów w krakowskim kinie „Apollo”.



Wracając do problemów komunikacji językowej. Szwajcaria jest również swoistym fenomenem i pod tym względem.



Tak. Istnieją cztery oficjalne języki (tj. niemiecki, francuski, włoski,, retoromański) ale trzy z nich uważa się za urzędowe (oprócz retoromańskiego). Pisze się po niemiecku (każdy uczy się go w szkole), mówi się w dialektach. Pro Helvetia organizuje kurs jednego z takich dialektów. Jest to autorski projekt Jana Goślickiego. Sytuacja w Szwajcarii wygląda inaczej niż np. w Niemczech: gdy tam dialekt świadczy o przynależności do warstwy społecznej, w Szwajcarii nie — dyrektor banku mówi dialektem i mówi nim przeciętny pracownik. Dla Szwajcara język jest bardzo ważny. Znajomość języka oznacza złamanie kulturowego szyfru, otwarcie na inną kulturę.



Dlatego mówi Pan tak dobrze po polsku. Dziękuję za rozmowę



Agnieszka Jodlińska

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas