poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POTOCZEK
Zamienię akt na pejzaż
DL 1994, nr 10 (93)

Pewnego dnia gdy profesor O., ichtiolog, znany specjalista od fauny raf koralowych powrócił do domu z naukowej konferencji, zastał w środku pustkę i chaos, jakich nie tylko się nie spodziewał, lecz wcześniej nie umiałby ich sobie nawet wyobrazić. Prawdę mówiąc dotąd jego fantazja była pod tym względem raczej uboga. Po cóż miałby wyobrażać sobie coś nieprawdopodobnego, skoro rafy koralowe absorbowały całkowicie jego uwagę, a życie miał harmonijne i dotąd zawsze z ulgą stwierdzał, że jest z niego zadowolony. Jednak to, co zobaczył tamtego dnia po otwarciu drzwi, przeszło najbardziej złowieszcze lęki i przeczucia. Jeśli miewał kiedyś koszmary senne (których zresztą po przebudzeniu zupełnie nie pamiętał), atmosfera nierealności i zagrożenia panująca w środku pobiła wszystko czego w życiu doświadczył, lub, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, mógłby doświadczyć. By ująć rzecz krótko: w mieszkaniu panował dziki nieład, wokoło nie było widać nawet śladu żony, a nad łóżkiem profesora, zamiast starego persa, wisiał całkowicie mu nieznany kobiecy akt.

W pierwszej chwili zdawało mu się, że śni, a w drugiej, że zabłądził i trafił przez przypadek do cudzego mieszkania. Lecz nie, wszystko się zgadzało, choć przecież w gruncie rzeczy nie zgadzało się nic. Patrzył wokoło przerażony. Owszem, z rzeczy ważnych na swoich zwykłych miejscach były wciąż jego książki, płyty, roczniki czasopism i zdjęcia planktonu. Mrugając odruchowo krótkowzrocznymi oczami odnalazł znajome biurko, komodę i fotel. Uszczypnął się w rękę — zabolała. Z wahaniem podszedł do szafy na ubrania i odkrył, że jest pusta. Podobnie szuflady. Powoli, czując skurcz serca, poznawał anatomię nagich wieszaków. Ubrania zniknęły, podobnie jak buty, torebki, szale, kapelusze. A także notesy, perfumy, mydełka... Co to wszystko znaczy, co się tutaj stało, powtórzył w jego mózgu jakiś zdławiony głos. Lecz nie miał pojęcia co się stało, czas mijał, a cisza płynąca z zewnątrz anulowała jakiekolwiek logiczne wyjaśnienie.

Zdruzgotany sytuacją powrócił wzrokiem do rzeczy najważniejszej — i jedynej nowej. Akt. To niesłychane. A jednak akt. Oczywistość jego pobytu na ścianie była czymś, czego nie sposób pojąć i zrozumieć. Lecz przecież wisiał tam. Profesor przetarł oczy, ale gdy je ponownie otworzył, zobaczył to samo. Akt. Prawda o pojawieniu się obcej i nagiej osoby nad jego łóżkiem, nie podlegała, niestety, żadnej wątpliwości.

Przedstawiał nieznaną kobietę stojącą przed lustrem. Była bez ubrania, bez rysów twarzy i bez wieku. Ciepła gama kolorów obejmowała ją ciasno jak woda w akwarium i być może dlatego obrzucił ją w końcu uważnym spojrzeniem. Mogłaby być syreną, pomyślał nagle, zdradliwą syreną sprowadzającą na rozbitków fatalny los. Lecz dlaczego tête à tête z syreną musiało się przydarzyć akurat mnie... zapłakała mu w sercu żałosna myśl. Spojrzał na dziwne stworzenie raz jeszcze, a potem kolejny i następny raz. Zauważył wtedy, że nawet wnętrze lustra, spękane i blade, sprawiało wrażenie nierzeczywistego. Syrena (...), zaklął, a przecież musiał przyznać, że stojąc samotnie poza brzydotą i pięknem miała w sobie dystynkcję i tajemniczy wdzięk...

Profesor stał i patrzył, patrzył i stał. Nie był znawcą, lecz instynktownie wyczuwał, że ma przed sobą prawdziwe dzieło sztuki. Wspaniały obraz, byłby gotów powiedzieć przy każdej innej okazji, z wyjątkiem tej jednej, jedynej, która przyprawiała go o wściekłość, rozpacz i histerię. Nie wiedział co robić, więc nie robił nic i dopiero bolesny skurcz łydki wyrwał go z odrętwienia. W gwałtownym impulsie raz jeszcze przeszukał pokój, ale nie znalazł nigdzie żadnej wskazówki. Chciało mu się płakać, czuł duszność, przez rozpaczliwie długą chwilę nie mógł odmierzyć kropli na serce.

Wreszcie wpadł mu w ręce strzęp papieru pakunkowego, adresowany najwyraźniej na jego nazwisko. Wyciągnął go z kosza na śmieci jak skarb, lecz był to skarb niemy i nic mu nie zdradził. Przybity, usiadł wreszcie na środku kuchni, wprost na podłodze. Kątem oka spostrzegł, że na blacie stołu walają się nożyczki i kawałki sznurka. Jeśli uciekła, pomyślał z rozpaczą, zrobiła to szybko, lecz jeśli została porwana... i serce na krótką chwilę przestało mu bić.

Wieczorem zatelefonował do szpitali i na pogotowie, policja doradziła, by szukał wśród znajomych. Obiecał, że zadzwoni do nich, ale nie zadzwonił. Wstydził się. Co miałby powiedzieć? Że odeszła? Coś o akcie znad łóżka? Że nie spali ze sobą? Że, zajęty rafami, rzadko z nią rozmawiał?

W nocy, oczywiście, nie zdołał zmrużyć oczu. Czekał na jakiś znak, na cokolwiek, na pukanie do drzwi albo na telefon, ale wokoło panowała niezmącona cisza, nic się nie stało, nikt nie zapukał, a bezlitosny telefon milczał jak zaklęty. Profesor rzucał się na łóżku, wstawał, pił ciepłe mleko, poprawiał zasłony, przez które zaglądał księżyc. Od czasu do czasu rzucał okiem na akt. Robił to lękliwie, bo nagość kobiety z obrazu przerażała go. Chyba nigdy jeszcze nie czuł się tak przejmująco i tak strasznie samotny. Płynęły godziny, znów wstawał, krążył po domu, badał papier z adresem i porzucony sznurek. Niczego nie rozumiał. Chciał zrobić coś konkretnego, ale nie miał pojęcia co. Kładł się, ale dotyk pościeli kazał mu myśleć o dwudziestu latach, jakie spędzili wraz z żoną w tym samym mieszkaniu. Myśli kotłowały się i wracały wciąż w jeden punkt. Gdzie była teraz? Gdzie jej szukać? Dlaczego odeszła? Co znaczy to wszystko? Lecz ani noc ani wiele następnych dni nie zdołało znaleźć na te pytania żadnej odpowiedzi. Starał się zaciskać zęby, czekając na rozwiązanie zewnętrzne, w głębi ducha przekonany, że ona musi powrócić. Ale mylił się, nie wracała. Godzinami siedział w domu, czas płynął, wszelka praca wypadała mu z rąk. Przeklinał portret nagiej kobiety, która sprowadziła na niego cały ten ból. Wreszcie powiedział sam do siebie: to nie ma sensu. W ten sposób dał za wygraną, boleśnie świadom, że zdarza mu się to w życiu pierwszy raz.

Jego życie nadal pozostawało bardzo regularne. Jak dawniej, specjalizował się w koralowcach, gąbkach i meduzach. Rano jadł śniadanie, potem szedł na wykłady, na seminaria ze studentami, do laboratoriów i do biblioteki. Każdego dnia prowadził zawodową korespondencję, jeździł na rowerze, jadł wegetariańsko i ćwiczył na hantlach. Wieczorami czytał książki, grywał w warcaby i tonął w stosach krzyżówek. Starał się nie myśleć o niczym, ale nie myśląc, myślał wciąż o tym samym. Gdziekolwiek była, tłumaczył sobie, znała jego adres. Podobnie zresztą jak żartownisie, którzy przysłali mu akt. Jeśli to byli żartownisie, a nie, powiedzmy, złodzieje dzieł sztuki. W naszych niepewnych czasach możliwe jest wszystko, więc, dla bezpieczeństwa, zainstalował w drzwiach dwa nowe zamki. Potem, prosząc o dyskrecję, zwrócił się o pomoc do rzeczoznawcy. Obraz był autentyczny. Autor nie podpisał go, ale zachwycony historyk sztuki wycenił przeklęte płótno bardzo wysoko. Coś takiego, bardzo ciekawe, powiedział nawet na odchodnym, gdyby chciał się pan go pozbyć, ja sam byłbym gotów zająć się sprzedażą.

Pierwszy głuchy telefon odebrał tuż przy końcu marca. Dnie stawały się dłuższe, budził się wcześnie, rozmyślał, przed rozpoczęciem pracy chodził do parku na długie spacery. Nie kontaktował się niemalże z nikim, bardzo powoli przywykając do nowej sytuacji. Starał się nie widywać dawnych przyjaciół. Co miałby im do powiedzenia o żonie, o obrazie. Kto w to uwierzy? Kto mógłby mu współczuć?

Gdy więc usłyszał dzwonek telefonu, poczuł zdziwienie i lekki niepokój. Podniósł słuchawkę, mówiąc krótkie „słucham”. Nikt nie odpowiedział. Powtórzył „słucham”, bez żadnego skutku. Lecz nie, nie była to zupełna cisza, bo gdzieś na końcu linii drżała wibracja podobna do oddechu. Wsłuchał się uważnie, tak, był to lekki oddech, a poza tym mógłby przysiąc, że ktoś, nim przerwie połączenie, odmierza precyzyjnie z góry wyznaczony czas. Przy następnych telefonach starał się liczyć — dziesięć sekund, piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć. Czas wydłużał się, a dwadzieścia pięć sekund ciszy naznaczonej oddechem oznacza nieomal krzyk. Nie wiedząc kogo słyszy, starał się powstrzymywać od wołania żony. Pojedynek urywał się trzaskaniem słuchawki. Trzydzieści sekund. To było dziwne. Oddech z uporem dzwonił, wibrował i milczał.

Telefony zaniepokoiły go, ale postanowił na razie nie mówić o nich nikomu. Czuł się okropnie, zagrożony i stary, ale nade wszystko bezbrzeżnie samotny. Każdego wieczoru patrzył teraz na kobietę namalowaną na obrazie, syrenę, swoją ostatnią, wierną towarzyszkę. Miał nawet wrażenie, że polubił ją w dusznej i pozbawionej nadziei atmosferze tajemnicy. Nie starał się już dociec kim była, to stało się od pewnego czasu całkiem obojętne. Myślał o niej jednak coraz cieplej i cieplej, jak o znanym sobie i życzliwym człowieku, a gdy budził się w nocy i nie mógł już zasnąć, miewał wrażenie, że ona patrzy wprost na niego, rozumie i słucha. Czasem próbował odzywać się do niej i zauważył, że jej milczenie musi być podobne do innego milczenia, a obraz, rzecz jasna, nie może oddychać. Lecz lubił wyobrażać sobie, że to ona... być może... Ta myśl była równie absurdalna co kojąca i ulegał jej, choć jako naukowiec gardził sam sobą z tego powodu.

Dni mijały, regularne i monotonne. Po kilku tygodniach po raz pierwszy zdecydował się odezwać do głuchego telefonu. Zapytał „kim jesteś?”, ale oddech nie odpowiedział, choć profesor wyczuł w nim jednak jakieś zmieszanie, prawie zaniepokojenie. Dodało mu to odwagi, więc wykrztusił „lubię cię, naprawdę”. Oddech zafalował. „Dzwoń częściej” chciał dodać, zerkając na zegarek, ale słuchawka trzasnęła o całe osiemnaście sekund za wcześnie. Zrobiło mu się przykro. Gdy szedł spać, powiedział do kobiety: następnym razem bądź bardziej cierpliwa.

Naprawdę stała się cierpliwsza (ona czy Ten Ktoś?), a on powoli nabrał zwyczaju ucinania sobie serdecznych pogawędek z dalekim oddechem. Czerpał nawet pewną satysfakcję zauważając, że jego własne monologi stają się z biegiem czasu coraz dłuższe i dłuższe. Cieszyli się więc z nich oboje, szmer oddechu w słuchawce i on sam. Opowiadał milczeniu o tym co się wydarzyło, nie ukrywając niczego, choć starał się kłaść nacisk na rzeczy przyjemne. Nigdy nie wspominał o żonie, a już w żadnym razie nie mówił o policji, która, powiadomiona w końcu o biegu wydarzeń, była gotowa na wszystko, włączając rewizję i założenie podsłuchu. Nie pozwolił na to. Po co? Polubił już milczenie w słuchawce, a kobieta z obrazu stała się powoli bliską przyjaciółką.

Spędził w ten sposób kilka miesięcy, po których nagle i bez żadnego uprzedzenia otrzymał jednak wiadomość od żony. Choć czekał na list, zaskoczyła go jego zawartość, bo nie spodziewał się, że była zdolna do takiej goryczy. W jej niesprawiedliwości, gdy oskarżała go o zdradę, było coś monstrualnego i groteskowo śmiesznego. Stylem zwięzłym i godnym telegrafu powiadomiła go o decyzji wzięcia rozwodu. Zrozumiałam, że nie mamy sobie nic do powiedzenia... po tylu latach... w twoim wieku... przez wzgląd na przyzwoitość... Zostawia mu na pamiątkę akt — czy nie jest piękny? Nie spodziewałam się tego po tobie... zakończyła, a on, znów osłupiały, przypomniał sobie okoliczności powrotu z konferencji. Chaos, puste wieszaki, brak żony, akt na ścianie... Czy pisząc do niego w ten sposób nie postradała aby zmysłów? Odłożył list z niechęcią, spostrzegając, że na kopercie nie ma zwrotnego adresu. Zastanowił się przez chwilę, ale w końcu podarł ją szybkim ruchem na drobne kawałki. Wnętrze kosza na śmieci położyło kres zbędnym wspomnieniom.

W ten sposób, podstępnie i cicho, ugruntowało się w nim i rozrosło jego nowe życie. Nie uwierzyłby, gdyby ktoś opowiedział mu o nim zaledwie rok temu. A przecież teraz była to prawda — wstawał rano, spieszył się do pracy, pił gorącą kawę, biegł do samochodu. Wieczorem wracał, gotów opowiadać milczeniu o przebiegu dnia. Odbywało się to bardzo podobnie, jak w rytuale — jadł coś, siadał przed obrazem, patrzył na kobietę i czekał cierpliwie. Telefon dzwonił, witając go zawsze tak samo, ciszą. Wtedy rozluźniał się, uśmiechał i zaczynał opowiadać ciszy o tym, co się wydarzyło. Czas rozmów mijał, coraz dłuższy, jedna, dwie, trzy minuty. Dobranoc, szeptał na zakończenie, pełen ulgi, stęskniony. Zadzwonisz jutro? pytał nieśmiało. Czasami miał wrażenie, że oddech uśmiecha się do niego w niemej odpowiedzi. Nigdy nie usłyszał ani jednego słowa, ale trzask odkładanej słuchawki łomotał w jego uszach coraz serdeczniej.

Lecz kiedyś nadszedł dzień, w którym telefon wcale nie zadzwonił. Stało się to nagle, powszedniego dnia, bez żadnej zapowiedzi. Po prostu nie zadzwonił, minuty mijały wlokąc się nieznośnie, a cisza zarażała martwotą całe mieszkanie. Czekał. Siedział oparty o poręcz fotela, skupiony, choć z ręki wypadła mu fachowa książka. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało, być może właśnie dlatego, że nie stało się nic. To koniec, pomyślał, choć wciąż miał nadzieję. Lecz nadzieję na co? Sam nie umiał określić. Czekał całą noc, lecz na próżno. Nad ranem, zrozpaczony, zdjął ze ściany akt. Nie mógł już na niego patrzeć. Widok zdradzieckiej kobiety wprawiał go w oburzenie i wywoływał ból.

Nie wiedział co zrobić z obrazem, jak się go pozbyć, jak o nim zapomnieć. Każde miejsce w mieszkaniu zdawało się zbyt jawne, zbyt odkryte. Znów czuł się okropnie, dotknięty i oszukany, a cisza telefonu brzmiała jak szyderstwo. W końcu, po namyśle, włożył go do szafy. Zniknęła w kurzu ubrań pachnących wilgocią. Zatrzasnął drzwi, poczuł duszność, wyszeptał: nareszcie! Lecz było to kłamstwo i wiedział, że kłamie.

Przez następne dni jego życie stało się godne litości. Nie mógł jeść ani spać, budził się wcześnie, zbolały i chory. Wciąż czekał na coś, czas płynął, był sam i nic już nie rozumiał. W laboratoriach zamyślał się nagle i nie słyszał pytań, a podczas wykładów, bez powodu, gwałtowny szloch przerywał mu wątek. Szedł do domu niechętnie, ale poza domem było jeszcze gorzej. Wreszcie postanowił przerwać ten męczący trans, odpocząć, wyjechać gdzieś, poznać nowych ludzi, starać się zapomnieć. Lecz i to również nie doszło do skutku, bowiem na krótko przed wyjazdem pewien nieznany człowiek zadzwonił bez uprzedzenia do jego drzwi.

Gdy usłyszał dzwonek, przestraszył się. Tym razem był ostrożny, nie zapalał światła, szedł ku drzwiom bardzo cicho, powoli odsłaniał wizjer. Przeczulony przez wypadki ostatnich miesięcy, spodziewał się wszystkiego i wszystkich, a najbardziej żony z walizką, policjanta, strażaków albo listonosza. Ale i tym razem mylił się, bo na zewnątrz stał zupełnie obcy mężczyzna o zgnębionej minie. Kto tam, zapytał. To ja, powiedział tamten. Co znaczy: ja? krzyknął groźnie profesor, ale ręce, nie wiedzieć czemu, zaczęły mu drżeć. Znamy się z telefonu, brzmiała nieśmiała odpowiedź. Z telefonu? jęknął profesor (??). Dzwoniłem do pana... przedarło się przez drewno słabe wyznanie, a palce profesora zamarły na klamce. Otworzył jednak, a stojący na progu mężczyzna w mniej więcej tym samym co on wieku zapytał łagodnie, czy wolno mu wejść. Tak, proszę, zgodził się gospodarz, z lekką rezygnacją, choć nie bez obawy. Obcy przekroczył próg. Był bardzo drobny, szczupły, bezbronny. Rozejrzał się wokoło. A więc to tutaj, wyszeptał z nostalgią.

Tego wieczoru długo ze sobą rozmawiali. Choć trudno w to uwierzyć, mężczyzna był malarzem, a dziwna historia ostatnich miesięcy jego życia brzmiała mniej więcej tak: gdy pewnego dnia wrócił do domu z krótkiej podróży, zastał w środku pustkę i chaos jakich nie tylko się nie spodziewał, lecz nigdy dotąd nie mógłby ich sobie nawet wyobrazić. W mieszkaniu nie znalazł śladu żony, a na jej akcie, skończonym niedawno zobaczył maleńką karteczkę z napisem: odchodzę. Niczego nie zrozumiał. W pierwszej chwili zdawało mu się, że śni, a w drugiej, że zabłądził i trafił przez przypadek do cudzego mieszkania. Lecz nie, wszystko się zgadzało, choć przecież w gruncie rzeczy nie zgadzało się nic. Patrzył przerażony na pustą szafę, ślady po zdjęciach, porzucony szal, pędzle i sztalugi. Jeśli odeszła, zrobiła to szybko. Ale dlaczego? Dokąd? Z kim? Czy miała powody?

Następne dni spędził jak w transie, siedział w domu, czas płynął a wszelka praca uparcie wypadała mu z rąk. Nie mógł pojąć dlaczego odeszła, a przecież odeszła i po pewnym czasie udało mu się nawet uzyskać jej adres. Nie do wiary, ale mieszkała teraz z pewnym ichtiologiem. Podczas bezsennych nocy próbował wyobrazić sobie ich dwoje, ją i tamtego nikczemnego łajdaka. Rafy koralowe... rozmyślał gorzko, ale był zbyt zbolały, by iść tam osobiście i żądać wyjaśnień. Pod wpływem impulsu postanowił zrobić coś całkiem innego, wysłać kochankowi jej podwójny akt. Zrobił to, ale ichtiolog, człowiek pozbawiony honoru, pozostawił przesyłkę bez żadnej odpowiedzi. To właśnie było najgorsze, bo szydercza cisza jaka go otoczyła, nie pozwalała malować, myśleć ani spać. Żył jak w odrętwieniu, myśląc wyłącznie o bólu i utracie, a przecież (co było najgorsze) wciąż tęsknił za nią i choć to było bezsensowne, za wszelką cenę pragnął przynajmniej raz jeszcze usłyszeć jej głos. Pewnego dnia nie wytrzymał, wykręcił numer, odczekał nie kończące się cztery sekundy, a potem... a potem już pan wie... urwał bezradnie, choć z ciepłym uśmiechem.

Gdy skończył opowiadać i znów zapadła cisza, profesor poczuł całym sobą, że ogarnia go śmiech. Lecz nie roześmiał się (ku własnemu zdumieniu), a tylko popatrzył na nieznajomego z raptowną sympatią. Malarz zrobił na nim jak najlepsze wrażenie, a identyczność ich niezależnych od siebie przeżyć była po prostu zadziwiająca. Po co pan przyszedł, zapytał grzecznie, nie podnosząc głosu. Po akt, odparł tamten, a także, by poznać pana nieco bardziej... jakby to powiedzieć... hm, bezpośrednio. Oddać akt? droczył się lekko profesor, teraz? po tym wszystkim? Wymienię go, nalegał obcy, zerkając na swego rozmówcę równie sympatycznie, wymienię na co pan zechce, na inny portret, na pana własny portret, martwą naturę, kwiaty, abstrakcję albo na pejzaż...

Skończyło się najpierw na abstrakcji, a potem na pejzażu. Jego tytuł brzmiał: ,,Eden”, a sam obraz przedstawiał rozległą zieloną dolinę ukrytą pomiędzy pagórkami, ponad którą płyną pierzaste obłoki. Był to bardzo piękny, bardzo spokojny obraz i obaj lubili na niego patrzeć w chwilach, coraz częstszych, gdy przebywali razem. A po pewnym czasie, gdy już zrozumieli się, poznali, pokochali i zamieszkali ze sobą, nazwali nawet tę dolinę własnym Edenem, późno odnalezioną doliną wspólnego szczęścia.

Anna Potoczek


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas