poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Marta Wyka
Dostojewski ubiegłego stulecia?
„Intelektualista zaangażowany, wielka postać ruchu oporu, obrońca praw człowieka, teoretyk wolności, mistrz wolnej miłości” -  czytamy w nocie redakcyjnej czasopisma „Historie”, w numerze specjalnym poświęconym  Jean Paul Sartrowi w stulecie urodzin. Rok 2005  przypomina o wielkich dzieciach początku XX stulecia. To one miały, gdy dorosły, dyktować mu poważne wypracowania, zabawy i gry. Jeżeli się myliły, zostało im to przebaczone. Po prostu byli wielcy i nieznośni. Nie chcieli chodzić do dentysty. Upierali się przy swoim i nie tolerowali krytyki. Pisali bardzo dużo. Kto ich chce teraz czytać?

Prześledźmy drogę najpopularniejszego intelektualisty XX wieku bez uprzedzeń - powiadają redaktorzy, zamawiając u wybitnych piór kolejne rewizje. O czym się  pisze?

Najpierw przeglądam zdjęcia. Sartre i Simone de Beauvoir w Hawanie siedzą na kanapie, wpatrzeni w Che Guevarę (mamy rok 1960). Sartre w mundurze (ale z fajką) jako żołnierz służb meteorologicznych w czasie „śmiesznej wojny” (mamy rok 1939). Zdjęcie grupowe, koniec okupacji, skończyła się próba sztuki Picassa Pożądanie schwytane za ogon, na zdjęciu rozpoznajemy Picassa, Simone de Beauvoir, Sartre’a, Camusa, Leirisa. Przed Camusem siedzi pies (czyj ?). Wnętrze kawiarni Flore: Sartre spokojnie pisze, otacza go „banda wesołych aktorów” (i aktorek), pijących wino (a może szampana, to nie jest jasne).

Rok 1952 – trwa wojna w Indochinach, Sartre fotografuje się z komunistyczną młodzieżą, zostaje „towarzyszem drogi”. W towarzystwie Ives Montanda udaje się do Malezji, z Castorem (czyli nieodłączną Simone) jest u boku Chruszczowa (mamy rok 1963). W roku 1954, wraz z francuskimi dziennikarzami, wizytuje Nowy Jork (bez sukcesu), w roku 1975 fotografuje się z Mauriakiem w trakcie debaty o wolności dla Algerii (mina Mauriaka  świadczy o obrzydzeniu i podejrzliwości, jakim darzy  partnera dyskusji). W roku 1944 zaczyna lansować Geneta, czyniąc z niego w efekcie „świętego i męczennika”, w roku 1924 kończy Ecole Normale, co zostaje upamiętnione zdjęciem na dachu kamienicy przy ulicy d’Ulm,  siedzibie słynnej szkoły.

Aron, Nizan,  Sartre, Mounier, niemowlęta roku 1905, wchodzą w dorosłe życie filozoficzne. To oni będą decydować – czy na pewno?

Matka Sartre’a, najważniejsza  kobieta jego życia, zostaje wdową w wieku 24 lat, pochodzi z rodziny Schweitzerów. Mały Poulou (tak go nazywano w dzieciństwie) ma kręcone włoski i twarzyczkę barokowego putti. U boku matki przemieszka znaczną część życia, w tej samej dzielnicy. Żadnych peregrynacji po Paryżu, porządny mieszczanin nie zmienia mieszkań. Kopie piłkę koło Panteonu, usadawia się na rue Bonaparte, niedaleko kościoła Saint-Germain-de Pres. Z okien  widzi jego piękną wieżę.

W marcu 1968 kroczy bulwarem w lewackim pochodzie i rozdaje, wraz ze studentami, propagandowe ulotki. W roku 1977 akceptuje „erę Sołżenicyna”, ale w dużym towarzystwie: znajdzie się w nim Foucault, Deleuze, Glucksman. Odrzuca (w 1964 roku) nagrodę Nobla, zapewne dlatego, że wcześniej przyjął ją Camus.

Zarejestrowanych przez biografów  kobiet ma co najmniej cztery, ale Castor  (Simone) przebija wszystkie. Kiedy oboje umrą, jej ksiązki staną się bardziej pokupne. On maleje, ona rośnie.

Kiedy Sartre umiera, w kwietniu 1980 roku ogromny tłum odprowadza go na cmentarz Montparnasse. W pierwszym szeregu kroczy Simone, a za nią  kombatanci różnych wojen, kryptokomuniści, maoiści, wielbiciele, kobiety. Powiada się, że to pogrzeb podobny do tego, który Paryż wyprawił Wiktorowi Hugo. Pewien student zapytany tego dnia przez ojca, jak ubiegło mu  popołudnie, odpowiada: „Byłem na manifie przeciw śmierci Sartre a…” A jednak Sartre umarł, choć w wyścigu do sławy pozostawił za sobą nawet Gide’a , nawet Malraux.

Następuje apoteoza: w roku 1999 mer Paryża odsłania tablicę „Plac  Sartre –Beauvoir”. Tutaj Simone  jest druga.

Co by to miało znaczyć: najbardziej popularny intelektualista XX wieku?

Ta zastanawiająco zmienna biografia, ta ciekawość, jakże często usytuowana przed rozumem (bo jednak tak było…) to przekonanie: tam gdzie ja jestem, jest również autentyczne życie, zapowiada narastający w XX stuleciu lawinowo proces wkraczania intelektualistów w zróżnicowane dziedziny życia umysłowego, politycznego, społecznego. Wydaje się, iż ekspansja będzie trwała wiecznie w jej początkowo dynamicznym kształcie, aczkolwiek przyszłość - po Sartrze – pokaże, iż piękne nadzieje nie spełnią się. A jednocześnie Sartre nie opuszcza swojego osobistego centrum – „lewy brzeg” francuski jako topografia, jako miejsce oswojone, jako dom, jako ulice i pasaże, zawsze stanowi dlań naturalne otoczenie. Okazuje się, iż można gorszyć świat, żyjąc w niewielkim kwadracie ulic tej samej dzielnicy. Podróże nie są  bynajmniej ucieczką, choć bez podróży  nie można istnieć. I to jest właśnie intrygujące.

Wolność, taka, jaką zaprogramował Sartre w swojej filozofii, mogła być używana, otwierać wielkie, myślowe horyzonty,  ale i -  nadużywana;  jako  przyzwolenie intelektualne znaczy to wiele, aczkolwiek nie wytrzymuje zapewne próby etyki.

Błyskotliwa generacja wybitnych umysłów wyznaczyła dwa bieguny: na jednym znalazł się Sartre, na drugim Emmanuel Mounier. Ale to egzystencjalista, a nie personalista, zaczyna żyć po życiu. Nie sądzę bowiem, iżby wyszedł z mody tylko dlatego, że jego książki apogeum chwały przeżyły już ponad 50 lat temu.

Dlaczego więc egzystencjalista? Być może personalizm znajdzie swoich reinterpretatorów. Ale prawdą jest, iż to Sartre, a nie Mounier, skłania do ponownej lektury, nawet gdy uznaje się go za pisarza zamkniętego w  swoim czasie. W Polsce wznawia się tłumaczenie Mdłości, być może to samo stanie się z równie ciekawym zbiorem opowiadań Mur (obie książki napisane zostały przed wojną). Wygląda na to, iż Sartre da się intelektualnie używać. Na Mouniera można się tylko zgodzić, bez dyskusji.

Zajrzyjmy do eseju Czesława  Miłosza zatytułowanego Dostojewski i Sartre.  Zastanawiając się nad zwartością terminu „intelektualista zachodni” i poszukując dlań ekwiwalentu osobowego, Miłosz tak pisze: „Gdyby jednak wybrać postać, która by ogniskowała cechy zwykle łączone z tym terminem, znaleźlibyśmy się na pewniejszym gruncie. Istnieje taka postać: jest nią Jean-Paul Sartre, nazywany niekiedy Wolterem XX wieku. Co w nim uderza, to ta sama co u jego  rosyjskich poprzedników niezwykła intensywność w dyskutowaniu idei (…) Czyż nie dziwne że w wolnomyślnej od dawna Francji, w kraju, który wiele widział i zasadnicze spory był skłonny zbywać wzruszeniem ramion, nagle „śmierć Boga” staje się sprawą tak podstawową, jak była kiedyś dla młodych Rosjan, pryncypialnie dyskutujących przy wódce?”

Jeżeli więc uznać by Sartre’a – wraz Miłoszem – za bohatera Dostojewskiego, wszystkie jego umysłowe  szaleństwa  rozjaśniają się.

Jeszcze Miłosz: „Był on stale (Sartre – przyp. M.W..) w poszukiwaniu  une cause, której mógłby oddać swoje siły. Wszystkie te causes łączyły się z nadzieją obalenia istniejącego porządku i zastąpienia go porządkiem innym, choć co do tego jakim – Sartre ciągle zmieniał zdanie. Jego lokowanie nadziei w coraz to nowych krajach miało w sobie coś komicznego i patetycznego: Związek Sowiecki, Kuba, Jugosławia, Chiny – żeby wreszcie rozdawać ulotki na ulicy z młodymi goszystami (…) Trudno nie dopatrzeć w tym polowaniu na causes, narzuconym przez aktualność, fenomenu wewnętrznej  pustki…”

Ta choroba była znana od dawna, Nietzsche nazwał ją śmiercią Boga, Eliot pokazał „wydrążonych ludzi”, Musil „człowieka bez właściwości”,  Sartre napisał opowiadanie o Herostratesie, nie tylko więc „mdłości” wstrząsały jego bohaterami, ale  marzyli oni również o niszczącym ogniu (nawiasem, Miłosz przypomina, iż uzasadnienia dla terrorystycznej działalności XX wieku dostarczyły pisma filozofów, to wychowankowie Sorbony wymyślali argumenty dla   ludobójstwa w Kambodży…)
Intelektualista XX wieku został pozbawiony broni – to znaczy takiego narzędzia  swojego zawodu (pióra w tym przypadku…), które mogłoby konkurować skutecznie z  leniwym duchem  konsumenta kultury ułatwionej.

Czy Sartre był Dostojewskim ubiegłego stulecia? Oczywiście, nie namierzył żadnego celu, który warto byłoby dziś ustawić na nowo, szczególnie w warunkach globalnej kultury. Nic nie ma już do odkrycia? Temu zdawałby się przeczyć triumfalny rydwan, na którym książki Sartre’a  wjeżdżają do paryskich księgarń, wielka wystawa monograficzna w Bibliotece Narodowej, inne dowody uwielbienia.

Opowiem o tym  następnym razem.


Tekst był drukowany w numerze 2 (210) "Dekady Literackiej" z 2005 roku.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas