poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ELŻBIETA KOBIAŁKA
Śpiewam, trwam –Jacques B(r)el(g)
DL 1999, nr 1 (149)



Belgijski numer „Dekady" jest okazją do przywołania wielkiej postaci piosenki (sic!) francuskiej z czasów, gdy święciła ona europejskie tryumfy, belgijskiego poety, kompozytora i pieśniarza, Jacques'a Brela. Choć od jego śmierci upłynęło już dwadzieścia lat, jego głos pozostaje nadal wyraźny i przejmujący. Jaki jest jego testament?

Brel kochał ojczystą Flandrię i często ją opiewał („J'aimais”, „Le Plat Pays”). W wywiadach stale podkreślał, co u Belgów nie jest takie oczywiste, że jest Belgiem i jest z tego dumny. Wielokrotnie śpiewał o belgijskich miastach („Bruxelles, „Il neige sur Liège”, „Knokke-le-Zoute”) i lokalnych tradycjach („La Bière”). Choć zawsze frankofoński, już po osiedleniu w Paryżu, jakby dla podkreślenia swoich korzeni, jedną z piosenek śpiewa po flamandzku („Marieke”), w refrenie powtarzając „Mijn platte land, mijn Vlaanderland".

Mimo to trudno go nazwać patriotą, a jeżeli nawet, to jest to bardzo krytyczny, zbuntowany patriotyzm. Kochając Flandrię, nienawidzi jej mieszkańców. Nie zawaha się zaśpiewać: „Kocham ten płaski kraj, ale ludzie są [tam] za mali". To właśnie z rodaków tworzy prześmiewczą galerię postaci, raczej karykatur ludzkich, z ich słabościami i przywarami. W imię wolności, przygody i marzeń, ciętym słowem smaga ich ideały i sposób na życie. Jest bezkompromisowy. Nienawiść tak głęboko wrasta w jego duszę, że w testamencie nie zawaha się zapisać im takich oto słów:
„Les F... piosenka komiczna
Panowie Flamandoidzi mam dla was dwa słowa do śmiechu [...]/ Jesteście akrobatami ale doprawdy niczym więcej / Naziści w czasach wojen i katolicy pomiędzy / Wciąż oscylujecie między fuzją a mszałem / Spojrzenie u was mętne a humor zmurszały [...] / Panowie Flamandoidzi sram na was / Brukacie imię Flandrii ale Flandria was osądzi / Spójrzcie na Morze Północne ono ucieka z Brugii / Przestańcie nadymać moje stare jaja / Waszą sztuką flamandzką włosko-hiszpańską [...]/ W Mediolanie czy Nowym Jorku zabraniam wam / Inaczej czkać jak tylko po flamandzku [...] / Lecz nie wolno wam niewinnych dzieci / szczekania tego uczyć / A jeśli bracia moi zamilkną no cóż tym gorzej dla niej / Śpiewam obstaję przy tym / Nazywam się Jacques BREL (1) (Les F...).”

Czyż nie są one kwintesencją pogardy dla swoich? To ostatnie świadectwo, jakie im wystawi i bez pardonu wykrzyczy całemu światu. Jak mogło dojść do powstania tak bluźnierczego tekstu ?!

Urodził się 8 kwietnia 1929 roku w Brukseli, w rodzinie współwłaściciela fabryki kartonu. Nigdy nie utożsamiał się ze środowiskiem, z którego się wywodził. „Mieszczuchy to forma materializmu [...], który zabija marzenia i wszystko, co ładne. To mieszczuchy. To bezpieczeństwo, forma duchowej miernoty, rodzaj wysuszenia serca, to wszystko, [...] co czyni starcami" („Les Bourgeois”).

Już jako kilkuletnie dziecko Brel stroni od nudnych dorosłych, zajętych tylko sobą i pracą, każących mu modlić się „nie wiadomo po co i nie wiadomo do kogo". Jako nastolatek jest zdeklarowanym buntownikiem. Poszedł do szkoły z głową pełną marzeń, szybko się jednak przekonał, że obowiązujące tam reguły zniewalają duszę, tłamszą wyobraźnię: „Zapięte pod szyję / Okrywają pledami / Ich serca już wystygłe" („Rosa”).

Zamknięty w swoim pokoju, w lekturach odkrywa świat inny, odmienny od tego, jaki go otacza i mierzi coraz bardziej. Książki stają się schronieniem i utwierdzają w marzeniach. Już ma pewność, że dla pełni życia konieczne są ruch, poezja i przygoda. Przygodą zaś jest wszystko, prócz bezczynności. „Przygoda zaczyna się o świcie/ Kiedy słońce obmywa nam ręce" („L'Aventure”).

Przygodą życia staje się piosenka. Zatrudniony w fabryce ojca, w niedziele śpiewa w amatorskim kabarecie. Mając dwadzieścia jeden lat żeni się, sielanka trwa trzy lata. Z natury nonkonformista, bezwolny wobec potrzeby śpiewania, które samo w sobie jest już w jego środowisku buntem, rzuca wszystko i wyjeżdża do Paryża. Zrazu nie jest mu tam łatwo. Nie występuje, owszem, udaje mu się nagrać płytę, ale nie budzi ona zainteresowania. Nie poddaje się, trwa: „Ponoszę klęski, ale nie ma mowy o kapitulacji" (z listu do żony).

W 1954 roku, po występach w znanym paryskim kabarecie Bobino, otrzymuje propozycje kontraktów z całej Francji. Wyrusza więc w drogę, tournee staje się jego pasją. Jeździ po Francji, występuje i tworzy. Jak to u niego, walczy z ułomnościami świata, tymi, które są we wszechwładnym panowaniu „Pani Głupoty", tymi, które tworzą idealne piekło. „Pewnego dnia Diabeł zszedł na ziemię, by dopilnować swoich interesów. Dokładnie przyjrzał się wszystkiemu, wrócił do siebie i wyprawił wielki bal. Na koniec ogłosił, że na ziemi wszystko w porządku" („Le Diable”).

Myli się jednak ten, kto odczytuje teksty Brela jedynie jako pełną determinacji obrazoburczą kontestację rzeczywistości, zawarty w nich jest też bowiem apel o dostrzeganie piękna. „Trzeba abyśmy widzieli / To co piękne / Błękitne czy szare niebo / Dziewczęta nad wody brzegiem / Wiernego przyjaciela / Jutrzejszy poranek / Lot jaskółki /I przypływający statek" („Il nous faut regarder”).

W latach 1958-1959 ma już swoją wierną publiczność, wiele też nagrywa. W 1961 roku, zamiast chorej Marleny Dietrich, występuje w Olimpii. Sukces jest oszałamiający. Obwołany gwiazdą, obok takich sław, jak: Brassens, Ferre, Gainsbourg, Barbara czy Greco, śpiewa i bulwersuje. Szydzi z konformistów, bigotów i... ludzi szarych, to oni winni są mierności świata. Ich życie to tupanie w miejscu, obłędny walc, na dwadzieścia pas, gdy się żenią; na trzydzieści pas, kiedy gromadzą fortunkę na przyszłość; na siedemdziesiąt pas, gdy kręcą się wolniutko wśród dzieci i wnuków, wreszcie walc na sto pas, gdy przytupując lekko w takt rytmu odpływają do nie istniejącego nieba, a rodzina tańczy nad ich grobem oczekując spadku. Rytm wybija ksiądz, bacząc, by nikt nie pomylił kroku. Byli, prawie żyli, ale tak naprawdę nie istnieli. Kpiąc okrutnie, Brel woła: spojrzyjcie na siebie, zobaczcie, jacy jesteście mali, śmieszni i bezużyteczni. (“Les Flamandes”, “Les Bigotes”, “Les Timides”, “Les Paumés du petit matin”, “Le tango funèbre”). „Gdybym był diabłem widząc ich czasami / Sądzę że dałbym się wykastrować / Gdybym był Bogiem widząc ich modlących się / Sądzę iż wiarę bym utracił" („Les Bigotes”).

I o śmierci śpiewa z drwiną. Kostuchy się nie boi, stale ją prowokuje, w życiu i na scenie. Wypala dziesiątki papierosów dziennie, spala się każdego wieczora na estradzie, mało śpi, mało je, żyje intensywnie. Kiedy jednak staje w obliczu śmierci przyjaciela, nie kpi już z Pani Ciemności. Wówczas zwraca się przeciw Bogu, przeciw Temu, który jednym słowem odbiera przyjaciół, równie lekko, jak lekko zsyła deszcz. „Gdybym był Bogiem / Sądzę iż miałbym wyrzuty sumienia / Mówić że teraz pada / A teraz Fernand umiera [...]/ Teraz Dobry Boże / Będziesz się nieźle śmiał / Teraz Dobry Boże / Bo teraz ja będę płakał" („Fernand”).

Stosunek Brela do Boga i instytucji Kościoła jest stały i jednoznaczny. Kościoła nienawidzi. Boga znieważa, obarcza winą za niedoskonałość świata, zarzuca Mu obojętność. „Ale ty nie jesteś Dobrym Bogiem / Jesteś dużo lepszy / Jesteś człowiekiem" („Le Bon Dieu”).

Jednak nawet najgorsze zło świata nie porusza go tak bardzo, jak cierpienie przyjaciela („Voir un ami pleurer”). Przyjaźń jest dla niego wartością najwyższą, wyższą niż miłość. „Kobiety przychodzą i odchodzą, a prawdziwy przyjaciel znosi wszystko, jest i trwa" (2).Jednak obruszał się, ilekroć nazywano go mizoginem, choć trudno nie oprzeć się takiemu wrażeniu, słuchając „Les Biches”, „La Haine”, „Le Cheval” czy „Les Filles et les chiens”. Ma chyba rację Brassens, który tak oto skomentował mizoginizm Brela: „Jeżeli ktoś mówi o kobietach z taką wściekłością, to oznacza, że jest im całkowicie oddany". Oznacza to, że nie są mu one obojętne, że obawia się uzależnienia, broni się przed nim. Kpi więc ze stałych związków, choć tych kilka, jakie przeżył, a które zawsze okazywały się przejściowe, stało się mu natchnieniem do opiewania potęgi miłości. To prawdziwe hymny miłości, w których równy zdaje się być boskiej Piaf. „Nie opuszczaj mnie / Nie będę już płakał / Nie będę nic mówił / Schowam się gdzieś / By móc popatrzeć / Jak tańczysz uśmiechnięta /I móc posłuchać / Jak śpiewasz i jak się śmiejesz / Pozwól mi choć zostać / Cieniem twego cienia / Cieniem twojej dłoni / Cieniem twego psa / Ne me quitte pas...” To tekst, ale przecież jego lektura nieuchronnie przywodzi wspomnienie niezwykłej muzyki i wstrząsającej interpretacji.

Brel pisało wszystkich, o marynarzach („Amsterdam”), o młodych („L’age idiot”), o staruszkach („Les Vieux”), o wojskowych („Casse Pompon”, „Colonel”), o dzieciach („Un Infant”, „Fils de...”, „Enfance”), o dziwkach („Remparts de Varsovie”), pisał o wszystkim, o wojnie i pokoju, o tańcu, o wesołym miasteczku, o życiu i śmierci, o corridzie, o odpustach, o przyrodzie i o brudnych miastach, o miłości, nienawiści. Będąc u szczytu sławy, poczuł się wypalony. Nie potrafi oszukiwać, nie chce się powtarzać. W 1967 roku na zawsze rozstaje się z estradą. Niespokojna natura pcha go ku nowej przygodzie.

Wkracza w świat teatru. Tworzy francuskojęzyczną wersję „The Man of La Mancha”(3). Jest tłumaczem libretta, autorem wszystkich piosenek oraz odtwórcą głównej roli Don Kichota-Cervantesa. Sztuka jest absolutnym przebojem sezonu 1968-69, najpierw w Królewskim Teatrze de la Monnaie w Brukseli, następnie w paryskim Teatrze Champs-Elysée. O tej wersji pisano, iż cechuje ją większa wrażliwość niż anglojęzyczne pierwowzory, a Brela uznano za najlepszego odtwórcę. W postaci błędnego rycerza odnajduje siebie.

„Marzyć o niemożliwym / Unieść ciężar rozstania / Spłonąć w gorączce pasji / Wyjechać w nieznane / Kochać aż do rozdarcia / Kochać zbyt mocno i źle / Choć bez sił i bez zbroi próbować / Sięgnąć gwiazd / To jest mój cel / Dosięgnąć chcę gwiazd / Chociaż szans jest niewiele /I nie sprzyja czas / A potem zawsze walczyć / Bez pytań i odpowiedzi / Skazać się na potępienie ... („La Quête”).

Gra całym sobą, będąc u kresu sił, Brel opuszcza teatr. Nową pasją staje się film. Występuje w kilku filmach, potem sam staje za kamerą. W 1971 roku powstaje „Franz”, historia niespełnionej miłości pary nieudaczników. Ten debiut przyjęty jest dobrze, ale bez entuzjazmu. W 1973 roku jego drugi film wchodzi na ekrany. Tym razem przywołuje świat Dzikiego Zachodu (Far West) umieszczony w realiach drapaczy chmur. Film zostaje odrzucony zarówno przez krytykę, jak i publiczność. Rozgoryczony Brel postanawia zamilknąć. „Posłuchaj mnie / Biedny nieznośny świecie / Tego już za wiele, upadłeś zbyt nisko / Jesteś zbyt szary, zbyt brzydki / Godny pogardy świecie" („L’Homme de La Mancha”).

Kupuje jacht i odpływa. Na morzu odzyskuje równowagę ducha. Idylla nie trwa długo. Najpierw umiera jego najbliższy przyjaciel Jojo, a zaraz potem dowiaduje się, że jego płuco zaatakował złośliwy nowotwór. Po operacji i kilku tygodniach hospitalizacji wraca na pokład i kontynuuje rejs. Ta niemal samobójcza podróż kończy się u brzegów małej wysepki Hiva Oa, na Markizach. Tu postanawia osiąść na stałe.

W sierpniu 1977 roku przybywa jednak do Paryża. Nagrywa ostatnią płytę. To jego testament, dwanaście arcydzieł. Rok później ponownie znajdzie się w Paryżu, w szpitalu. Na ukochane Markizy już nie wróci. Umiera 9 października 1978 roku. Pochowany zostaje na swojej wysepce, na tym samym cmentarzu, na którym spoczywa Paul Gauguin.

Dzieło Jacques'a Brela to „głos wezbranej krwi", to przesłanie, które do dziś pozostaje aktualnie. Zwykle nie potrzeba aż dwudziestu lat, aby zapomnieć o artyście. W październiku upłynęło już dwadzieścia lat od jego śmierci, a przecież jest ciągle obecny na afiszach. Powstają coraz to nowe inscenizacje „Człowieka z La Mancy” (Chorzów 1997), mnożą się recitale i spektakle złożone z jego tekstów („Brel raz jeszcze...” w inscenizacji Krystyny Jandy, „Jestem znów [Maria Meyer śpiewa Brela]”, w reżyserii Józefa Opalskiego). Na tekstach Brela młodzi aktorzy uczą się sztuki interpretacji. Kolejne pokolenia sięgają po jego utwory. Brel na razie jest nieśmiertelny.


(1) Cytowane teksty piosenek pochodzą ze zbioru: „Tout Brel”. Edition Robert Laffont, Paris 1984.
(2) O. Todd, „Brel”, w przekładzie E. Fiszer, Warszawa 1992. Rozdział „Trudno być Brelgiem" stanowił inspirację dla tytułu.
(3) „Człowiek z La Mancy”, brodwayowska komedia muzyczna z 1961 roku według libretta Dale Wassermana, z muzyką Mitcha Leight i tekstami piosenek Joe Dariona.

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas