poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Teresa Walas
Wyka: jedność życia i myśli
Szanowny Panie Marszałku,
Szanowny Panie Prezydencie,
Wysokie Jury,
Szanowni i Drodzy Goście,


Bardzo dziękuję za przyznanie mi tej nagrody; czuję się niezwykle zaszczycona tym wyróżnieniem i głęboko wzruszona faktem, że przypadło mi ono w udziale w momencie szczególnym, w trzydziestą rocznicę śmierci profesora Kazimierza Wyki. Nigdy formalnie nie byłam uczennicą Profesora, choć gdy wybierałam polonistyczne studia, jego właśnie osoba, znana mi jedynie z książek i czasopism, najbardziej przyciągała moją uwagę. Rytm życia akademickiego częściej oddalał nas od siebie, niż zbliżał, miałam jednak szczęście słuchać jego wykładów, uczestniczyć w prowadzonych przez niego seminariach, i najzwyczajniej -cieszyć się jego obecnością. Ale też, co oczywiste, czytać wciąż jego książki. Pisanie Wyki od początku było dla mnie wzorem. Jak przyszłość miała pokazać, wzorem niedoścignionym. Bo mój umysł mniej był chłonny, wrażliwość słabsza, talent  skąpiej przydzielony. Mimo to wszakże sadzę, że wiele się od Kazimierza Wyki nauczyłam, a i dziś  jego myśl i jego badawcza postawa okazują się zdumiewająco żywe, gdy staję wraz z innymi w obliczu dylematów, jakie wyłania z siebie współczesne literaturoznawstwo i szerzej - współczesna humanistyka. O jednym z tych dylematów chciałabym kilka słów powiedzieć.

Gdy wchodziłam na naukową drogę, w dyskursie literaturoznawczym wyznaczanym przez najbardziej wpływowe kierunki, przede wszystkim przez strukturalizm,  obowiązywała bezosobowość i powściągliwość. Cogito badacza literatury miewało najczęściej rysy kartezjańskie, było czystą potencją analityczną, podmiotem  ściśle określonych operacji naukowych. Badacz literatury – jak cnotliwa kobieta – nie posiadał biografii osobistej. Jego jedyną biografią bywały przeczytane książki, najlepiej obcojęzyczne, i przyswojone metody. Nie miał też wieku, płci, wyznania, wspomnień z dzieciństwa, upodobań kulinarnych. Niewidoczny był fotel, w którym siedział, kartka, na której pisał, ani krajobraz, o który zahaczał wzrokiem, gdy znużony semantyczno-strukturalną analizą Kotów Baudelaire’a, tęsknie spoglądał w okno. Wszystko to badacz zostawiał za sobą jak wąż skórę, zanurzał się w roztworze myślenia abstrakcyjnego i fachowej terminologii, i tak zdezynfekowany miał dopiero prawo wkroczyć na strzeżony przez profesjonalistów teren dyskursu naukowego. Na tym tle sposób pisania Kazimierza Wyki przyciągał uwagę swoją odmiennością, robił niekiedy wrażenie czegoś ekstrawaganckiego, czy – z innej strony patrząc - archaicznego. Bo cogito Wyki było bezwstydnie osadzone w świecie realnym, a „piszący te słowa”, jak brzmiała formuła, którą często się posługiwał, wciąż pojawiał się na powierzchni naukowej czy krytycznej narracji i bezceremonialnie do niej wkraczał wraz ze swymi wspomnieniami, z Trójkątem Trzech Cesarzy, z krzeszowickim pejzażem, z namiętnością do piłki nożnej, z ulubionymi obrazami, z postaciami przyjaciół, z widokiem z okna mieszkania przy ul. Św. Teresy, z krajobrazem rozciągającym się u podnóża Salwatora, z przypadkowymi rozmówcami, spotkanymi w podróży czy na spacerze. Ów „żywioł pozaintelektualnych upodobań”, jak określił to Włodzimierz Maciąg w swoim szkicu o Wyce jako o krytyku literackim, rozsadzał rygory profesjonalnego dyskursu, ale zarazem dyskurs ten zapładniał i dostarczał mu cennych pokarmów. Energia jego stylu, sieć niecodziennych skojarzeń, oryginalność obrazów i siła metafor, które - jak ów „gospodarz poematu” -  niepostrzeżenie stawały się kategoriami literackimi, wszystko to miało swoje źródło w pierwotnym przyzwoleniu, jakiego Wyka udzielał osobowości badacza, dopuszczając ją do głosu, bez umniejszania poznawczych walorów swoich tekstów. Jego rozprawy naukowe, także te najpoważniejsze, bywały poprzerastane esejem, a wyrobiona dykcja profesjonalisty przechodziła nagle w ton lirycznego wyznania. Właśnie w zharmonizowaniu ze sobą tych trzech czynników: celu poznawczego, ekspresji osobowości i pisarskiego kunsztu widział Jerzy Kwiatkowski istotę literaturoznawczego pisarstwa Kazimierza Wyki.  Co postawę taką i taką praktykę umożliwiało i w jakiejś mierze uzasadniało? Gdzie szukać głębszych korzeni tego tak wdawało by się jednostkowego stylu myślenia i pisania? Zapewne z jednej strony w personalistycznym gruncie przedwojennej filozofii, z drugiej – w dziedzictwie Diltheya, tak wielką wagę przykładającego do  twórczej osobowości zawsze osadzonej w doświadczeniu  życia, zarazem uwięzionej w swojej historyczności i karmionej jej sokami. W eseju-wstępie do pierwszego tomu Wędrówek po tematach, zatytułowanego Czasy  Wyka wyjaśniał, dlaczego zaczyna swoją książkę od wspomnień: "Ponieważ na doświadczenie humanisty – pisał - składają się zarówno nabyte umiejętności fachowe z zakresu uprawianej dyscypliny, jak czas historyczny, w którym żyjemy". Abstrakcyjne więc cogito czystego naukowego wywodu, które dla wielu z nas było tak urzekające właśnie ze względu na swoją aseptyczność, na swoje nieskażenie życiem, bo życie często nas mierziło i chcieliśmy je unieważnić, to cogito było dla Wyki czymś obcym. Z biegiem czasu obcość ta tym bardziej się uwydatniała, im bardziej wszechwładny w jego pisarstwie stawał się duch eseju. Już nie tylko za sprawą lektur młodości ale z tego naturalnego względu, że przekroczywszy granicę wieku dojrzałego zaczynamy intensywniej odczuwać nasze własne ja i darzyć je głębszą czułością.

Wyka budził podziw w nas, ludziach wtedy młodych, a równocześnie czuliśmy, że jest to jakiś urok trochę grzeszny, że ulegając mu może miękniemy, może tracimy tę muskulaturę naukowości, jaką wyrabialiśmy sobie czytając Jakobsona, wczesnego Barthes’a, Łotmana, Greimasa i Sławińskiego, którzy zaprawiali nas do ćwiczeń w boskiej abstrakcji językoznawczych kategorii.

Ale oto minęło trochę lat i na naszych oczach znów  wszystko zaczęło się zmieniać. Czyste cogito kartezjańskie stało się przedmiotem zaciekłych ataków, a uśmiercony przez jednych filozofów podmiot, zmartwychwstawał pod piórem innych i powracał w nowej postaci jako narracyjna funkcja, jako nosiciel tożsamości i różnicy. Powracał też do współczesnej humanistyki, nie ukradkiem i po cichu lecz z łopotem rewolucyjnych sztandarów i wyposażony w broń ideologiczną. Pojawiał się bowiem wcielony w istoty opresjonowane i upośledzone przez dominujące dyskursy. Był kobietą, Czarnym, mieszkańcem dawnych kolonii, gejem, lesbijką,. W ich to imieniu przypuszczony został atak na obiektywną neutralność naukowej czy krytycznej narracji, która pod rzekomą przejrzystością ukrywać miała zręcznie swoją represyjną naturę. Któż bowiem mówi do nas w literaturoznawczym - podobnie jak we wszelkim innym profesjonalnym dyskursie? Czy rzeczywiście bezcielesne cogito, którego naturę określa równie nieuwarunkowana metoda? Nic podobnego – odpowiada współczesny umysł krytyczny. Podmiotem tego dyskursu jest biały, heteroseksualny mężczyzna (rzecz ma się tak samo również i wtedy, gdy realnie jest on czarną kobietą), wykształcony w dobrym uniwersytecie i zasadniczo pozbawiony poważnych trosk materialnych. Konieczne jest więc najpierw obnażenie owej fałszywej świadomości i ujawnienie utajnionego wymiaru sytuacji dyskursywnej, potem zaś emancypacja represjonowanych treści. Do treści tych łatwo też włączyć pozaideologiczny by tak rzec –czynnik, jakim jest najszerzej pojęta biografia indywidualna czy osobiste doświadczenie.

Okazuje się jednak, że to cielesne, historyczne i zakorzenione „ja” z trudem znajduje znaki swego wyrazu i dyskursywne znamiona swojej obecności. Co zrozumiałe, bo wszelkie rodzaje opresji wtedy są skuteczne, gdy ten, który jej podlega, przyjmuje narzucone normy i uznaje je za swoje. Wszelkiemu więc zrzucaniu jarzma towarzyszy często poczucie pustej wolności, wypełnianej niekiedy formami ekstrawaganckimi, by nie rzec - dewiacyjnymi.  Podobnie ma się rzecz także i dziś z personalizacją literaturoznawczego dyskursu. Czy naprawdę piszę jak kobieta – zadają sobie pytanie badaczki literatury; czy piszę jak facet, który nie ma problemów z kobietami – głowi się krytyk literacki; czy dostatecznie wyzwoliłem się ze sztucznej normy literackiego języka – martwi się inny. Kobiety dbają więc o to, by wszelkie nazwy wykonywanych przez nie profesji pojawiały się w ich tekstach w żeńskiej formie gramatycznej, krytycy  płci obojga coraz częściej używają języka kolokwialnego, łamią zasady poprawności i kompozycyjne reguły; interpretatorzy swobodnie zabawiają się z tekstami wolni od wszelkich zobowiązań. Owszem, to obraz karykaturalny i zapewne niesprawiedliwy, ale wychwytujący, tak mi się wydaje, pewną cechę znamienną sposobu, w jaki demonstruje się dziś osobowość w tekstach krytycznych i naukowych. Tą cechą jest natręctwo, wynikające z niepewności, z braku faktycznego zakorzenienia w sobie i w świecie. Przyczynami tego stanu rzeczy nie będę tu się zajmować, od lat trudzą się tym umysły socjologów, filozofów i badaczy kultury. Na tym wszakże tle pisarstwo Kazimierza Wyki powraca na nowo w naszej świadomości, ale pojawia się w niej jako przedmiot uczuć melancholijnych. Bo trudno nie dostrzec, że osobowość, jaka wyłania się z jego tekstów i która rozsiewa swoje znaki na ich powierzchni, jest osobowością opartą na pewności. Nie mam tu na myśli płytkiego samozadowolenia, ani jakiejkolwiek formy narcyzmu, ale ten rodzaj osadzenia w bycie i pojednania z sobą, który tworzy egzystencjalną perspektywę dla pracy intelektu. Ono sprawia, że człowiek żyjący i człowiek myślący nie są od siebie oddzieleni, lecz tworzą jeden, żywiony tymi samymi pokarmami organizm, a doświadczanie sztuki i doświadczanie świata toczy się wspólnym łożyskiem. Jeśli towarzyszy temu miłość do siebie, rozumiana jako afirmacja swojego jednostkowego istnienia, „ja” w sposób naturalny przenika do profesjonalnego dyskursu i naznacza go swoją prywatną mitologią, co dyskursowi temu nadaje nieuzyskiwalny inaczej urok i siłę. Toteż nie da się stylu Kazimierza Wyki naśladować, jak nie da się naśladować cudzej formy istnienia. Ale obcowanie z jego pisarstwem pozwala lepiej uświadomić sobie związek między jednym  drugim porządkiem, a to znaczy także -  jaśniej zobaczyć dziś własną sytuację badacza czy krytyka literatury. I nawet jeśli rozpoznaniu temu towarzyszy melancholia, jest to doświadczenie zbawienne.

Teresa Walas
Historyk i teoretyk literatury, pracuje w Wydziale Polonistyki UJ.

Tekst był publikowany w 1 numerze "Dekady Literackiej" z 2005 roku.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas