poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Michalina M. Kowalska
Trois jours chez ma mère
Niestabilne światy François Weyergans’a
Je voyage à cheval par la campagne sombre, aux gémissements du vent, sans rayon qui m’éclaire, enveloppé dans mon manteau” („Podróżuję konno przez posępne pole, przy jękach wiatru, pozbawiony promienia, który by mnie oświecił, ukryty w moim płaszczu”) (Ludwig Uhland) – to motto najnowszej, uhonorowanej nagrodą Goncourtów powieści François Weyergans’a Trois jours chez ma mère (Trzy dni u mojej matki) (Éd. Grasset, 2005). „Ja” rozpoczynające cytat, otwiera całą powieść, nadając jej rytm i organizując labirynt tematów. To „ja” wieloimienne, które odkrywa się niespiesznie w zakamarkach własnych wspomnień oraz doznań wysnuwanych dyskretnie z doświadczania kobiet, matki i literatury.

1. Je (Ja)

„moi, François Weyergraf,
ayant réalisé cinq films et publié dix romans, je fais peur à tout le monde”

(„ja, François Weyergraf,
po zrealizowaniu pięciu filmów i opublikowaniu dziesięciu powieści,
budzę powszechny strach”)

„Ja” wzbudzające lęk, „ja” pełne wahań, „ja” analityczne, nieustannie wymykające się wszelkim konkretyzacjom: literackim, emocjonalnym, rodzinnym, wciąż odkładające wyjazd do matki samotnie zamieszkującej dom w Prowansji. „Ja” autoironiczne: „Non seulement je fais peur à tout le monde, mais je me fais peur à moi-même” („Nie tylko budzę powszechny strach, ale obawiam się sam siebie”); „ja”, które podobnie jak bohater Burzy Szekspira „préfère sa bibliothèque à tout le reste” („przedkłada swoją bibliotekę nad wszystko inne”). Otóż jest to „ja” odwrócone od świata, choć bacznie obserwujące i interpretujące teksty z których świat ten jest zbudowany. „Ja” usiłujące następnie z cytatów, czy też wypisów z „rzeczywistości” utkać własną sieć narracji. „Ja”, które prowokuje zewnętrzny i wewnętrzny lęk i wybiera zacisze biblioteki, wydaje się podmiotem wycofanym, którego jedyną aktywnością jest „przytaczanie” świata. A jednak. Narrator poprzez obnażanie swych namiętności, intelektualnych pasji i odtwarzanie wspomnień, staje się już nie tylko interpretatorem, ale także autorem swej własnej intymnej opowieści przedstawianej z niebanalną zręcznością, pewnie i przejrzyście, bez zbędnego ciężaru słów.
Quasi życie rodzinne, które Delphine, towarzyszka życia Weyergrafa określa jako „une vie de fous” („życie wariatów”) jest dla narratora prowokacją do analizy fenomenu wyrzutów sumienia; kilka zasadniczych scen z życia matki i jej kochanka skonfrontowane zostają ze wspomnieniem śmierci ojca; ciepłe, często pełne humoru opisy uczuć do kobiet przeciwstawione są niejednokrotnie dziennikarskim, skrótowym relacjom z niekoniecznie pasjonujących epizodów z życia bohatera. Jest to zatem powieść skonstruowana na zasadzie kalejdoskopu: różnobarwne, wciąż poruszające się przed oczyma czytelnika opisy tworzą w efekcie zwarte i nabrzmiałe treścią konstrukcje. Jednocześnie lektura wywołuje wrażenie chaosu. „Ja” podważa chronologię, igra z pamięcią. Narrator zanurzony w fikcyjnym świecie, osobiście organizuje jego czas i przestrzeń. Na kilku zaledwie stronach Weyergraf przywołuje rok 1960 i podróż z ojcem na festiwal w Wenecji, aby zaraz podkreślić „teraz”, to jest środę, 3 września 2002 roku i opisać wydarzenia na Filipinach. W kolejnym akapicie natomiast czytamy: „Nous sommes le lendemain du jour où Delphine m’a signalé que je fais peur à tout le monde”(„Oto następny dzień po tym, jak Delphine mi obwieściła, że budzę powszechny strach”). Logika czasu zostaje zastąpiona zmiennym, wciąż pulsującym porządkiem skojarzeń. François Weyergraf wydaje się nie nadążać za pragnieniami własnej opowieści. Nieustannie opóźniająca się próba rozpoczęcia powieści Trois jours chez ma mère plącze się z pozostałymi projektami literackimi (jak Volcano, czy Coucheries), ale też z nachalnymi dygresjami, jakie wypisuje samo życie, a zwłaszcza napotykane w nim kobiety.
To utwór w sposób szczególny naznaczony metaliterackością ujawniającą się poprzez liczne odniesienia do tradycji literackiej oraz autotematyzm. Każdy z trzech narratorów wspomnianych w powieści jest pisarzem i podobnie jak autor, pracuje nad powieścią Trois jours chez ma mère. Liczne metafikcyjne rozważania stają się dla podmiotu pretekstem do autorefleksji. Cytaty z Bouvarda i Pécucheta podtrzymane zostają nagłym stwierdzeniem narratora: „Je ne sors plus. Je devrais. Je suis un jour allé à une fête dans un grand appartement du boulevard Bourdon. Personne n’y avait jamais entendu parler de Bouvard et Pécuchet” („Przestałem wychodzić. Powinienem. Pewnego dnia poszedłem na przyjęcie do wielkiego mieszkania przy bulwarze Bourdon. Tam nikt nigdy nie słyszał o Bouvard et Pécuchet”). Granica pomiędzy życiem a literaturą jest niewyraźna. Życiowa opowieść możliwa jest dzięki fikcyjnej historii i vice versa - narracje powieściowe wyłaniają się z narracji „rzeczywistych”: „Cette visite m’a fait écrire une page que je mettrai dans un de mes livres, je verrai plus tard lequel” („Ta wizyta sprawiła, że napisałem stronę, którą potem umieszczę w jednej z moich książek, później zobaczę w jakiej”), po czym pojawia się trzy stronicowy fragment nie napisanej jeszcze książki. Podobną funkcję pełnią wspomniane wcześniej powieści, jak np. Volcano. Od ich istnienia uzależniona jest realizacja natrętnej, nieustannie powracającej myśli o wizycie u matki.
Rozproszone „ja” Weyergrafa jest niespójne, czas działa na jego niekorzyść: „Le temps file. Il me faudrait mille vies” („Czas umyka. Potrzebowałbym żyć tysiąc razy”). François Weyergraf nie poddaje się jednak. W powieści natrafiamy na długo oczekiwaną powieść (na stronicę tytułową Trois... Weyergrafa), która zdaje się być jedną z wariacji na temat właściwej powieści autorstwa Weyergansa. Powieść Weyergrafa ustanawia kolejny poziom narracji. Tym razem do słowa dopuszczony zostaje narrator, poprzez opowieść którego manifestuje się François Graffenberg: „Lui, c’était sa mémoire qui réclamait des informations hétérogènes, déroutantes et périssables, pour réussir à digérer le fort peu digeste monde actuel” („On, to jego pamięć, która żądała złożonych, zaskakujących i nietrwałych informacji po to, żeby spróbować strawić ten całkiem niestrawny świat”). Graffenberg stanowi swoiste alter ego Weyergrafa, jest jego przedłużeniem, podobnie jak on jest pisarzem i nosi się z zamiarem napisania powieści pt. Trois jours chez ma mère, której narrator nazywa się François Weyerstein i co chyba oczywiste, jest pisarzem. Mamy więc w powieści Weyergansa do czynienia z grą, manipulacją tożsamością przybierającą rozmaite imiona: Weyergraf – Graffenberg – Weyerstein. Jednak gdy na przykład Weyerstein zdecydowany jest spalić odnalezione u matki listy miłosne, popełnia czyn, którego François Graffenberg „n’aurait jamais faite” („nigdy by nie popełnił”). Każdy z poszczególnych głosów pozostaje więc niezależny od pozostałych. Nad całością panuje bowiem François Weyergans, który poprzez owo „roz-tożsamienie” implikuje u czytelnika odruch, nie do końca słuszny, doszukiwania się podobieństw pomiędzy autonomicznym głosem Weyergrafa a postacią Graffenberga i łączenia ich w jedno „ja” opowiadające o sobie, bawiące się fragmentami własnego życia, elementami swej osobistej, „zdechronologizowanej” historii.
Jak najogólniej określić można to powieściowe „ja”? „Ja” rozpisane w zdaniach, rozproszone w rozmnożeniu? „Ja” opowiadające prozą o swej rozpoetyzowanej duszy i rozemocjonowanych fascynacjach? „Ja” zbliżające się do siebie, „stające się sobą” w powieści, poprzez powieść: „l’écriture de ce roman lui faisait prendre l’amère conscience de la distance qui le séparait de lui-même. (...) Weyerstein serait-il son souffre-douleur plutôt que son porte-parole?” („pisanie tej powieści wywoływało w nim bolesną świadomość dystansu, jaki dzielił go od samego siebie. Weyerstein, czy byłby on raczej jego kozłem ofiarnym, niż porte-parole?)...

2. Mère. Femmes (Matka. Kobiety)

„Que venaient faire ces femmes étrangères dans sa vie?”

(„Co robiły w jego życiu te obce kobiety?”)

Jakie znaczenie miała w jego życiu matka?... Matka obecna jest w powieści niezdecydowanie, jej głos pojawia się, aby zaraz zamilknąć i ustąpić miejsca kolejnej opowieści, której opis raz wywołany przez narratora, rozrasta się w niekończących się kombinacjach słów. W natłoku rozmaitych deskrypcji uczuciowych przygód, wspomnień erotycznych uniesień, matka oddala się. Weyergraf, jako autor Trois... notuje w przypisie: „Je ne peux pas, décidément ni décemment, développer cette histoire entre Graffenberg et Juliette Chavoz dans le livre sur ma mère” (Zdecydowanie, przez zwykłą przyzwoitość, nie mogę rozwinąć tej historii pomiędzy Graffenbergiem i Juliette Chavoz w książce o mojej matce”). Wbrew deklaracjom, Weyergraf jako pierwszoosobowy narrator nie żałuje miejsca dla opowieści o namiętnościach, które realizuje w opisach prostych i dalekich od patetycznych uniesień stylistycznych. Mimo, iż „ja” i „kobieta” łączą się w intymnym zawieszeniu, o uczuciu określanym mianem miłości, Weyergraf mówi niewiele. Stwierdza on: „Je n’ai aimé que très peu de femmes, ce qui s’appelle vraiment aimer” („Kobiet, które kochałem tak naprawdę, było niewiele”). Takich zwierzeń znajdziemy u Weyergansa więcej, chociaż zawsze będą one wplecione w bardziej neutralny opis wyciszający zbyt natarczywą dosłowność wyznania. W ten sposób otrzymamy powieść, która ciężar swoich znaczeń ukryje w prostocie naznaczonej przyjemną lekkością. Kobiety i związane z nimi wspomnienia, jakie posiada „ja”, stanowią fundament całej powieści, niejako przygotowują scenę na której skromnie pojawia się ujmująca postać matki. W efekcie matka, która nie wydaje się centralnym tematem książki, staje się jej istotą poprzez swoistą tajemniczość i rodzaj uroku, jakim emanuje z oddali, a który nasyca i nadaje sens motywom tej powieści. Matka objawia się pomiędzy i poprzez imiona kobiet oraz fantazje swojego syna - jego duchowe, emocjonalne i intelektualne (nie)spełnienia. To powieściowe terytorium matki okrzepnie, gdy tytułowe „trzy dni”, ta ustawicznie powracająca intencja odwiedzin syna u matki zostanie nareszcie sprowokowana jej upadkiem w ogrodzie i pobytem w szpitalu. Pod koniec książki Graffenberg usunie się, aby Weyergraf mógł dotrzeć do Alpes-De-Haute-Provence i spędzić trzy dni w domu Marie Weyergraf: „J’allais enfin les vivre, ces trois jours chez ma mère. Chez elle et sans elle” („Nareszcie przeżyłem te trzy dni u mojej matki. U niej i bez niej”). To proste stwierdzenie „u niej i bez niej” wydaje się w pewien metaforyczny sposób wyznaczać zasadę całej powieści, której najważniejsze elementy i znaczenia rozpięte są między obecnością a brakiem lub rozproszeniem. Możemy wskazać na przynajmniej trzy manifestacje tej zależności. Po pierwsze, potwierdzać ją będzie bycie i rozproszenie podmiotu, jego podział, swoista decentralizacja. „Ja”, które aktywnie opowiada o sobie i „jest” jako Weyergraf – narrator, staje się Weyergrafem – autorem, wcielając się zarazem w tekstowe ciało Graffenberga, który jednocześnie wskazuje na Weyersteina. Po drugie, znaczące jest naprzemienne ujawnianie się matki i jej wycofywanie. To osoba bezustannie przywoływana w tekście, a jednak pozbawiona dookreślonego, wyraźnego kształtu. Po trzecie, sama powieść, pomimo uobecnienia w książce autorstwa Weyergansa wyraźnie potwierdza zasadę ułomności literatury, jej „niedokończenia”, nieobecności. Potwierdza to autotematyzm tej powieści, metaliterackie refleksje, fragmenty planowanych książek, noty i dygresje, które chociaż stwarzają i uatrakcyjniają tę powieść, potwierdzają zarazem jej kruchość i znikomość.
Ostatecznie matka okazuje się spiritus movens całej powieści, jej swoistym „pierwotnym źródłem”, szczególnego rodzaju „przyczyną” pisania: „Je me disais qu’on n’écrit que pour sa mère, que l’écriture et la mère ont partie liée, qu’un écrivain dédie ses pages non pas à celle qui a vieilli quand il est lui-même en âge d’écrire et de publier, mais à la jeune femme qui l’a mis au monde, à celle dont on l’a séparé le jour de sa naissance”. („Wydaje mi się, że pisze się tylko dla matki, że pisanie i matka są powiązane, że pisarz poświęca swe strony nie tej, która się zestarzała, kiedy on sam jest w wieku, gdy pisze i publikuje, ale dla tej młodej kobiety, która go urodziła, dla tej, od której oddzielono go w dniu jego urodzenia”).

Trois jours chez ma mère, dwunasta książka François Weyergansa wprowadza nas w świat wielopoziomowy, niestabilny, a zarazem przyjemnie urzekający bezradnością, którą emanuje tak zaskakująco dyskretnie. Lektura tej powieści wymaga dystansu – do świata, literatury i samego siebie. Erudycja, intelektualne obciążenie gruntujące ten utwór, złagodzone zostają błyskotliwym humorem, emocjonalnym upojeniem, subtelną wrażliwością i erotyzmem, odciążającymi tekst ze zbędnego sensu. Powieść Weyergansa jest jak taniec wzniecony matką; jest jak rozkołysany obrzęd podczas którego przebiega niekończąca się metamorfoza „ja”.

François Weyergans Trois jours chez ma mère (fragment)
tł. Anna Ślubowska

Trzy dni u mojej matki

Pierwszej nocy spędzonej u matki, Weyerstein odnajduje stare listy miłosne, które leżały zapomniane na dnie pudła w piwnicy i decyduje się je spalić - tego François Graffenberg nigdy by nie zrobił. Rozpala ogień z nadzieją, że kominek jest wyczyszczony. Paczka listów pali się zbyt wolno. Musi podrzeć je na małe kawałki. Niby mimochodem czyta fragmenty zdań, które za chwilę znikną na zawsze, a które potrafiły go niegdyś poruszyć. Wylewa na popiół dzbanek wody i schodzi w głąb ogrodu, oświetlając latarką błyszczące pnie olch i stare drzewo migdałowe, na które wspinał się z łukiem i strzałami, gdy był mały. Wyciąga się na trawniku, niedaleko wyschniętego strumyka, który oddziela ogród jego matki od pola tymianku należącego do gminy. Szczęśliwy chłonie ciepło nagrzanej ziemi. Dzień był upalny i słoneczny. Po południu na tarasie było ponad trzydzieści stopni. Widzi blask spadającej gwiazdy, a może sztucznego satelity? Próbuje przypomnieć sobie nazwy gwiazdozbiorów i je rozpoznać: Mały Koń, Smok, Delfin. Myśli o latach świetlnych, mgławicach, czarnych dziurach, galaktykach. Zatrzymuje wzrok na ledwo widocznej gołym okiem gwieździe, która jest na pewno osiemset razy większa od Słońca. Poddaje się ruchowi Ziemi. Myśli o milionach ludzkich istnień, którym noc i gwiazdy dodały otuchy, o wszystkich tych, którzy z krzemienia lub obsydianu wyciosywali topory, o wszystkich tych, którzy mieszkali w szałasach, o wszystkich prehistorycznych parach, które wiedziały, że patrzą na nie planety, o myśliwych, marynarzach, wędrownych pasterzach, mieszkańcach wsi, portugalskich geografach, arabskich astronomach , poetach, malarzach. Przez cały czas ma otwarte oczy. Chciałby, żeby między jego oczami a niebem nie było różnicy. Rozbiera się. Całkiem nagi tarza się w ciepłej trawie; zatrzymuje się i mówi sobie, że jest zbiorem atomów. Jego ciało już nie istnieje. Staje się gwiazdą. Świeci niczym gwiazda karzeł, oddalony od swojego życia o lata świetlne. Wolny, bez przeszkód i obaw, połączy się z przyrodą, z purpurowymi liśćmi krzaków dzikiej róży, które go otaczają, z gromadami gwiazd, do których dotarłby niepostrzeżenie, z ciepłem ziemi. Zapomina o wszystkim, co wie. Już nie ma wspomnień.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas